„No, wiesz”, odrzekł spokojnie, „żeby się zorientować, co tam naprawdę się dzieje, i żeby… nie oddać im pola”.
Pojąłem, że wszelka dyskusja pozbawiona jest sensu. On się już zdecydował, rzecz była przesądzona. Chciał tylko mnie powiadomić.
„A co z dzieckiem i Claire?”
„Właśnie!” podjął natychmiast, jakby głównie w tej sprawie spotkał się wtedy ze mną. „Chciałem cię o coś prosić. Abyś był z nią w kontakcie i w razie czego jej pomógł…
„W razie c z e g o?” przerwałem.
„No, wiesz”, rozłożył ręce, „różnie może się zdarzyć”.
Spytałem, czy powziął ten plan w porozumieniu z Claire. Odpowiedział, że tak i że jest między nimi, jak zawsze, pełna zgodność.
Co miałem na to powiedzieć? Przyjąłem zobowiązanie.
Znając go, wyczuwałem, że wszystko miał obmyślane w najdrobniejszych szczegółach i że za tą eskapadą kryją się powiązania, jakie miał za granicą, przede wszystkim we Francji. Nie wnikałem w to jednak.
Moje domysły zresztą potwierdziły się wkrótce. Przedostał się do Hiszpanii drogą przez Pireneje. Przez pierwszych kilka miesięcy dawał o sobie znać dość często i regularnie. Musiał mieć stały kontakt z jakąś bazą we Francji, bo listy były słane z departamentu Gard. Aż gdzieś pod koniec maja trzydziestego ósmego zamilkł i przepadł bez wieści. Nikt spośród kilku ludzi, z którymi był tam w kontakcie, nie potrafił powiedzieć, co się z nim nagle stało. Albo po prostu zginął, albo wpadł w czyjeś ręce i został uwięziony.
Ona znosiła to wszystko z niebywałą godnością. Jej spokój, opanowanie i niezachwiana wiara, że on żyje i wróci, były imponujące. To wtedy właściwie odkryłem, jakim była człowiekiem…
Zapadła nagle cisza, w której na pierwszy plan wybiły się dźwięczne kroki mojego cicerone (jego brązowe półbuty miały skórzane podbicie, a nie gumowe, jak moje). Szliśmy ciemną ulicą, po wilgotnym chodniku, na którym się walały opadłe liście klonu. On lekko pochylony, z rękami założonymi do tyłu, ja obok, po jego prawej, trzymając ręce w kieszeniach. Spojrzałem nań kątem oka. Patrzył przed siebie w ziemię i coś wyrabiał z wargami. Uzmysłowiłem sobie, że to nie pierwszy raz przerywa opowiadanie i dziwnie się zachowuje, gdy zjawia się na scenie postać matki Madame.
– Użył pan czasu przeszłego – przerwałem w końcu milczenie. – Powiedział pan: „była człowiekiem”. Znaczy to, że nie żyje?
– No pewnie, że nie żyje – odparł z odcieniem złości.
– Od kiedy? – nie wytrzymałem.
– Chwileczkę! Po kolei! – ofuknął mnie i dodał: – Zastanawiam się tylko, co opowiedzieć naprzód: czy to, co było w Hiszpanii i co się wtedy z nim działo (lecz o czym się dowiedziałem dopiero w wiele lat później), czy to, jak sprawy się miały z mojego punktu widzenia.
– Z pana punktu widzenia – odezwałem się cicho – jeśli wolno mi radzić.
– Nie – powiedział po chwili. – Lepiej będzie jednakże, jeśli opowiem teraz, co się stało w Hiszpanii. Tylko pamiętaj: nikomu!
Maks przeszedł Pireneje w trzydziestym siódmym, w grudniu. Naprzód się znalazł w Léridzie, potem pod Saragossą, a na koniec w Madrycie. Działał w niejednej grupie, choć głównie we francuskich. Organizował transport, brał udział w kilku potyczkach. Stopniowo poznawał ten kraj i jego niedawną przeszłość, znaczy, historię tej wojny. I zrozumiał niebawem, że tam są d w a fronty, nie jeden: że przeciw Republice walczy nie tylko Franco i jego poplecznicy ale i… Józef Stalin, i to znacznie skuteczniej, a zarazem – perfidniej.
