Taki też miał charakter nasz dialog na korytarzu, przy oknie, na drugim piętrze.
– I o czym to tak duma nasz pięknoduch samotnie? – oparł się ręką o ścianę. -Jakieś nowe theatrum, ani chybi, obmyśla… – uśmiechnął się błazeńsko.
– Mylicie się, towarzyszu – przybrałem znużony ton. – Szukamy tu tylko spokoju, stronimy od natrętów. Jak widać, bezskutecznie.
Cmoknął językiem pięć razy z udanym zatroskaniem.
– Oderwanie od życia prowadzi do alienacji – zawyrokował smutno. – A z tego tylko kłopoty. Lepiej zawrócić z tej drogi.
– Nie czuję się na siłach – odparłem z rezygnacją. – Za daleko zaszedłem.
– Moglibyśmy wam pomóc – zaproponował ochoczo.
– Dziękuję, szkoda fatygi. To u mnie nieuleczalne.
– Defetyzm… – pocieszył mnie. – Spróbować zawsze warto.
– Próbowało już wielu. Niestety, bezskutecznie.
– Przychodzę z konkretną sprawą, a nie z ogólnikami.
– Nie wątpię – przytaknąłem. – Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby było inaczej.
Nie zrażony zupełnie tym nieprzyjaznym tonem, przystąpił do wyłożenia swojego interesu:
– Wśród niezliczonych talentów, jakimi was Bóg obdarzył… – rozpoczął ironicznie.
– Bóg?! – przerwałem natychmiast. – I nie wstyd to tak bluźnić przeciw prawom natury, przeciw nauce i prawdzie? A może coś odkryto i są jakieś nowe wytyczne?
– Szyderstwo całkiem chybione – skrzywił się pobłażliwie i dodał wyjaśniająco: – Figura retoryczna. Nie odpowiada wam „Bóg”, tym lepiej, niech będzie „natura”. Jesteśmy elastyczni…
– Jak pałka milicyjna.
– Średnie – skwitował kwaśno. – Stać was na coś lepszego.
– Niestety, to jest mój poziom. Nie radzę liczyć na więcej.
– Przesadna skromność. Przesadna! – Podniósł rękę do góry, uśmiechając się chytrze. – Więc na czym to ja stanąłem?
– Na Bogu lub… na naturze.
– No właśnie! – zmrużył oczy. – Otóż, o ile wiem, wśród licznych umiejętności, jakieście w życiu posiedli, umiecie również przebierać palcami po klawiaturze.
– Zachodzi chyba pomyłka – zrobiłem zdziwioną minę. – Umiem jedynie grać.
– I tak to nazywają – pokiwał twierdząco głową. – Otóż zależy nam, by owe umiejętności nie leżały odłogiem, lecz mogły się rozwijać, a wy byście z nich czerpali stosowną satysfakcję.
– Nie gonię za rozgłosem.
– Owszem, widzimy to – przyznał z kamienną twarzą – odnotowując zwłaszcza wasz pociąg do estrady: popisy z klezmerami, występy w kabarecie…
– Kabaret z Ajschylosem nie przynosi poklasku – stwierdziłem elegijnie. – Pracowałem społecznie. Upowszechniałem kulturę. To było z mojej strony jedynie poświęcenie.
– W takim razie, tym lepiej. Bo oto nasze motywy okazują się zbieżne. My też działamy wyłącznie dla dobra kolektywu. Otóż społeczność szkolna, w związku z wypadającą wkrótce trzydziestą rocznicą wybuchu wojny domowej w Hiszpanii, wojny, w której Polacy, a ściślej, polska lewica ma piękną i chlubną kartę, pragnie, by ta okazja została stosownie uczczona, i oczekuje od nas przygotowania imprezy.
– Przepraszam, kto oczekuje?
– Czy mówię nie dość jasno? Powtarzam: społeczność szkolna.
– A jak to po niej poznać?! – zapytałem z emfazą.
– Po pierwsze, po nastrojach – odpowiedział rzeczowo jak doświadczony lekarz. (To odgrywanie roli skrajnego doktrynera szalenie go bawiło.) – O czym się mówi, rozmawia… – dorzucił poglądowo. – Po wtóre zaś, po otwarcie formułowanych wnioskach, jakie są wysuwane przez ciała przedstawicielskie.
– To znaczy, przez kogo, na przykład?
– Choćby przez koło doradcze naszej organizacji.
– Koło doradcze… – westchnąłem. – Ciekawe. Nie miałem pojęcia, że coś takiego istnieje.
– No, to teraz już macie.
– No dobrze, lecz o co chodzi? – zmieniłem nagle ton na szorstki i rozdrażniony. – Co to ma ze mną wspólnego?
