– Czyś ty się szaleju naćpał, Pawlak? – Fogiel pukał się w czoło pod daszkiem rogatywki.
– Podpisz! Bądź obywatelem! Pamiętaj, przez ciebie dziewczyna nie będzie matką, a wieś straci młynarza. Chcesz, żeby sobie Kokeszko poszedł stąd precz? Taki z ciebie obywatel?
– Awo, patrzaj, kto to przyszedł mnie patriotyzma uczyć – obruszył się Pawlak na demagogiczne argumenty sołtysa.
– Przez pana politykę ja kota stracił.
– I dwa kwintale pszenicy – przypomniał Witia, któremu najwyraźniej nie w smak były małżeńskie plany Kokeszki i Jadźki.
– Rowera już nie wspomnę – dorzucił od siebie Kaźmierz. Żeby mu sołtys nie zawracał więcej głowy, splunął w garść i uniósł cep. Wstrzymał go w górze, widząc, że sołtys gładzi naoliwiony silnik, odkryty dzięki uchu Wieczorka w głębi ziemi.
– Chcesz Pawlak w zacofaniu tkwić? – sołtys mlaskał z zachwytu nad znaleziskiem.
– Skarb odkryli i cisza, jak po śmierci organisty.
– Aj, człowiecze, taż na co mnie ta technika, jak ja cepy mam?! – Gdzie ty żyjesz, Pawlak? Tu są Ziemie Odzyskane, a nie zacofane. U Kargulów jest pas transmisyjny, młockarnia stoi, połączyć jedno z drugim i tylko worki z ziarnem liczyć!
– Jakby pan Fogiel przyszedłszy za Mikołajczykiem agitować, to ja by był chętny przyklasnąć, ale jak za Kargulem, to mnie z tej złości wątroba prosto kopytami do góry przewróciwszy sia…
– Obywatele pionierzy – zaczął uroczyście sołtys, gładząc dłonią swoje medale za zasługi bojowe I Armii.
– Jakbyście żyli jak sąsiad z sąsiadem, to byście jak jedna pszczela rodzina tego miodu przysparzali: Młodzi by się połączyli…
– Ot, pomorek – zaklął Kaźmierz, przerażony, iż ta wizja sołtysa mogłaby się sprawdzić.
– Niech sołtys lepiej se w spodniach miesza jak w mojej rodzinie. Sołtys, dotknięty tą uwagą, przybrał urzędowy wyraz twarzy i wręczył Pawlakowi następny papierek:
– No, Pawlak, żarty się skończyły – powiedział surowo, ruszając wąsami.
– W poniedziałek pod sąd stajesz!
– Aj, Bożeńciu! Taż co ja zawinił?!
– Będziesz miał sprawę z Kargulem o tego waszego kota.
– Mój był i z mojej ręki zginął!
– Ale Kargul dał ci metr pszenicy i o to cię skarży. To będzie pierwsza na całe starostwo sprawa o majątek – oblicze sołtysa rozjaśniło się nie tajoną dumą. Za wszelką cenę chciał przodować we wszystkim, a jeszcze dotąd nikt się na tych ziemiach nie prawował o majątek czy ziemię, a już na pewno nie o kota. Taka sprawa nie mogła pozostać bez echa. A on, Fogiel, miał występować jako świadek. Pawlak, wściekły, że mu ten sąd zabierze czas na młockę przeznaczony, rzucił cepem wprost w silnik. Sołtys zatrzymał się na podwórzu, wsłuchując się w rżenie kobyły, ocierającej swój łeb o szyję ogiera, którego Kargul przywiązał przy płocie. Oba konie, rozdymając chrapy, jakby toczyły ze sobą miłosny dialog. Sołtys aż zacmokał z satysfakcji.
– Pamiętaj, Pawlak: jak będziesz mieć źrebaka od tego ogiera, to ja go sobie zamawiam.
– Starczy, że sobie pan Fogiel kota zamówił i przez to teraz muszę na sąd stawać – prychnął Kaźmierz. Podszedł do kobyły i odciągnął ją od płotu. Kątem oka zauważył jeszcze wyglądającego ze swojej stodoły Kargula, który na wszelki wypadek trzymał pod pachą cep.
– Podpisał? – Kokeszko spytał szeptem sołtysa, wyglądając ostrożnie zza młockarni. Fogiel rozłożył bezradnie ręce i patrząc w stronę Pawlaka, popukał się w czoło.
– Jak słyszy „Kargul”, to wariacji dostaje.
– Może choć wyrok sprawiedliwy mu łupną za Kargulową krzywdę – rozmarzył się Kokeszko.
– A ja najwyżej „warszawiaka” na świadka wezmę, że jestem kawaler.
