Nazajutrz Ezra, spotkawszy Ariela w Wiosce, spojrzał na niego chłodno i podziękował za pomoc w nauczaniu dzieci.
– Znajdź sobie inne zajęcie, przybyszu – powiedział młody kapłan. – Nauczanie maluczkich to zajęcie zbyt odpowiedzialne, by można je było powierzyć obcym.
– Nie będziesz miał ze mną żadnych kłopotów – przyrzekł Ariel kornym głosem. Z głębokich mroków swej pamięci wydobył dawno zapomniany ton głosu swego ojca, jakim przemawiał do wielmożów, wytykających mu obcość. Krnąbrny, szyderczy śmiech Błazna Ariel zmienił na nowy, dziwnie brzmiący w jego uszach wiernopoddańczy ton. Brzydził go, lecz równocześnie przypominał słowa, jakimi ojciec pouczał matkę: “Między wrogami mów szeptem, być może wezmą cię za przyjaciela…”
Jon, chcąc znaleźć Arielowi nowe zajęcie, zaofiarował się nauczyć go, jak się poluje w Puszczy i jak wyprawia się skóry dzikich zwierząt, lecz przyjaciel sam znalazł sobie zatrudnienie. – Moi przodkowie mieli talent do handlu. Sam zresztą sprzedawałem żarty, nie lubiłem rozdawać ich darmo. Mam pomysł na zajęcie, które przyniesie korzyści zarówno Plemieniu, jak i mnie – oświadczył.
Wkrótce przy jednej z wioskowych dróg stanęła drewniana buda, Ariel zaś zaczął gromadzić w niej to, czego potrzebowali na co dzień i od święta mieszkańcy Wsi. Kupował barwiony len i utkaną wełnę od kobiet z Wioski, miód od bartników, futra od myśliwych, świeże ryby od rybaków; przywoził z Miasta sól i kaszę, gliniane naczynia, żelazne garnki, zdobne paciorki i wstążki dla dziewcząt, a ostre noże dla mężczyzn.
– Cywilizacja – uśmiechnął się Jon, gdy ujrzał ten pierwszy w Puszczy kram z towarami.
– Wygoda – skomentowało Plemię, bezwiednie utożsamiając Cywilizację wyłącznie z wygodą.
– Chytrość – pomyślał nie bez racji Ezra, gdy pewnego dnia Ariel przywiózł z Miasta belę pięknej koronki i ofiarował ją młodemu kapłanowi, który bez oporu przyjął ów cenny prezent i przystroił ołtarz w świątyni.
– Myślałem, że Bóg Dobroci wolałby za ołtarz polny kamień, niż taki wystrojony stół – zastanawiał się głośno Jon, gdy odwiedził świątynię.
– Nie jest winą Boga ani jego kapłanów, że wierni wolą widzieć siłę i moc tam, gdzie kapie od złota, niż gdzie mech otula polne kamienie – powiedział mu Isak.
To właśnie stary kapłan, nie szaman, przypomniał Jonowi, że pora mu ruszać.
– Nigdzie się już nie wybierasz? – spytał niespokojnie pewnego dnia, spotykając Jona w świątynnym ogrodzie. Jon odruchowo dotknął malutkiego skórzanego woreczka na swojej szyi, w którym wciąż szeleściło ziele serdecznika niepospolitego.
– Zawsze z tym zwlekałem, a tym razem zwlekam ponad miarę – wyznał kapłanowi. Isak spojrzał mu w oczy i młody człowiek pojął, że starzec wie; że zna powód, dla którego Jon opóźnia ruszenie w ostatnią Drogę.
Ale dłużej nie można było zwlekać, choć z drugiego brzegu Rzeki nikt już nie wołał w mroźne noce. Jon udał się zatem do szamana. Czarownik nie opuszczał już namiotu, zwłaszcza że śnieg zasypał wszystkie ścieżki i Jon brnął nad Rzekę poprzez wielkie zaspy. Nikt z Plemienia nie odgarnął tej zimy śniegu od namiotu starca, choć jeszcze zeszłego roku ludzie chętnie go odwiedzali.
Przestali się bać, a wdzięczność ma najkrótszą pamięć ze wszystkich ludzkich uczuć – pomyślał Jon. Na śniegu zauważył tylko ślady drobnych stóp Gai, która co dzień nosiła szamanowi gorący posiłek. Ogień rozpalali mu Jon na zmianę z Arielem, lecz że nie miał kto go podtrzymywać, więc szybko wygasał.
Starzec leżał w łożu, przykryty futrami. Jego pergaminowa twarz sprawiała wrażenie tak drobnej i kruchej, że Jonowi wydało się, iż pod dotknięciem rozsypałaby się w pył, jak zwierzęce i ludzkie czaszki leżące u zbiegu Kamiennych Dróg.
