– Marzeń nie można zabić – odparło zadumane Dziecko. Nie rozumiem jak mieszkańcy dawnego Wielkiego Królestwa mogli pozwolić, by w ogóle przyszli tu Najeźdźcy. Wytłumacz mi to!
– Już wkrótce się tego dowiesz. To nie moje zadanie odparła Czarownica. – Ja miałam tylko wychować cię z niemowlęcia, raptem rocznego, na silną i zdrową Dziewczynkę i nauczyć wszystkich tajemnic Wielkiej Księgi. Swoje zadanie wypełniłam, o ile się nie mylę z nawiązką, rozwijasz się bowiem szybciej, niż można było sądzić… A teraz przestań już tyle mówić i ruszajmy dalej, bo nie zdążymy na czas.
Po dłuższym i żwawym marszu Czarownica z Dzieckiem wyszły znowu na skraj Lasu z drugiej strony wielkiej góry. Teraz czekało je trudniejsze zadanie, bowiem musiały omijając wielkim łukiem najbliższą Wieś i pobliskie Miasteczko, przekraść się na leśne zbocze kolejnego, ciemniejącego na odległym horyzoncie wzniesienia.
– Musimy pokonać dwa takie szczyty, nim dotrzemy do celu naszej drogi – rzekła Czarownica. – Wydaje się jednak, że Najeźdźcy nadal są w Miasteczku, bowiem nigdzie ich nie widzę…
Ostrożnie wysunęły się z bezpiecznej gęstwiny Lasu i zaczęły iść przez pokryte jeszcze gdzieniegdzie śniegiem pola. Ale śnieg topniał szybko, ustępując miejsca wilgotnej, czarnej ziemi. Gdzieniegdzie wśród jej brył kiełkowała już pierwsza wiosenna trawa. Rosnące z rzadka drzewa wznosiły ku coraz cieplejszemu słońcu swe ciągle nagie, bezlistne konary.
– Teraz łatwo mogliby nas schwytać – powiedziało nagle Dziecko. – Jesteśmy tu doskonale widoczne i to na dużą odległość. Zwłaszcza gdy idziemy po śniegu. Nasze ciemne, bure płaszcze…
– Przestań, bo przywołasz Zło… – szepnęła Czarownica, ściskając jej rękę w swej dużej, ciepłej dłoni.
– Ale ja je czuję – odparła Mała z namysłem.
– Co czujesz?
– Czuję Zło. Jest gdzieś blisko i wkrótce nam zagrozi…
– To ciekawe – mruknęła Czarownica, nie zwalniając ani na chwilę kroku. – Poczułaś je wcześniej niż ja. Tak, teraz ja również wyczuwam bliskość Najeźdźców, choć nigdzie ich nie widzę…
– O, tam… – szepnęła jej podopieczna.
Z lewej strony zbliżały się ku nim, przez pola, małe, czarne punkciki, rosnąc jednak w oczach z każdą sekundą i przybierając powoli kształty galopujących koni. Jeszcze kilka sekund i jeźdźcy także stawali się coraz wyraźniejsi, a ich zbroje błyszczały w wiosennym słońcu jak małe lusterka. Za moment wiatr przyniósł uciekinierkom echo ich wściekłych wrzasków:
– To one! Kobieta i Dziecko!
– Szybciej! Nie umkną nam!
– Nie mają gdzie! Ani skrawka lasu!
– Wyczha! Gonić je! Gonić!
– Na władcę Urgha, klnę się, że nie ujdą!
– Zabić Czarownice!
Czarownica przystanęła i zaczęła rozglądać się bystro dookoła. Ale wszędzie rozciągały się jedynie puste, nie dające żadnej osłony pola.
– Nie mamy wyboru – mruknęła. – Jest to ryzyko, ale nie mamy wyboru. Musimy tylko zejść z tego śniegu i stanąć na czarnej ziemi. Tam jesteśmy mniej widoczne, a potem… potem nas przeobrażę.
– Zamień nas w ptaki – poprosiło Dziecko. – Chciałabym choć raz w życiu pofrunąć. A gdy będziemy ptakami, nigdy nas nie złapią.
– Przeobrażając człowieka nie wolno odrywać go od ziemi – mówiła Czarownica, biegnąc wraz z wychowanką w stronę czerniejącego skrawka pola, na którym śnieg dawno zdołał stopnieć. – Przeobrażony w ptaka, oderwany od ziemi, nigdy już może na nią nie powrócić. Dlatego przemiana w ptaka jest krokiem ostatecznym.
Zbrojni jeźdźcy na koniach coraz to rośli w oczach, a ich pełne wściekłości wrzaski dobiegały już całkiem wyraźnie uszu uciekających. Na przedzie, na czarnym koniu, gnał potężny, wyjątkowo silnej budowy Najeźdźca, czego nie kryła nawet zbroja.
