Przeważająca część opowieści o Kopciuszku toczyła się w kuchni, gdzie mała sierotka spędzała czas, gdyż w pokojach królowała macocha z córkami. Kuchnia z bajki była ciemna, ponura, bez okien, z wielkim staroświeckim piecem i ogromnym stołem, z potężnymi żelaznymi garami, z zawieszonymi u pułapu wiankami czosnku i cebuli, z drewnianym zydelkiem dla Kopciuszka zamiast wygodnego krzesła. A przynajmniej taką kuchnię widać było na obrazku w starej księdze z baśniami. Myszka wpatrywała się w ten obrazek i potrafiła – na wypowiedziane przez Ewę słowo – wskazać właściwy przedmiot. Stół, krzesło, cebula, garnek, lampa. Ogromną trudność sprawiało jej jednak zrozumienie, że kuchnia w ich domu – sterylna, z kafelkami, z białymi meblami i różnymi zautomatyzowanymi urządzeniami – jest również kuchnią.
– Neee, ne kuuunia – kręciła głową, ale Ewa uparcie wskazywała na obrazek i prowadziła ją do ich kuchni, żeby Myszka pojęła, iż mogą być dwie rzeczy o tej samej nazwie, nawet jeśli wyglądają różnie. Dla Ewy była to tylko część żmudnej edukacji córki – dla Myszki jedna z niepojętych zagadek świata, dramatyczna w skutkach pomyłka dorosłych.
Myszka wreszcie pojęła. I choć różnica była ogromna, dziewczynka uwierzyła, że ich domowa kuchnia jest zarazem baśniową kuchnią Kopciuszka. Teraz, kilka razy na dzień, dziewczynka wchodziła do jasnej kuchni – nie przypominającej ani trochę tej z ilustracji – i czekała. Siadała na niskim, wyściełanym miękko stołeczku, niczym zydelek z bajki, przeznaczonym specjalnie dla niej, i nieruchomiała na długie chwile w swej ociężałości. Minęło wiele dni, nim jej zachowanie, nieruchome siedzenie na stołeczku, powtarzalność tego rytuału i większe niż zwykle skupienie zaintrygowały Ewę.
– Co robisz? – spytała pewnego dnia.
– Ceeeek… – odparła ufnie Myszka.
– Na co czekasz? – zdziwiła się Ewa.
– Wuuuuka…
Ewa zagryzła wargi. Wróżka z baśni o Kopciuszku była również jej obsesją. Czasem, gdy zasypiała, wyobrażała sobie, na granicy jawy i snu, że to zła wróżka zamieniła jej dziecko. Już w szpitalu miała dziecinną nadzieję, że ktoś nagle wejdzie i powie:
– Droga pani, pomyliliśmy się, to nie jest pani córka!
Tamto prawdziwe dziecko miało być śliczne, jasnowłose, z dużymi oczami, z pełnymi ustami rozchylającymi się w uśmiechu. Mała, śliczna Barbie. Zła wróżka dała to piękne dziecko komuś innemu…
– …a mnie dała poczwarkę – powiedziała Ewa głośno w dniu, w którym bolała ją głowa, dotkliwie odczuwała obcość Adama, martwe przedmioty stawały jej na drodze, boleśnie szturchając, gdy przechodziła, Myszka zaś zachowywała się wyjątkowo nieznośnie. I choć tylko raz się zdarzyło, że Ewa nazwała córkę “poczwarką”, jednak wciąż dźwięczało jej w uszach to straszne słowo – i nagle, gdy to sobie uświadomiła, rzuciła się na Myszkę z niekontrolowaną gwałtownością, tuląc ją do siebie tak, że dziewczynka była bardziej wystraszona niż szczęśliwa. Instynktownie wyczuwała, że w ogromie matczynej miłości przeważają rozpacz i poczucie beznadziei, a brakuje radości. Mama nie uśmiechała się tak często, jak panie z telewizora. Mama nie tańczyła i nie śpiewała, jak panie z reklamy. Mama nie rozmawiała, z zaraźliwą energią, z innymi kobietami w sklepie czy na ulicy. Mama była inna. Inność mamy Myszka instynktownie kojarzyła z własną odrębnością.
A teraz Ewa stała w jasnej, pogodnej kuchni i pytała z niepokojem:
– Co ma zrobić wróżka?