– Czy naprawdę muszę wyruszać? Czy jest to jeszcze potrzebne? – spytał z nadzieją Jon. Czepiał się nawet nikłej szansy.
– Można porzucić konającego i odejść, nie sprawdziwszy, czy jeszcze żyje, czy już umarł? – odparł pytaniem na pytanie stary czarownik.
– Mój syn powinien narodzić się za kilka dni – szepnął Jon z bólem.
– Ktoś umiera, ktoś się rodzi, ciesz się – odparł szaman.
– Chciałem go zobaczyć choćby przez chwilę lub przynajmniej usłyszeć pierwszy krzyk – powiedział Jon, ze zdumieniem słysząc w swoim głosie rozpaczliwy żal. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest go tak wiele i że brzemię żalu może być tak ciężkie.
– Obiecuję ci tylko jedno… – zaczął szaman po boleśnie długim namyśle. – Usłyszysz głos swego nowo narodzonego syna. Dopilnuję tego. A zatem ciesz się, Jonie – powtórzył starzec z naciskiem.
I Jon pojął, że narodziny syna i nie chciana, lecz nieuchronna Droga to dwa wyróżnienia, jakie na niego spadły; powód do chwały, nie do rozpaczy, l Jon zrozumiał, że chwała leży czasem kamieniem na piersi, zamiast cieszyć, a przywilej jest jak korona cierniowa zamiast laurowego liścia.
Gdy podjął decyzję, nagle – w raptownym błysku pamięci – przypomniał sobie swoją przedostatnią Drogę i choć wokół było mroźno i biało od śniegu, ujrzał przed oczami jaskrawozielone palmy, a na twarzy poczuł gorący oddech Pustyni. I nagle przypomniał sobie swój płacz koło ogromnej Świątyni Świątyń, powód tego płaczu – i wiedział już, że właśnie płacz będzie ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszy. To chyba naturalna kolej rzeczy – pomyślał.
Woda w Rzece – gdy do niej wchodził – była lodowato zimna. Na niebie lśnił chłodny, obojętny księżyc. Jon wiedział, że za jego plecami, w kompletnych ciemnościach czuwa Gaja, obejmując dłońmi swój wypukły brzuch i nasłuchując do ostatniej chwili skrzypiących po zlodowaciałym śniegu kroków oddalającego się męża. Nie żegnali się w jakiś szczególny sposób. Gaja nie chciała pożegnań. Bała się ich. Jon mimo to zabierał w Drogę ciepło jej ciała i pośpieszny rytm serca swojego syna, wyczuwalny pod naciągniętą, jedwabistą skórą brzucha żony. Ten rytm przypomniał mu nagle szybkie, coraz szybsze bicie plemiennych bębnów, w które do utraty tchu uderzali mężczyźni z Plemienia w najdłuższą noc roku dla przebłagania starych bogów. Lecz rytuał ten także został już zarzucony przez mieszkańców Wioski. Wyczuli, że nie trzeba już błagać umarłych i umierających.
W swojej izdebce leżał Ariel, otwartymi oczami wpatrując się w ciemne, drewniane belki sufitu, gdzie widział rozsłonecznione dalekie kraje i coraz to nowe miejsca, które odwiedzać będą razem z tą piękną, choć teraz zrozpaczoną kobietą. Ariel już wiedział, dlaczego Jon ściągnął go tu z Miasta. Jon wszystko przewidział. Poza powtórnymi narodzinami niegdysiejszego Błazna. Ariel wiedział też, że w tej wiecznej tułaczce oboje z Gają wciąż będą przywoływać Jona – a w ich pamięci pozostanie on mocniejszy, rozumniejszy, bardziej wrażliwy, a przede wszystkim wiecznie młody. Będzie młody nawet wówczas, gdy Gaja posiwieje, Arielowi zaś wypadną włosy i zęby. Oby starość dopadła ich w ciepłym i bezpiecznym kraju, w którym rozkwitnie ich pamięć, marzył Ariel, słuchając cichnących kroków Jona. Jon już dawno opuścił dom, lecz Ariel wciąż słyszał jego kroki.
Puszysta, chłodna biel pokrywała Puszczę prócz Kamiennej Drogi, jakby Królowa Śniegu osobiście zadbała o to, aby Jon w swej ostatniej wędrówce miał łatwy dostęp do Boga. Wśród oślepiającej jasności śnieżnego puchu Droga jawiła się jak wymieciona i Jon w świetle księżyca doskonale widział jej szczerby, dziury, pęknięcia. Dawna lśniąca gładź bezpowrotnie przepadła i było pewne, że wiosną w tych szparach zazieleni się trawa, zakwitną pierwsze kwiaty, młody dąb wychyli jasny, świeży czubek, w parę zaś lat później nikt nawet nie będzie pamiętał, że kiedykolwiek biegł tędy uczęszczany trakt.
Читать дальше