Przez kilka kolejnych zajęć nic się nie wydarzyło. Zachowywała się tak, jakby nie było mnie w klasie. Zacząłem tracić nadzieję. A jednak, na przekór temu, dalej trwałem przy swoim. Jak miało się wkrótce okazać, była to droga właściwa.
Pod koniec którejś lekcji, gdy ze szczególną werwą „sporządzałem notatki”, zleciła dyżurnemu, by zebrał od wszystkich zeszyty, ponieważ, jak oświadczyła, „przed końcem okresu i wystawieniem stopni chciałaby mieć pojęcie, de quoi ils ont l’air [97] .. Zawirowało mi w głowie. Więc jednak! Nie wytrzymała. Chce „mieć pojęcie”! Proszę!
Podałem dyżurnemu „Cahier des citations”, opatrzywszy go jeszcze swoimi inicjałami.
Na pauzie, a następnie przez kilka kolejnych dni, różnymi sposobami wywiadywałem się, czy do podobnej kontroli doszło też w innych klasach, w których miała zajęcia. Nie, z taką formą „ucisku” nigdzie się nie spotkano. – Co? Bierze zeszyty do wglądu? – wybałuszano oczy. – Zamierza je oceniać? I ma to wpływać na stopień, jaki postawi na okres? No, to adieu „suffisant” Bonjour „insuffisant” ! [98]
Mnie dzwony tymczasem biły bynajmniej nie na larum, ale na tryumf mych sił. Bo wszystkie owe poszlaki wskazywały wyraźnie, że zarządzona inspekcja miała na celu wyłącznie rozliczenie się ze mną.
Przyszłość nie zaprzeczyła mojemu domniemaniu. Ale i nie potwierdziła go jasno. „Cahier des citations” powrócił do mych rąk (znowu przez dyżurnego) bez żadnych adnotacji ani słów komentarza, jakby w ogóle nie był poddawany kontroli. Ów brak jakichkolwiek śladów – sprawdzania czy choćby lektury – owszem, można by uznać za rzecz mającą znaczenie, w ogóle – za reakcję, jednakże tylko wtedy, gdyby był czymś szczególnym: gdyby się, mianowicie, odnosił wyłącznie do mnie. Tymczasem był on powszechny. Wszystkich spotkało to samo: zeszyty powróciły w stanie nie naruszonym – bez ocen i opinii. Nie nastąpiło też żadne podsumowanie ustne. Ot, wzięła i oddała – jak gdyby nigdy nic, jakby cała ta akcja miała służyć jedynie wzmocnieniu dyscypliny lub jej tylko wiadomym celom.
Niewątpliwą ripostą było dopiero to, że na okres dostałem – jako jedyny w szkole, nawet nie tylko w klasie! – ocenę bardzo dobrą.
21. Droga rycerska, dworska i trzecia: naukowa
Cóż jednak oznaczał ów respons?
Że zdaje sobie sprawę, iż moja znajomość języka przewyższa poziom szkolny i mimo moich zachowań, dalekich od przykładności, a nawet całkiem bezczelnych, jest przez nią oceniana rzetelnie i sprawiedliwie?
Utopijna wykładnia. Godna równie świetlanej co bałamutnej historii o młodym, niesfornym talencie i zacnym pedagogu.
Rzeczywistość uczyła czegoś całkiem innego: że ocena zależy nie tylko od stanu wiedzy i wymaganej biegłości w zakresie danego przedmiotu, lecz również, i to istotnie, od tak zwanej „postawy”, czyli od stylu bycia i zdyscyplinowania. Można było być orłem w takiej czy innej dziedzinie i wcale z tego tytułu nie miało się jeszcze piątki. Wystarczało się spóźniać lub źle prowadzić zeszyt, lub nie uważać na lekcjach, lub być zbyt pewnym siebie, i już najwyższa nota nie była przyznawana albo wymownie cofana.
Jeśli więc w danym wypadku rzecz się miała inaczej, to o czymś to świadczyło. No właśnie, tylko o czym?
Odpowiedź na to pytanie nasuwała się jedna: chce mnie przewrotnie rozbroić; wywyższając – odprawić; uwolnić się ode mnie. W języku polityki tego rodzaju awans zwie się „kopniakiem w górę.” – Niech się syci godnością, niech się pławi w promieniach glorii tryumfatora, i niech wreszcie przestanie mącić swoją osobą. „Masz piątkę i daj mi spokój!! – oto co znaczył jej ruch. – „Idź z Bogiem, swoją drogą!”
Jak należało postąpić wobec takiej repliki? I w ogóle – jaki był wybór?
Jawiły się trzy możliwości.
Najprościej było się poddać, zaniechać dalszej gry. Powiedzieć sobie: Trudno. Cóż, nie udało się! Takich rzeczy nie można pokonywać na siłę. To byłoby sprzeczne z celem. Jeśli dosyć wyraźnie daje do zrozumienia, że widzi moje manewry, ale nie życzy sobie tego rodzaju zabawy albo, w najlepszym razie, lojalnie mnie ostrzega, abym na nic nie liczył, to trzeba to uszanować i pogodzić się z tym.