– A skąd on to może wiedzieć?
– Wystarczy, że ja wiem – stwierdził młynarz.
– On tylko podpisać musi.
Można czasem uwierzyć w sprawiedliwość ludzką, tracąc równocześnie wiarę w sprawiedliwość wyroków boskich. Cóż, nie można mieć wszystkiego, jak się o tym miał przekonać Kaźmierz Pawlak w dniu, w którym przyszło mu stanąć przed sądem powiatowym. Ubrał się Pawlak jak do ślubu, bo przed sędzią stanąć to jak przed księdzem: i ten, i ten w czarnej sukience, i ten, i ten w twoje sumienie zagląda, przysięgi się domagając. O swoje sumienie był spokojny: jego był kot – i z jego ręki padł jako ofiara Kargulowej perfidii. Bał się tylko, czy sołtys Fogiel wyjątkowo tym razem nie weźmie strony PSL-u, do którego należał Kargul, choćby tylko dla ukarania Pawlaka, który mu odmówił swego czasu wstąpienia do PPR-u. A jeszcze kiedy doniesiono sołtysowi, że Kaźmierz nazwał swego psa „Stalin” – czuł, że przedstawiciel władzy poprze jego wroga. Szykował się do sądu, jak kiedyś na chrzciny Pawełka: koszulę białą mu Marynia wykrochmaliła, założył też kamasze, choć widać Emil Schubert, który je zostawił w szafie, miał o numer mniejszą nogę. Kiedy prawdziwy gospodarz wyrusza w drogę, myśli o tym, co zastanie po powrocie: czy Witia wymłóci cepem pszeniczkę do końca, czy kabanom do koryta zada, czy babcia Leonia nie zapomni napoić rumiankiem Pawełka, który poprzedniego dnia wyjadł „Stalinowi” z miski dobrze już śmierdzące kawałki kury. Witia zaprzęgał klaczkę do wozu po jednej stronie płotu, a po drugiej Jadźka rozczesywała grzywę ogiera.
– Uważaj, bo raz-dwa zyza dostaniesz – syknął Kaźmierz, widząc, że Jadźka przyciąga oczy chłopca niczym magnes opiłki.
– Ty nie dziwacz, tylko za robotę łap sia! Młócenia do czorta! Siedząc obok Maryni na wozie już cmoknął na kobyłę, kiedy podbiegła babcia Leonia z kobiałką w ręku. Wyciągnęła z niej porowkowany granat zaczepny i wcisnęła w garść zdumionego syna.
– Mamo, taż ja na sąd jadę…
– Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie – stwierdziła stanowczo staruszka, wyjmując z koszyczka jeszcze granat obronny.
– Na, weź i ten! Znalazła ja jego w świątecznym ubraniu. Kaźmierz obejrzał się niepewnie i wcisnął ukradkiem granaty do kieszeni. Nie chciał, żeby Kargul widział ten arsenał, bo też by się mógł uzbroić na drogę do powiatu. Kokeszko żegnał się wylewnie z Jadźką, obiecując jej przywieźć zaręczynowy pierścionek. Ledwie za bramą zniknął wóz Kargula, Witia porwał ze stodoły odkopany silnik i przeniósł go przez płot. Korzystając z tego, że Jadźka poszła dać śniadanie młodszemu rodzeństwu, a babcia Leonia poiła ziółkami Pawełka, zataszczył silnik do stodoły Kargula. Już dawno wypatrzył, w którym miejscu wisiał omotany o belki pas trasmisyjny. Otrzepał go z kurzu i nawinął na koło napędowe silnika. Sporo siły go kosztowało, nim dopchał do wrót stodoły stojącą bezczynnie na podwórzu młockarnię.
– Czego ruszasz?! – usłyszał z tyłu głos Jadźki.
– Dobry uczynek chcę zrobić.
– Odkąd to łamanie ojcowskich przykazań cnotą się nazywa? Dobrze wiesz, że na tej stronie płota masz nogi nie postawić.
– Ja mam do wszystkiego praktyczne podejście. Do cnoty też! Wzruszyła ramionami, chciała odejść, ale zaczął ją gorączkowo przekonywać, że ich starzy mogą toczyć ze sobą wojnę, ale oni – młodzi mogą ją wygrać. Po co bić cepem, skoro wystarczy silnik Pawlaków uruchomić, a młockarnia Karguli sypnie ziarnem? Mogą zacząć od Kargulowego zboża: on maszynę uruchomi, ona będzie podawać. Cepy to przeszłość. Oni muszą iść za postępem…
– Ojce by się nie zgodzili – mruknęła niepewnie pod nosem.
Читать дальше