No, ale nie zamierzam robić ci teraz wykładu. Opowiem ci jedynie historię Maksymiliana, a wnioski wyciągaj sam. Tylko powtarzam raz jeszcze: wszystko, co tutaj powiem, jest tylko i wyłącznie do twojej wiadomości. Z nikim, ale to z nikim, masz o tym nie rozmawiać. Nawet rodzicom nie mów, a już kolegom w szkole, a tym bardziej na lekcjach, to niech cię Pan Bóg broni! Ściągniesz na siebie biedę! A przez siebie i na mnie. A zatem przyrzekasz?
– Tak.
– Słowo?
– Słowo honoru.
– Dobra, a więc zaczynam.
Wojna domowa w Hiszpanii wybuchła w trzydziestym szóstym, siedemnastego lipca… Był to przedziwny czas. Niedobry. Morowy. Chory. Pewien porządek świata dobiegał swego kresu. Infekcja, która się wdała już dobre dwadzieścia lat wcześniej, przechodziła ze stadium pierwotnej inkubacji w fazę dojrzałą, drapieżną. Armia drobnoustrojów ruszała do ataku. Rosła śmiertelna gorączka, otwierająca drogę obłędowi i zbrodni.
W Sowietach – terror i czystki, fingowane procesy, wywożenie na Sybir, głód, niewolnicza praca, lecz przede wszystkim przerzut… przemyślna kontrabanda „czerwonego zarazka”, wszędzie gdzie tylko się dało. Sfora biesów-agentów puszczona w świat, by zarażać, tworzyć ośrodki zapalne, przygotowywać lont na godzinę wybuchu „rewolucji światowej”.
Tymczasem w drugiej z krain, gdzie diabeł lubi gościć, tytułującej się wtedy przezwiskiem Drittes Reich [82] inna zgraja czarownic odprawiała swój sabat. Wśród gigantycznych budowli, na gigantycznych placach roznamiętnione tłumy zagrzewano do walki. Pochodnie, ryk megafonów i zbiorowa ekstaza. Lebensraum [83] dla Germanów, którzy są Herrenvolk [84]. Trzecia Rzesza Niemiecka stanie się Tysiącletnią! Weg mit den Juden und Slawen! [85] Świat ma należeć do nas!
I wszędzie czerwień sztandarów… jakby zapowiedź krwi. Tam – żółty sierp i młot, tu – czarne haki swastyki.
A świat tymczasem – co? Indolencja, beztroska. Somnambulizm. Parady. Wesoła zabawa i jazz. Nie wiedzieć o niczym! Nie słyszeć! Uprawiać psychodrame albo klęczeć w przybytkach awangardowej sztuki. W tym było coś straceńczego, jakby łaknienie śmierci. Dziś, gdy po latach spoglądam na ów czas i na siebie, widzę, jak bardzo i ja byłem tym zaczadzony. Te wszystkie wyprawy w góry, to zdobywanie szczytów, rozkoszny dreszcz ryzyka, dach Europy, Mont Blanc – to wszystko była ucieczka. Rozrzedzone powietrze. Słońce, błękit i dal.
Tym samym dotknięty był Maks, i to o wiele silniej. Ów nieustanny ruch, zabawa w punktualność, a w końcu ten cały pomysł, by rodzić na szczytach Alp… Fanaberie epoki! Ekstrawagancja, brawura, trochę niewinnej mistyki. Owszem, w szlachetnym stylu, niemniej z chorego pnia. Spróchniałego od wewnątrz, zwanego dekadencją.
Ale w tym Holder Wahnsinn [86] zdarzały się też inne reakcje i zachowania. Pojawiał się odruch sprzeciwu: budził się homme révolté [87] , który pojąwszy naraz, że zbliża się katastrofa, uznawał, że trzeba jednak, choćby na przekór, coś robić.
Czytałeś Zwycięstwo Conrada? Tam jest to opisane. Wspaniale opisane! Bohater tej powieści, Szwed z pochodzenia, Heyst, jest człowiekiem głęboko rozczarowanym do świata, pełnym odrazy i wzgardy. Świat to marność lub piekło, a ludzie to szarańcza dręcząca się nawzajem lub goniąca za wiatrem. Schopenhauer. Mizantrop. Jedynym wyjściem dla niego jest odrzucenie gry. Wycofanie się z życia. Dlatego postanawia zamieszkać na „końcu świata”, na niemal bezludnej wyspie, gdzieś na archipelagu obecnej Indonezji. Lecz kiedy już tam płynie, gdy w jakimś portowym mieście czeka na zmianę statku, na ów ostatni rejs, jest świadkiem pewnej sceny, która go bulwersuje. Jakaś nieszczęsna dziewczyna z zespołu muzykantów, grającego w hotelu dla rozerwania gości, zostaje na jego oczach dotkliwie upokorzona przez ordynarną szefową. Zdawałoby się, drobiazg. Nie takie rzeczy widywał. A jednak w tym wypadku nie może być obojętny. Zdumiony samym sobą, ofiarowuje jej pomoc.
