– Witia – stroskany Kaźmierz zawezwał syna.
– Rowera bierz i doktora sprowadź.
– Aj, tato, taż na ramie ja jego aż z miasta nie przywiozę.
– Ty mnie nie dziwacz, tylko galopem leć do Budzyńskiego! Niech „warszawiak” bierze te swoje taksówke i razem z tobą doktora poszuka.
– Kaźmierz – westchnęła babcia z wysokości pieca.
– Taż to srogie majątki kosztuje. Mnie nie doktory potrzebne, ino syn posłuszny.
– Aj, Bożeńciu – rozczulił się Kaźmierz, trąc oczy kułakiem. -Taż czy ja kiedy wobec mamy nieposłuszeństwem zgrzeszył? Boga ty możesz oszukać, księdza, psa, ale nie rodzinę.
– Ot, mądrze ty powiedział, Kaźmierz – przytaknęła babcia.
– Pamiętaj, synu, jaka moja ostatnia wola: klaczkę masz oźrebić, Witię bogato ożenić, a Pawła w nauki oddać… Kaźmierz przykrył swoją dłonią wiązkę kruchych kosteczek, w które zamieniła się ręka Leonii. Odwrócił głowę, by ukryć przed matką łzy, co zakręciły się mu pod powieką. Zrozumiał, że gdyby nie te trzy sprawy, których dopilnowania mu zleciła, mogłaby pewnie w spokoju wyruszyć na spotkanie ze swym mężem Kacprem.
– Przysięgam, mamo – powiedział przez ściśnięte gardło.
– A mama wie, że u mnie słowo droższe pieniędzy. Jeszcze tego samego dnia wezwał syna i uroczyście przekazał mu swoje życzenie:
– Weź klaczkę, ruszaj w drogę, a wróć ze źrebną, bo cię inaczej cepem przeżegnam! Nazajutrz z samego ranka Witia w ciepłej kurcie siedział już na kobyłce. Marynia wyszła na ganek, żeby mu wręczyć przygotowane na tę wyprawę zapasy. Zza płotu Karguli dobiegło rżenie ogiera. Klaczka Pawlaka zastrzygła uszami. To rżenie zabrzmiało jak miłosne wyznanie.
– Na co mi po świecie badziać sia, jak za płotem ogier jak marzenie? – Witia z zachwytem patrzył na ujarzmionego przez siebie konia.
– Prosto cacusiany.
– Taż gada jak kołowaty! – zgromił go Kaźmierz.
– Za płotem twój wróg, a przed tobą ojciec stoi w osobistej swej postaci i rozkazanie ci daje: kobyła ma zapuszczona wrócić. Wziął Witia od matki torbę z chlebem, przełożył przez ramię zrolowaną łaciatą pałatkę namiotową. Babcia Leonia przed okno przeżegnała go na drogę szerokim krzyżem.
– Zegarek wziął? – spytał Kaźmierz.
– Mam, tato…
– Ano dawaj – wyciągnął rękę po zegarek.
– Po kiego czorta los kusić? Na ruskich nadzieje sia i go od zegarka migiem wyzwolą.
– Jak chcecie,żebym z klaczą wrócił, to karabin muszę mieć.
– Ot, jako żeś mądrze pomyślał, to sam się rozbroję, a tobie nie będę żałował.
– Podając synowi karabin przestrzegł go: – Tylko niech uważa, bo zamek wylata.
– A jak Kargule znów wojnę zaczną? – Marynia zaniepokoiła się utratą broni, widząc, że zza płotu Kargul przygląda się scenie pożegnania.
– A cóż ona tak silnie przestrachana? Ty nie bój sia, są u mnie jeszcze dwa granaty w świątecznym ubraniu – uspokoił ją Kaźmierz, a Witia jeszcze przypomniał, że pod jego łóżkiem leży „panzerfaust”. Marynia uspokojona wróciła do kuchni, a Witia spiął kobyłkę piętami. Był już przy bramie, kiedy kobyłka pod nim zatańczyła, słysząc rżenie Kargulowego ogiera. Witia odwrócił się i jego oczy zderzyły się z oczami Jadźki. Może mu się zdawało, ale ujrzał w nich ten sam blask, jakim zajaśniały wtedy, gdy w stodole wspiął się po drabinie i przewrócił ją na przygotowane do młócenia snopy…
W życiu każdego przychodzi taka chwila, kiedy zmienia się ono w los.Jeśli noc jest porą marzeń dla tych, co mają o czym śnić, to dla tych, co spać nie mogą, jest porą wątpliwości i lęków. A babcia Leonia od czasu, gdy Witia odjechał na kobyłce w daleką drogę, ani jednej nocy nie przespała spokojnie. Minęło już sześć nocy, kiedy leżała na zapiecku z otwartymi oczami. Czekała na coś, co od wyjazdu chłopca co noc się powtarzało. Nie była pewna, czy słyszy naprawdę ten dźwięk, czy to w uszach jej dzwoni. Nadeszła noc siódma. Księżyc odbijał się w cynowej miednicy pod oknem kuchni. Nagle do uszu babci Leonii znów dobiegł ten dziwny dźwięk: mara to, sen czy trąby anielskie? Podparła się na łokciu: tak, nie mogła się mylić. Z nocnej przestrzeni niosło się rżenie konia. Gorzej, że rozpoznała głos kobyłki. Czy to nie zapowiada aby jakiegoś nieszczęścia?