– Już najuprzejmiej wyjaśniam – odpowiedział pokorą. – Chodzi o akcent muzyczny. O to, byście zagrali – zaakcentował czasownik. – Byście waszych zdolności użyli dla dobra ogółu.
Uśmiechnąłem się blado („a więc tutaj ich boli”).
– Co niby miałbym zagrać? – spytałem odpychająco.
– Ach, nic nadzwyczajnego! Przy waszej wirtuozerii to, doprawdy, igraszka.
– No więc?
– Kilka hiszpańskich melodii… Piosenki z tamtych lat.
– Nie mam tego, niestety, w swoim repertuarze – przybrałem wyniosłą pozę rozrywanego maestra.
– Dostarczymy wam nuty – pośpieszył z zapewnieniem.
Stało się dla mnie jasne, że mu naprawdę zależy, i chciałem się przekonać, ile jest gotów poświęcić.
– Tu nie chodzi o nuty – powiedziałem kapryśnie. – Ja w ogóle nie grywam tego rodzaju rzeczy. Grywam jedynie jazz albo… muzykę poważną.
– Ejże, nie przesadzajcie! Co to jest dla was zagrać kilka hiszpańskich kawałków!
– Rzeczywiście, niewiele – przyznałem nonszalancko. – Nie pozwalają mi jednak na to moje zasady. Ludzie zasad, jak wy, powinni to zrozumieć. Ale mam dla was radę.
– No? – wycedził nieufnie.
– Zaproście do współpracy nasz „Tercet egzotyczny”. Przy jego specjalizacji… kubańskie pieśni ludowe… nadaje się jak znalazł do waszego programu.
– Zrobiliśmy to już – oświadczył bez entuzjazmu. – Ćwiczą – dodał z wyższością.
– W takim razie, w czym rzecz? Macie oprawę muzyczną.
– Jeżelibyśmy mieli, nie byłoby tej rozmowy.
Zaświtał mi nagle pomysł groteskowego numeru. Puściłem próbną strzałę:
– No, skoro, rzeczywiście, jesteście w takiej potrzebie… może i, ostatecznie, mógłbym się na coś przydać.
– To jest poza dyskusją – uśmiechnął się nieszczerze.
– Rozumiem, że potrzeba „przerywników muzycznych” lub „muzycznego tła” w hiszpańskim stylu i rytmie, by przybliżyć odbiorcy narodowy charakter przypominanej historii.
– Macie kwalifikacje nie tylko artystyczne, ale i oświatowe. Nasz człowiek od agit-prop nie ująłby tego lepiej!
– Dziękuję za uznanie. A wracając do rzeczy: otóż mógłbym wykonać kilka hiszpańskich motywów z opery Carmen Bizeta, na przykład: Habanerę lub Pieśń toréadora. Albo… Bolero Ravela w transkrypcji na fortepian. Pasowałoby wam?
– Widzę, że mimo smutku, jaki wyziera wam z twarzy, jesteście w świetnym humorze.
– Bynajmniej nie żartuję – oświadczyłem z przejęciem.
– To w takim razie, zwyczajnie brak wam oleju w głowie. To pachnie sabotażem!
– Sabotaaażem! – zakpiłem. – Nie obrażajcie się, lecz tak stawiając sprawę, to wy ujawniacie braki, i to elementarne, w zakresie wiedzy muzycznej. Obawiam się, że nie wiecie, czym jest Carmen Bizeta. Otóż jest to opera na wskroś rewolucyjna! Bo co przedstawiały opery do czasu Carmen Bizeta? Historie mitologiczne, legendy, wątki baśniowe. Puszyli się w nich bogowie, książęta, arystokraci. A kto zajął ich miejsce w obrazoburczej Carmen? Otóż to! Proletariat! Doły społeczne. Lud. Robotnice, żołnierze, mniejszości narodowe (mam na myśli Cyganów). I wy mi powiadacie, że użycie motywów z tego jakże słusznego dzieła klasyki muzycznej zakrawa na dywersję! Opamiętajcie się!
– Dobra, dobra – rzekł Kugler protekcjonalnym tonem. – Nie popisujcie się. Wiem, że do kpin i błazeństw macie szczególny pociąg. Lecz nie zrobicie mnie w konia.
– Bolek, mówmy poważnie – przeszedłem nagle na ty, wpadając w ton poufały, a nawet kumoterski. – Kto się tu zorientuje, co to jest za muzyka? Że jakiś marsz, powiedzmy, to Marsz przemytników akurat. Zastanów się, człowieku! Nie wiesz, jaki jest poziom? Spokojna głowa, nikt, nawet „koło doradcze” nie będzie miało pojęcia.
Читать дальше