„Nie jestem dość bogaty, aby panią wykupić”, zwraca się do niej nieśmiało pamiętnymi słowami, „lecz zawsze mogę wykraść”.
Co z tego wyniknęło, to już inna historia. Jeżeli nie znasz tego, możesz sobie przeczytać. Tu chodzi mi tylko o impuls, o tę nagłą reakcję. O to coś, co czasami każe nam wstać i wyjść, albo wykonać coś, choć miałoby to kosztować nawet najwyższą cenę.
Podobny odruch, jak sądzę, zadziałał wtedy u Maksa. Cóż jednak go wywołało? Jakieś szczególne bestialstwo dokonane w Hiszpanii? Zbombardowanie Guerniki? Masowe rozstrzeliwania? Nie. Co innego. Bliżej. Coś, co się działo w kraju.
W Polsce na wojnę w Hiszpanii reagowano różnie. Rząd – kunktatorsko, niechętnie; po cichu sprzyjał Franco. Nie było to zbyt chwalebne, jakkolwiek trzeba pamiętać, kogo się miało za miedzą na zachód od Poznania. Chcę przez to powiedzieć tyle, że w porównaniu z innymi dżentelmenami Europy, którzy, choć mniej zagrożeni, też się nie wychylali, a i nie odmawiali, dla świętego spokoju, takiej czy innej przysługi rozbestwionym gangsterom, nie byliśmy, mimo wszystko, specjalnie od nich gorsi. W szkole pewnie cię uczą, że w akcji pomocy i wsparcia wiedli prym komuniści… To prawda, lecz wieloznaczna. Po pierwsze, co to było – ta cała KPP? W czyim imieniu działała? A dwa, to komu w istocie śpieszyła ona z pomocą? Republikanom? Kortezom? Czy raczej „jakobinom”, awanturniczej lewicy, kontrolowanej bez reszty przez agentów Stalina?
Trzeba to jasno powiedzieć: KPP była w Polsce agenturą sowiecką i wszystko, co robiła, robiła na polecenie towarzyszy z „centrali”, na rozkaz Komintemu. To znaczy, w interesie komunistycznej Rosji. Służąc obłędnej idei i bandziorowi wszechczasów, który szykował powoli wielki skok na Europę, wysłali tysiące ludzi na poniewierkę i śmierć…
No, ale wracajmy do rzeczy.
Maks był człowiekiem z gruntu apolitycznym. Żył w świecie innych pojęć. Jakby nie schodził z gór. Gdybym miał jednak określić jego charakter społeczny, rzekłbym, iż był liberałem z lekkim przechyłem na lewo. Był wrażliwy na nędzę; na krzywdę, niesprawiedliwość. Ale zarazem najdalszy od wszelkich radykalizmów, a zwłaszcza od komuny w leninowskim wydaniu. Bał się Rosji sowieckiej, nie cierpiał bolszewików, nazywał ich czasami „azjatycką zarazą”. A jednak kiedy nasz rząd wystąpił z inicjatywą, by ludzi walczących w Hiszpanii pozbawić obywatelstwa, by zamknąć im drogę powrotu, odebrał to bardzo źle.
„Tak się nie postępuje”, mówił zirytowany. „To się prędzej czy później obróci przeciw wszystkim. Dziś oni, jutro inni. Niebezpieczny precedens. To chwyt poniżej pasa. Trzeba się temu sprzeciwić…”
Zadziwił mnie. Jak nieraz. Skąd u niego reakcja na tę akurat sprawę, i to jeszcze tak silna? Czemu przejął się nagle losem ludzi formacji obcej mu, nienawistnej?
„Odkąd to los ‘zarazków’ tak ci leży na sercu?” zapytałem go wtedy. „Wiesz chyba, co to za jedni i z kim są powiązani”.
„To nie jest jeszcze powód, by im odmawiać powrotu! Tym bardziej, że większość z nich to ludzie oszukani. Nie wiesz, co u nich znaczy ‘spontaniczna reakcja’? To był normalny werbunek. Presja wywierana na ludzi, którzy nie mieli wyboru. Bo tu klepali biedę lub żyli na marginesie”.
„Kogo chcesz wzruszyć tą bajką?” zacząłem się niecierpliwić. „Jeśli mnie, to daremnie. A zresztą, gdyby nawet, to co tu można zrobić?”
„Niewiele, zgadzam się z tobą… Lecz zawsze można, na przykład, pojechać tam… zobaczyć.”
„Po co?!” Aż podskoczyłem.
Читать дальше