– Ten chyba lubi zabijanie – pomyślało bezwiednie Dziecko, biegnąc obok Czarownicy, gdy nagle… nagle poczuło, że wrasta w ziemię i nieruchomieje. Obok niej, z ciemnej, wilgotnej, parującej w słońcu ziemi wyrósł nagle ponury, nagi krzak z ostrymi kolcami.
– … więc jestem teraz podobnym krzakiem jak ona, Czarownica – powiedziało Dziecko do siebie w myślach i ogromnym wysiłkiem woli poruszyło jedną ze swych gałązek rąk, by dostrzec na niej także ostre, długie kolce. – Szkoda, że nie mamy pączków. Są takie przyjemne, puszyste, oznajmiają przybycie wiosny. Zwłaszcza bazie. Jesteśmy bardzo ponurymi krzakami. Martwymi. Ciekawa jestem, czy mimo to zakwitłybyśmy, gdyby tak zostawić nas w tej postaci jeszcze kilkanaście dni w ciepłym blasku słońca?
Tak rozmyślało Dziecko, ufne czarom swej Opiekunki, gdy jeźdźcy już z gniewną wściekłością wjechali na czarny spłacheć pola. Dokoła nie rosło żadne drzewo, nie uwypuklał się żaden pagórek, nie było też ani jednego domu, choćby w postaci zrujnowanych szczątków.
– … nie mogły przecież zapaść się pod ziemię! – wrzeszczał Czarny Jeździec na przedzie. – Szukajcie ich! To niemożliwe, by znikły!
– … ale ich nie ma, panie! – wołali inni.
Czarny z furią ciął pejczem po twarzy jednego ze swych towarzyszy.
– Gdy mówię, gamonie, byście szukali, to szukajcie! Nie mogły rozpłynąć się w powietrzu!
– To przecież czarownice, panie – powiedział nieśmiało inny z żołnierzy. – Kto wie co mogły zrobić…
Konie niespokojnie tańczyły, rżąc i kopiąc niecierpliwie nogami. Rycerze klęli i miotali się nerwowo na niewielkiej przestrzeni. Po chwili czarny dowódca z pełnym nienawiści impetem wyładował swój gniew na jednym z martwych, ostrokolczastych krzewów, tnąc go z całej siły swym krótkim, grubym pejczem. Krzak bezradnie przewrócił się na ziemię. Czarny Jeździec z furią pognał swego konia, a w ślad za nim odjeżdżali, wrzeszcząc i przeklinając, jego współtowarzysze.
… leżący na ziemi bezwładnie krzew, powoli, powoli przybierał kształty Czarownicy. Miała zamknięte oczy, leżała bezwładna, nieruchoma, a przez jej bladą twarz przechodziła długa, krwawa pręga.
– Powiedz coś – szepnęło Dziecko. – Powiedz tylko, że żyjesz…
– Żyję – odparła z wysiłkiem jej Opiekunka.
– To boli – raczej stwierdziła, niż spytała jej podopieczna.
– Boli. Wyjmij z mego worka małą buteleczkę z rubinowego kryształu i wlej mi do ust kilka kropel płynu…
Dziecko posłusznie wykonało jej polecenie. Płyn w buteleczce był także rubinowy, wyglądał jak krew i kilka jego kropel spłynęło do warg Czarownicy. Na jej twarz wróciła powoli zwykła, zdrowa ogorzałość. Szare, chłodne oczy otwarły się i ciężkim, nieruchomym spojrzeniem zatrzymały na twarzy pochylonego Dziecka.
– Odjechali?
– Tak – odparła Mała. – Już ich nie widać.
– Więc trzeba się śpieszyć. Mamy już niewiele czasu powiedziała energicznie Czarownica i podniosła się z ziemi.
Krwawa pręga na jej twarzy blakła, a w ciało wyraźnie wstępowały nowe siły. Rubinowy eliksir ukryty w kryształowym flakoniku ujawniał swą moc. Już po chwili Czarownica i Dziecko szły pośpiesznie polami w kierunku coraz to bliższej i bliższej, pokrytej czarnym Lasem góry.
Dalsza droga Czarownicy i Dziecka przebiegała już bez przeszkód, choć była długa i męcząca. Zostały im do pokonania dwie wielkie, pokryte lasami góry; musiały też wyminąć parę Wsi i dwa Miasteczka. A jednak przez jedno z nich musiały przejść, bowiem tylko w nim znajdował się most, prowadzący na drugą stronę szerokiej, rwącej Rzeki, którą musiały przekroczyć.
Читать дальше