Zwycięstwo lewicy w Hiszpanii w trzydziestym szóstym roku było dla Sowieciarzy, z jednej strony, sukcesem, a z drugiej, ostrzeżeniem. Jątrzyli tam od dawna, jak zresztą wszędzie w tym czasie. Nie spodziewali się jednak, że akurat w tym kraju – katolickim, rolniczym – eksperyment się uda. Skoro jednak się udał, trzeba było natychmiast przejąć nad nim kontrolę. „Rewolucja”, po pierwsze, musiała być zgodna z teorią, lecz, co jeszcze ważniejsze, nie mogła być niezależna od bolszewickiej Rosji. Pamiętaj, największym wrogiem całej tej bandy z Kremla – Lenina, Trockiego, Stalina – nie była żadna „prawica”, „imperialiści”, „faszyści”, lecz zawsze i niezmiennie… ustrój demokratyczny, a w szczególności lewica, prawdziwa, rzetelna lewica, to znaczy taka formacja, która w legalny sposób – politycznymi środkami – walczyła o interesy i prawa ludzi pracy. O tak, to właśnie jej nienawidzili najbardziej! Bo zabierała im miejsce, bo stanowiła przeszkodę dla ich zbójeckich metod.
Dlatego też, gdy tylko zwyciężył ów front ludowy, co jednak nie przyniosło oczekiwanych skutków, czerwone biesy natychmiast dolały oliwy do ognia. Zaczęły to diabelskie misterium podpalania, rozpasania i rzezi. Morderstwa polityczne, prowokacje, napady i nie kończący się strajk. Rozkręcać spiralę gwałtu, podsycać ogień anarchii, aby w jakimś momencie, gdy zamroczenie zbiorowe osiągnie apogeum, chwycić wszystkich za gardło i rzucić na kolana. I od tej chwili już władać – niepodzielnie, bezwzględnie.
I pewnie by im to wyszło, gdyby nie drugi diabeł, co panoszył się wtedy i też chciał podbić świat. Widząc, że kawał Europy staje się łupem rywala, pośpieszył czym prędzej na żer, aby walczyć o swoje.
Tak się zaczęła ta wojna. Oto prawdziwe jej tło. Gdyby nie pucz komunistów, gdyby nie Komintem, gdyby nie wypuszczenie motłochu na ulicę, z pewnością by do niej nie doszło.
No, ale skoro już doszło, nie myśl, że Sowieciarzom było to nie na rękę. Przeciwnie, spadało im z nieba! Sądzisz, że w owym czasie oni poważnie myśleli o rewolucji światowej? O tym, by „lud wyklęty. zaczął masowo „powstawać” i obalać „tyranie”? Nic bardziej fałszywego! Rewolucja światowa, owszem, była ich celem, lecz pod jednym warunkiem: że od początku do końca będą ją kontrolować. Że będą powstawać państwa całkowicie zależne od moskiewskiej centrali – kolonie ZSRR. Wszelkie inne warianty „wyzwalania się ludów z jarzma wyzysku i biedy. były niedopuszczalne. Bo mogły nagle wykazać, że Rosja nie jest najlepsza w budowie „lepszego świata”, że, owszem, przoduje, jak zawsze, lecz – w ciemiężeniu ludzi!
Podbić wtedy Hiszpanię pod pozorem rewolty? Byli na to za słabi. Lecz rozdmuchawszy ogień, pozwolić mu się rozszerzać w nieprzewidziany sposób? Wszystko, tylko nie to! Trzeba ją było zarżnąć, jak kozła ofiarnego, lecz przedtem jeszcze – oskubać; wycisnąć z niej, co się da.
To właśnie z tego powodu rebelia frankistowska wprost spadała im z nieba. Zresztą, robili wszystko, aby ją sprowokować. A odkąd wojna wybuchła i włączyli się do niej Mussolini i Hitler, pozostawało już tylko tak zręcznie manewrować, by trwała jak najdłużej. Bo taka wojna dla Rosji była na wagę złota… Jak się za chwilę przekonasz, nie tylko w przenośnym sensie. Po pierwsze, niechciane dziecko mordowali „Herodzi”, a nie rodzona matka: „ojczyzna proletariatu”. Po drugie, taka rzeź była nieoceniona dla celów propagandowych: można było udawać, że się ofierze pomaga, w istocie zaś tylko przedłużać krwawą, bolesną agonię. I wreszcie, ten rzeźnicki karnawał przynosił wielką forsę. Wiesz, ile Stalin wycisnął w tym okresie z Hiszpanii? Sześćset milionów dolarów! W złocie! Nie w żadnych papierkach.
Co, wyobrażasz sobie, że on im pomagał za darmo? Że słał te czołgi i bomby w imię wzniosłych idei solidarności mas? To wszystko był złoty interes. Za darmo, a przynajmniej nie za własne pieniądze, wysyłało się ludzi, i to w dodatku nie swoich. Z Rosji jechali tam tylko agenci, prowokatorzy i doradcy wojskowi. Natomiast „siłę żywą”, czyli mięso armatnie rekrutowano gdzie indziej, wszędzie, gdzie tylko już były założone agendy – w Austrii, we Francji, we Włoszech, w Czechach i na Bałkanach. W Polsce taką agendą była KPP.
Читать дальше