– Kaźmierz – zawołała słabym głosem.
– Ano galopem tu leć! Stanął Pawlak w drzwiach kuchni w koszuli i długich gaciach.
– A czegóż mama nie śpi, tylko kiwa się jak ten żebrak pod kościołem?
– Aj, Bożeńciu, czuje serce moje, że z naszym Witią coś niedobrze, już tydzień będzie, jak go nie ma.
– W swaty droga daleka.
– To czegóż ja z bliska naszą klaczkę słyszę?
– Ot, przykrość powiedzieć, ale mamie coś w głowie kołędzi sia. Jak może być klaczka, kiedy Witii nie ma?
– Ano zacichnijmy, to sam posłyszy. Pawlak okno otworzył i wgapił się w księżyc, wiszący na niebie jak miedziany talerz. I nagle z daleka, jakby przez jakąś zasłonę z mgły czy wiatru, dobiegło go znajome rżenie.
– Taż to naszej kobyłki głos – zamruczał zaskoczony.
– Albo to zamoroka jaka, albo Witia wraca.
– Kiedy nasza klaczka piątą noc tak rży, a Witii jak nie ma, tak nie ma. Powstrzymując ziewanie wyszedł Kaźmierz na podwórze, bielejąc niczym duch w księżycowej poświacie nocną koszulą i długimi gaciami. Nadstawił ucha: z dala, od strony kamieniołomów, niosło się to rżenie, które babci Leonii przez tyle nocy spać nie dawało. Usłyszał Pawlak skrzyp Kargulowej stajni. Dostrzegł siny poblask księżyca na lufie karabinu. Za płotem stał zwalisty Kargul i mierzył prosto w niego.
– Oddaj konia, złodzieju – ryknął basem Kargul.
– Gdzieś ogiera wyprowadził?!
– Ukradli? – radośnie zachichotał Pawlak, tak że aż jego zęby zalśniły srebrną plombą w świetle księżyca.
– A taki był cacusiany, amerykański! Wziął się pod boki, zachwycony, że wreszcie ten dar UNRRY, co niesprawiedliwie trafił w ręce jego wroga, został uprowadzony. Nie mógł sobie życzyć lepszej nagrody za wszystkie krzywdy doznane od Kargula.
– A to chwost złodziejski! Koniosraj jeden! – bulgotał Kargul, rozwścieczony radością Kaźmierza, i szczęknął zamkiem karabinu.
– Zapłacisz mi za to, ty konusie!
– Ty chyba do reszty oczadział – Pawlak zdrętwiał, cofając się na krok.
– Zdejm ze mnie karabin, bo on lubi wystrzelić, a ty jak zając huku się boisz.
– A nie zdejmę, tylko cię pod lufą przed władzę zaprowadzę, tak jak stoisz!
– No i wstyd będzie, boś sam bez portek.
– Za to z karabinem!
– Uważaj, bo cię granatem mogę do nieba podrzucić, choć ty ciężki jak młyński kamień. Karabin Kargula patrzył okiem lufy prosto między oczy Pawlaka. Stali tak naprzeciw siebie, obaj w bieliźnie, tak że Marynia wyjrzawszy przez okno myślała, że to zjawy jakieś snują się po podwórzu. Przeżegnała się i otworzyła szafę, gdzie wisiało świąteczne ubranie, a w nim dwa granaty.
– Gdzie koń, gadaj.
– Ja nie wróżka.
– Za to koniokrad.
– Przed Bogiem będziesz się za to oszczerstwo tłumaczył.
– To kto mi ogiera ze stajni wyprowadził, a? Skrzypnęły drzwi, na ganek wyjrzała Aniela.
– Cóż ty, Władyś, tłuczesz się jak duch po nocy?
– Stajnia pusta, A ty czego wyglądasz?
– Bo Jadźki łóżko też puste. Kargul zdrętwiał. W tej właśnie chwili dało się słyszeć niosące się od pól rżenie. Kargul karabinem wskazał Pawlakowi, żeby ruszył przed nim miedzą w stronę, z której niósł się ten głos. Kiedy się zbliżyli do ciemnej plamy lasu, Kargul na wszelki wypadek kazał Pawlakowi iść przed sobą.
Читать дальше