Antoni Libera - Madame

Здесь есть возможность читать онлайн «Antoni Libera - Madame» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Современная проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Madame: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Madame»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Powieść jest ironicznym portretem artysty z czasów młodości, dojrzewającego w peerelowskiej rzeczywistości schyłku lat sześćdziesiątych. Narrator opowiada o swoich latach nauki i o fascynacji starszą od niego, piękną, tajemniczą kobietą, która uczyła go francuskiego i dała mu lekcję wolności. Jest to zarazem opowieść o potrzebie marzenia, a także rozrachunek z epoką peerelu. Tradycyjna narracja, nie pozbawiona wątku sensacyjnego, skrzy się humorem, oczarowuje i wzrusza.

Madame — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Madame», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

W programie akademii nie było, naturalnie, tego rodzaju odniesień. Mit walczącej Hiszpanii tworzyły pierwiastki i środki pochodzące bez reszty ze spichrzy i arsenałów bolszewickiej historii, agitacji i sztuki. Jedynym elementem z innego porządku czy świata była muzyka Rodriga. Chociaż wiedziałem o tym i właśnie z tego względu podsuwałem ją memu chytremu adwersarzowi, nie przewidziałem jednak, jaką faktycznie rolę odegra ona w imprezie. Nie przyszło mi to do głowy nawet na „generalnej”. Miałem się o tym przekonać dopiero na występie, i to też nie od razu.

Gdy rzecz się zaczynała, gdy ze strony widowni, nabitej po brzegi młodzieżą spędzoną z wszystkich klas, doszedł mnie powiew wrogości, obrzydzenia i kpiny, poczułem się niepewnie – czy aby moja dywersja w ogóle będzie czytelna? Czy nie zostanę wzięty za zwykłego sługusa, który chcąc się wykazać, poszedł na kolaborację i oto okrywa się hańbą?

Ów dławiący niepokój wzrósł i sięgnął zenitu, gdy wkrótce po rozpoczęciu doszło do incydentu w stylu wybryków „czerni” na wychowawczych imprezach w Miejskim Domu Kultury. Kiedy jeden z trzech Mówców, tłumacząc interesy, jakie miały w Hiszpanii państwa burżuazyjne, zaczął się długo rozwodzić o istniejących tam złożach miedzi, rtęci i siarki oraz tak ważnych surowców pod względem strategicznym, jak ołów, wolfram i piryt, ktoś z sali (chyba Byś?) wrzasnął na całe gardło:

– A zwłaszcza piryt w dziczy! – co wzbudziło na chwilę nieopisaną wesołość (rechot, chrapliwe krzyki, głośne bekanie i wycie).

– Co za hołota i chamstwo! – mruknął z pogardą Karakan, siedzący obok mnie, w półmroku, w prawej kulisie.

– Nie byłbym tak surowy – wziąłem w obronę widownię, przed którą sam drżałem ze strachu. – Wydaje mi się natomiast, że wasza ocena nastrojów wśród społeczności szkolnej względem czczonej rocznicy nie była zbyt precyzyjna.

– Nie bądź-no taki mądry- odszczeknął się Karakan. – Lepiej skup się na swoim. Za chwilę twoja kolej.

Kiedy na miękkich nogach wyszedłem w końcu na scenę i siadłem przy fortepianie, przywitała mnie cisza nabrzmiała pogardą i drwiną. „Sprzedał się!” „Poszedł na lep!” „Robi sobie opinię!” – słyszałem niewymówione wyrazy potępienia.

Gdy jednak z instrumentu dobyłem pierwsze dźwięki, kiedy spod moich palców popłynął smętny temat Joaquina Rodriga, a zwłaszcza gdy, lekko swingując, użyłem po raz pierwszy harmoniki jazzowej dodawszy małą decymę w akordzie dominantowym (rozkoszny, podniecający dysonans), surowe audytorium zaczęło wyraźnie mięknąć i odpuszczać mi winę. Wreszcie, gdy po sekwencji niespełnionych rozwiązań, przeciąganej umyślnie do granic wytrzymałości, zamknąłem ją w końcu toniką i diabolicz-nym glissandem, odetchnąłem na dobre: pohukiwania i krzyki, jakie się na to ozwały, były wyrazem nie tylko pełnego rozgrzeszenia, lecz i głębokiej wdzięczności, poparcia i zachęty.

Dalszy ciąg akademii zdawał się niezawodnie potwierdzać to przeświadczenie. Moje kolejne wejścia witano coraz huczniej, a gdy kończyłem wstawkę, rozlegał się jęk zawodu i ryki: „Więcej flamenco!”

Przypomniał mi się finał Przeglądu Scen Amatorskich – uroczystość rozdania nagród w Domu Kultury, zdominowana bez reszty przez „Poganiaczy kotów”. Teraz, na tym apelu, ja byłem kimś takim jak oni, to ja pełniłem rolę szarego sztukatora, który dla głównych artystów i bohaterów imprezy stał się niespodziewanie zdradziecką piątą kolumną. Ciesząc się powodzeniem u narowistej „czerni”, spychałem ich na margines i, na zasadzie kontrastu, wzmagałem niechęć do nich.