Szlachetna rezygnacja średniowiecznego rycerza – jak rycerz Toggenburg z Schillerowskiej ballady.
Przeciwieństwem pokory był atak za wszelką cenę. Zuchwały, brawurowy, z podniesioną przyłbicą. O takiej dramaturgii i w takim, powiedzmy, stylu:
Odrzucam wszelkie skrupuły, zahamowanie i wstyd, i bezceremonialnie, najlepiej zaraz po lekcji, podchodzę i zapytuję, czemu właściwie zawdzięczam tak wysoką ocenę. Wdziękowi? Elokwencji? „Cahier des citations”? Czy jednak przede wszystkim wypracowaniu o gwiazdach? Przyznaję, wiele trudu włożyłem w to confession. Opłaciło się jednak. Nie, nie chodzi o stopień, ale o efekt pracy, o poziom poprawności. Bo skoro nie usłyszałem żadnego słowa krytyki, wnoszę, że jest wysoki, co niezmiernie mnie cieszy. Ale cóż gramatyka! Język jest głównie po to, by się komunikować, by dzielić się myślami. Otóż ciekawy jestem, co sądzi o tym wszystkim, o czym tam napisałem. Podziela moje poglądy na temat astrologii? Również gotowa jest przyznać, iż ludzie spod pewnych znaków są sobie przeznaczeni? A ona sama, no właśnie!… spod jakiego jest znaku? – Och, proszę, niech tym razem nie skąpi mi odpowiedzi! To przecież niewinne pytanie. – No dobrze, lecz nie nalegam, jeśli coś ją wstrzymuje. „W każdym razie i tak… vous êtes… ma victoire”. – „Victoire?” – „Mais ou [99]i zwycięstwem nad samym sobą”.
Byłby to podbój dworski w renesansowym stylu, na modłę śmiałych umizgów adoratorów z Szekspira.
I wreszcie wariant trzeci. Nie dawać za wygraną, lecz i nie atakować. Wciąż czekać – lecz nie bezczynnie. Próbować przenieść grę na pole pozaszkolne. Przerzucić piłkę gdzie indziej. Na teren neutralny. Taki, gdzie prawa szkoły byłyby zawieszone; gdzie miast władczyni i sługi – „pani dyrektor” i „ucznia” – byłoby dwoje ludzi.
Projekt najambitniejszy i najbardziej nęcący. Godny racjonalizmu i nauk oświeconych Woltera i Rousseau.
Na niemą kapitulację, choć była najłatwiejsza, jakoś nie mogłem się zdobyć: było mi czegoś żal; zawód smakował zbyt gorzko. Z kolei, aby przypuścić „renesansową. szarżę, pełną śmiałych zaczepek i brawurowych ripost – nie czułem się na siłach. Abym mógł ją wykonać, musiałbym być beztroski, to znaczy, nie zatruty toksyną namiętności. Tymczasem, niestety, byłem. A to – obezwładniało. Przynajmniej osłabiało panowanie nad sobą – nad twarzą, głosem, ruchami, a zwłaszcza nad językiem. Namiętność jest zawsze ponura i pozbawia lekkości… – wyczytałem gdzieś kiedyś tę zagadkową myśl (czy nie w Czarodziejskiej górze?); teraz na własnym przykładzie poznawałem jej prawdę.
Wybrałem wariant trzeci.
Ledwo wyposażony, właściwie bez ekwipunku, ruszyłem w dalszą drogę – przecierać nowe szlaki.
22. Centre de Civilisation
Piorunujący brzmieniem swej hieratycznej nazwy Centre de Civilisation Française już od ponad ćwierćwiecza nie miał siedziby w masywnym i pełnym dostojeństwa starym Pałacu Staszica stojącym przy szlaku królewskim (w delcie Nowego Światu, u wrót Krakowskiego Przedmieścia), lecz w zaniedbanym budynku Uniwersytetu przy ulicy Oboźnej, tym samym, w którym się mieścił wydział romanistyki, a także, jak na ironię, cuchnący odorem myszy i doświadczalnych szczurów biedny wydział biologii. Z pewnością i pomieszczenia zajmowane w tym gmachu daleko odbiegały pod względem wielkości i szyku od wnętrza, które przed wojną zwało się Złotą Salą. Trzy ciasne pokoiki zastawione półkami, biurkami i kartoteką – będące jednocześnie archiwum, kancelarią, wypożyczalnią książek, a także salle de lecture, o czym anonsowała tabliczka przybita do jednych z drzwi – oto co stanowiło witrynę Cywilizacji, znaczy, Kultury francuskiej: ucieleśnienia idei Racjonalizmu, Postępu, Nowoczesności, Wolności.
Читать дальше