A jednak, mimo wszystko – mimo tej degradacji, mimo ciasnoty i biedy, obskurnych drzwi i podłóg, ohydnych biurowych mebli i dawno nie mytych szyb – było w owym przybytku inaczej niż gdzie indziej, i to nawet tuż obok, w tym samym gmachu, „za ścianą”, na przykład: w sekretariacie albo czytelni wydziału, które niedawno poznałem.
Przede wszystkim uderzał tu całkiem inny zapach – przyjemny, delikatny, swoiście odurzający: subtelna (nie „słodka”) konwalia zmieszana z oparami szlachetnego tytoniu (jak miało się okazać: Gitanów i Gauloisów).
Następnie, wzrok napotykał liczne drobiazgi biurowe nie widywane gdzie indziej – zmyślne i estetyczne, zgoła pociągające: kolorowe pinezki i gumki recepturki; lśniące, kształtne spinacze w owalnym pojemniku z magnetycznym „kraterem”; rolki taśmy klejącej (przejrzystej lub matowej) w zgrabnych, poręcznych oprawkach z zębatym obcinakiem; i wreszcie, cała kolekcja jednorazowych BIC-ów – głównie prostych, kanciastych, z przezroczystego tworzywa (o różnobarwnych zatyczkach – niebieskich, czerwonych i czarnych – i skuwkach w tych samych kolorach, strzelistych jak główki pocisków), lecz również o obłych kształtach, z mechanizmem wciskowym (z przezroczystą iglicą i małym otworkiem z boku, w który wskakiwał z trzaskiem trójkątny ząbek zwalniacza).
Z tą galanterią współgrały stojące na półkach książki oraz gazety i pisma, rozłożone starannie na lekko pochyłym blacie. Chodzi o to, że książki nie były oprawione w jednaką, burą tekturę lub obłożone papierem – szarym, pakowym, siermiężnym, jak w innych bibliotekach; a grzbiety ich okładek (lub nierzadko obwolut) mieniły się kolorami i lśniły laminatem lub sztywnym celofanem, jakich w żadnym z państw-stron Układu Warszawskiego, nawet we wschodniej części ojczyzny Gutenberga, stojącej technicznie najwyżej, nie używano w produkcji oprawy druków zwartych. Z kolei periodyki, a nawet gazety codzienne («Le Figaro», «Le Monde») odznaczały się innym niż krajowe papierem i charakterem druku. Papier był cienki i gładki, a przy tym wcale mocny, druk zaś – wyraźny i kształtny, wygodny i miły dla oka. (Papier gazet krajowych był szorstki, łykowaty i bardzo łatwo się darł; druk zaś nie trzymał linii, skakał na wszystkie strony i miał niezgrabny krój liter; poza tym się rozmazywał. O zdjęciach i ilustracjach nawet nie ma co mówić.)
Wreszcie, przy wielkim biurku, pełniącym rolę recepcji, o blacie wyściełanym ciemnozielonym suknem, siedziała nobliwa pani, nic nie mająca wspólnego z wyglądem personelu, jaki się spotykało gdzie indziej w podobnych miejscach (w sekretariatach, czytelniach i biurach administracji). Szczupła, pod sześćdziesiątkę, o wyrazistej twarzy i szpakowatych włosach (krótko i zgrabnie przyciętych), władnych szkłach bez oprawki (z cieniutkim złotym siodełkiem i takimi rączkami), w świetnie skrojonym kostiumie z szarego fil-à-fil i bordową apaszką zawiązaną pod szyją, siedziała wyprostowana, stukając na maszynie – sprawnie i energicznie. Jej długie kościste palce były przyozdobione srebrnymi pierścionkami, przegub zaś prawej ręki – gustowną bransoletą z tego samego metalu. W zasięgu tejże ręki, na ciemnozielonym suknie, leżała paczka Gitanów, czerwona, cylindryczna zapalniczka na gaz z przezroczystego plastiku i biała popielniczka z napisem „Courvoisier”, na której dnie spoczywał zgnieciony niedopałek z czerwonym śladem szminki.
Wchodząc do pomieszczenia, zakładałem bezwiednie (zapewne pod wpływem wizji, czy, skromniej: l’imaginaire [100] , jaki wzbudzała nazwa owej ekspozytury francuskiego esprit), że wewnątrz będzie gwarno, ruchliwie, a nawet tłoczno, a w każdym razie tak, że moje ciche wejście nie będzie rzucało się w oczy. Dlatego też zastawszy, co właśnie zastałem był, straciłem naraz rezon i wpadłem w zakłopotanie. Miast przejść niezwłocznie dalej, do pustej salle de lecture, by tam, w spokoju i ciszy, przemyśleć powzięty plan i dostosować szczegóły do danych okoliczności, przystanąłem jak głupi przy blacie z czasopismami i począłem niepewnie przeglądać «Le Figaro». Na skutki tego potknięcia, a raczej szkolnego błędu, nie trzeba było czekać dłużej niż pół minuty.