Myszka bezradnie wzruszyła ramionami, a potem pokazała na siebie palcem. Stała tak chwilę, aby nagle wyrzucić rączki w górę i niezgrabnie podskoczyć. Ewa po części zrozumiała: wróżka miała przemienić Myszkę w lekką, tańczącą dziewczynkę z balu u królewicza. Nie pojęła jednak całej prawdy: Myszka chciała, by ta przemiana dotyczyła jej już na zawsze. Chciała tańczyć zawsze. Myszka wierzyła, że taniec to także wyraz miłości do wszystkiego, co się kocha. A kochać można było prawie wszystko: mamę, dom, uciekającego tatę, motyle nad trawnikiem i miękkość trawy, starą lalkę z wyrwanymi włosami, pluszowego misia bez nogi, podartą książkę (Myszka darła książki wyłącznie z miłości).
– Więc co ma zrobić wróżka? – powtórzyła Ewa drżącym głosem, a gdy Myszka znów podskoczyła niezgrabnie i wzniosła ręce w górę, Ewa odparła: – Wróżka tego nie umie… Wróżki umieją jedynie przemieniać zwykłych ludzi, takich jak my wszyscy, w kogoś tak niezwykłego jak ty – dodała w przypływie natchnienia.
– Nee cee – powiedziała Myszka i w tej samej chwili spadł na nią dodatkowy ciężar, oprócz tej trochę oswojonej już ociężałości własnego ciała: ze słów mamy pojęła, że żadna wróżka nie da jej tego, na co czeka.
I Myszka przestała czekać na wróżkę. Lecz właśnie wtedy wróżka przyszła we śnie. Powiedziała, że wszystko, na co Myszka czeka, jest na górze. Ale musiały minąć dwa lata, zanim Myszka dowiedziała się, gdzie jest góra. Bo każda wiedza, nawet najprostsza, przychodziła do Myszki z opóźnieniem i z wyraźną niechęcią.
Choć Ewa od kilku lat nie czytała głośno Księgi, Pan wciąż od nowa stwarzał swoje światy. Co dzień stawała się światłość, ‘noc oddzielała się od dnia, a światłość uczyła się rozszczepiać na siedem kolorów tęczy.
Stwarzając, Pan zawsze rozglądał się za swymi Darami, za dziećmi rozrzuconymi po różnych światach, i przywoływał niektóre z nich z powrotem, by dać im lekkość motyla i umiejętność tańca. Pan wiedział, że taniec to radość życia, radość świata, radość z własnego ciała – i obdarzył je tęsknotą za nim. Tęsknotą za tym, co niemożliwe. Po to, by zarażały nią ludzi.
– TO JEST DOBRE – mówił Pan huczącym, potężnym głosem, patrząc, jak Jego dzieci tańczą.
*
Myszka siedziała na podłodze w holu i sapiąc z wysiłku, usiłowała zawiązać sznurówki w bucikach. Mama powiedziała, że to konieczne, że ośmioletnia dziewczynka musi to umieć. I że to łatwe. Tymczasem to było trudne. Myszka posapywała jak mała lokomotywa, a z półuchylonych ust wypełzła jej wąska strużka śliny, którą odruchowo wytarła skrajem rękawa.
“Mama mówiła, żeby chusteczką…”, przypomniała sobie, ale ta myśl zaraz uciekła. Wszystkie myśli uciekały niezwykle szybko, były zwinne, śliskie jak łodyżki traw i nie dawały się zatrzymać. A nawet gdy Myszka którąś schwyciła, to łamały się równie łatwo jak kwiat, na kilka części, z którymi nie było wiadomo co zrobić.
Myśli Myszki powróciły do okropnych, nieposłusznych sznurowadeł. Niestety, niewprawne, niezgrabne palce też nie chciały jej słuchać, w dodatku Myszka znów zapomniała, w którą dziurkę ma sznurówki włożyć. Strużka śliny pociekła na podkoszulek. I wtedy w domu coś zahuczało.
“Radio… nie, telewizor…”, pomyślała Myszka, ale potem z natłoku dźwięków wyłowiła głos taty.
Głos taty był jej mało znany, ale zawsze umiała odróżnić go na przykład od głosu listonosza, który dzwonił do drzwi i już z daleka krzyczał wyraźnie i tubalnie:
– Dziś tylko gazeta! – jakby w pozostałe dni było coś innego.
Tylko tata mówił tak szybko, gładko i ostro, że Myszka kuliła się w sobie, czując, że jej umysł nigdy nie nadąży za jego słowami. Mama mówiła śpiewnie, cicho, powoli i bezboleśnie. Powtarzała każde zdanie tyle razy, ze Myszka nie miała kłopotów ze zrozumieniem. Z tatą było wręcz przeciwnie, zwłaszcza że słyszała go rzadko. Najczęściej przebiegał obok, w milczeniu. Ale teraz głos laty dudnił w całym domu.
Читать дальше