– Tańce! Tańczyć fandango! – dochodziły mnie wrzaski z rozdrażnionej widowni, kiedy czekałem w kulisie na swoje ostatnie wejście.

Spojrzałem na Karakana.

– Oto prawdziwy głos ludu – stwierdziłem melancholijnie. – Nie wyczuwacie mas. W procesie alienacji zaszliście tak daleko, że nie macie pojęcia o ich żywotnych potrzebach.

– Mylicie się, towarzyszu – użył z ironią formułki, którą zakpiłem był z niego, odpierając zaczepkę na górnym korytarzu. – Jest dokładnie na odwrót. Gdybyśmy ich nie znali, gdybyśmy, jak sądzicie, wierzyli tylko temu, co wynika z teorii, nie byłoby was tutaj, nie angażowałbym was do naszego programu. Zrobiłem to tylko dlatego, że właśnie wiem, czego trzeba, by założone cele zostały osiągnięte. Gdy się ma do czynienia z tak ciemnym elementem – kiwnął z pogardą głową w kierunku audytorium – należy to uwzględnić i rzucić trochę błyskotek, aby do niego dotrzeć. Odruchy warunkowe, Pawłów… słyszeliście. Teraz już nie te czasy, żeby nawracać na siłę. Nie sprawdziło się to. O wiele skuteczniejsza jest metoda „marchewki”. Pograsz im trochę, poskaczą, będą myśleli, że kpią, lecz coś zapamiętają, coś wejdzie im do tych łbów… zakutych, kapuścianych. Bez twojego „flamenco” efekty byłyby słabsze.

– Oszukuj się, jeśli chcesz – powiedziałem z wyższością, choć wcale się już nie czułem tak pewnie jak przed chwilą: zadowolenie z siebie i wiara, że jestem górą, odbiegły nagle ode mnie. – Nie zmienisz tym stanu rzeczy.

– Nie myśl, żeś wygrał tę partię – wycedził zimno Kugler. – W najlepszym wypadku: remis.

17. Komu bije dzwon? (Opowieść pana Konstantego)

Kiedy usłużna pamięć, wyrwana do odpowiedzi, wydobyła z archiwum zamówiony materiał, kiedy schodząc po schodach z milczącym panem Konstantym, przeglądałem pośpiesznie, wewnętrznymi oczami, tę całą dokumentację, a zwłaszcza owo wspomnienie sprzed niespełna pół roku, zwróciłem naraz uwagę, że nie mogę ustalić, czy podczas akademii Madame była na sali – i to mnie zastanowiło.

Na tego rodzaju imprezach nauczyciele, w większości, siedzieli w pierwszym rzędzie, ona zaś, niczym królowa, zawsze na samym środku. Gdy wychodziłem na scenę, a zwłaszcza gdy się kłaniałem, nie mógłbym jej nie dostrzec. A skoro byłbym dostrzegł, nie mógłbym nie pamiętać. Tym bardziej, że pamiętałem, i to dokładnie, innych. Na przykład, Solitera, jak bije mi brawo z niechęcią albo odwraca głowę, by piorunować wzrokiem entuzjastów „flamenco”, którzy nazbyt krzykliwie domagali się bisu. Albo Eunucha i Żmiję siedzących obok siebie, jak wymieniają ciągle jakieś uwagi szeptem z wyrazem dezaprobaty. Natomiast po Madame nie został żaden ślad. Choćby nieostry obraz, choćby strzępek obrazu: mina, pozycja, gest, jakiś detal ubrania.

Im dłużej to drążyłem, im mocniej naświetlałem negatywy tych scen, zaczął w nich w końcu majaczyć widok pustego krzesła. Coraz wyraźniej widziałem, że w środku pierwszego rzędu, tuż obok Solitera, jedno miejsce jest wolne; zarazem zaś zachowanie naszego pryncypała, owe raptowne zwroty i spoglądanie za siebie, zaczęło mienić się sensem: nie było już tylko aktem poskramiania zuchwalców; przybrało również wyraz oczekiwania na kogoś, rozglądania się za kimś, niecierpliwienia się. Miałem coraz mocniejsze i natrętniejsze wrażenie, że jej tam wtedy nie było, on zaś z tego powodu jakby się denerwował.

Teraz, w obliczu tego, o czym już usłyszałem i dalej miałem słuchać, ów wyłowiony szczegół tamtego wydarzenia – puste krzesło Madame, jej nieobecność wtedy – stał się dla mnie znaczący.

Nie miałem jednak czasu, by dalej to rozważać i wdawać się w spekulacje, bo oto już szliśmy ulicą i pan Konstanty zaczął:

– Nie wiem, co wiesz na temat hiszpańskiej wojny domowej, i wolę tego nie wiedzieć. To, czego uczą tu w szkole, jeżeli w ogóle uczą, na pewno jest stekiem kłamstw, a do literatury, uczciwej literatury, nie masz z pewnością dostępu, ponieważ jest zakazana. Zresztą, jest jej niewiele. Chyba żaden epizod z najnowszej historii świata nie jest tak przekłamany jak właśnie ta tragedia, i to nie tylko u nas, ale i na Zachodzie, w demokratycznych państwach.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Madame»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Madame» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Madame»

Обсуждение, отзывы о книге «Madame» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.