– Mogłabym ci w czymś pomóc? – spytała „srebrna” dama, przerywając pisanie. Głos miała niski, głęboki, uderzająco podobny do głosu jednej z lektorek Radia Wolna Europa.
Znowu – po raz już który! – musiałem improwizować.
Moją jedyną busolą były reguły gry w szachy. Te zaś nakazywały: nie atakować za wcześnie, a zwłaszcza nie wychodzić na początku hetmanem; wybrać, w miarę możności, mniej popularne otwarcie, rozwijać je metodycznie i czekać na błąd przeciwnika; ofensywę rozpocząć dopiero z mocnej pozycji.
W danej rzeczywistości znaczyło to zdobyć względy, a nawet podbić serce srebrnowłosej Marianny.
– Mam nietypową sprawę – zbliżyłem się do biurka – i stąd też moje wahanie, czy w ogóle się z nią zwracać. Widząc, że jest pani zajęta, nie chciałem przerywać pracy.
– O co chodzi? Mów, śmiało – przyjrzała mi się uważnie. – Wszystko da się załatwić. To tylko kwestia woli; w najgorszym razie: czasu.
– To bardzo miłe i rzadkie, że pani tak stawia sprawę. Niemniej, obawiam się, czy w danym wypadku, istotnie, będzie można zaradzić. Bo rzecz, o którą mi chodzi, ma związek z kulturą francuską… szczególny… nie oczywisty… nie pierwszorzędnej wagi.
– Oby miał jakikolwiek – rzekła z dowcipnym uśmiechem.
– Chodzi o tłumaczenie. Dokładnie, o przekład francuski hymnu Ren Hólderlina… wie pani, tego niezwykłego niemieckiego poety, co przeszedł samotnie Alpy zmierzając do Bordeaux, a później, wracając stamtąd, również samotnie i pieszo, doświadczył objawienia, które go poraziło i odebrało mu rozum. Podobno na jakimś szczycie ukazał mu się Dionizos i odbył z nim rozmowę. W każdym razie w Paryżu… Ale nie o to chodzi! Rzecz w tym, że piszę pracę o romantycznych podróżach… markiza de Custine, Joanny Schopenhauer… i potrzebuję cytatu właśnie hymnu… Dlaczego po francusku? Dlaczego mi nie wystarcza oryginalny przekład polski? Już śpieszę z wyjaśnieniem! Jest to praca na konkurs ogłoszony przez pismo… «Perspective de Genève» i takie są wymagania, aby wszelkie cytaty były w języku francuskim. Podobny problem mam z tekstem Joanny Schopenhauer, no ale ten przynajmniej napisany jest prozą, więc potrzebne wyimki mogę przełożyć sam. Tymczasem wiersz, i to taki!… – rozłożyłem ramiona i wzniosłem oczy do nieba. – Otóż byłem już wszędzie, we wszystkich bibliotekach, wydziałowych, centralnej, a nawet w narodowej, i nigdzie tego nie mają… nigdzie nie mogli mi pomóc. Wreszcie ktoś mi powiedział, że z tego rodzaju sprawą winienem pójść do Centre; że stąd nie wyjdę z kwitkiem. Oto dlaczego tu jestem. W pani ostatnia nadzieja! A warto jeszcze dodać, iż pierwszą nagrodą w konkursie jest rzecz nie do pogardzenia: miesięczny pobyt w Szwajcarii, a tam… wycieczki w Alpy, i to nie byle gdzie, między innymi właśnie w rejony źródeł Renu, w masyw Świętego Gotharda albo w masyw Adula,
gdzie lasy przerażone -
zacząłem bez żenady, horrendalnie fałszując, małpować Konstantego, podniósłszy nieznacznie głowę i przymrużywszy oczy -
a sponad nich skały
wznosząc głowy, codziennie, spoglądają w dół,
tam, w lodowatej otchłani…
tu urwał mi się wątek. By zatuszować to jakoś, dorzuciłem niezwłocznie, niby wieńczący akord zarzuconej melodii, początek trzeciej strofy, który znałem najlepiej -
Читать дальше