Porucznik obrzucił spojrzeniem Tarłowskiego, a później skierował pytający wzrok do Mullera.
– Możecie mówić, poruczniku – zezwolił Muller.
– Panie kapitanie, przygotowaliśmy wszystkie wyjściowe sektory! Brigemann zaryglował rzekę i most. Łańcuch moździerzy skompletowano! Wszystko gotowe, możemy rozpoczynać!
Muller zerknął na swój czasomierz i na zegar ścienny.
– Jest szósta dwadzieścia sześć. Za cztery minuty rozpoczynajcie.
Porucznik trzasnął głośno obcasami, szczeknął służbiście: „ – Jawohl!", wyrzucił rękę do góry, szczeknął: „ – Sieg heilf", i ruszył biegiem ku motocyklowi wojskowemu. Muller wstał, obciągnął uniform i skierował się do drzwi. Przechodząc obok lustra zatrzymał się. Podniósł szminkę i otworzył ja. Później uniósł wzrok, przyjrzał się angielskiemu słownictwu, i niżej wykaligrafował jedno niemieckie słowo: „Lippenstift".
– Jeśli Rudnik oczekiwał, że każdy facet spełni swój obowiązek, to Rudnik się doczekał, panie hrabio. Właśnie zamknęliśmy kocioł wokół leśnej bandy, którą zlokalizował nam pan Trygier, i o wpół do siódmej zaczniemy likwidować ten kocioł. Mam nadzieję wypełnić swój obowiązek jeszcze przed śniadaniem… A przy okazji, panie hrabio: czemu napis jest po angielsku? Czy
to dlatego, że w Londynie działa bandycki emigracyjny rząd?
– Judasz panu nie powiedział?! – spytał Tarłowski gniewnym tonem.
– Powiedział nam, że miał miejsce szminko-wy dowcip tego filozofa-wariata, ale nie powiedział dlaczego angielski.
– To pastisz wezwania admirała Nelsona dla marynarzy, z bitwy pod Trafalgarem.
– Nelsona?… Trzeba było zacytować jakiegoś ciekawszego Anglika, panowie Polacy! Zważywszy sytuację dramaturgiczną – coś z Szekspira byłoby bardzo na miejscu, nie uważa pan?
– Panie Muller, cytaty są mi dzisiaj zupełnie obojętne…
– A propos – czy pan wie, że to Niemcy przywrócili Anglikom Szekspira, który w swej ojczyźnie był już zapomniany?
– Uhmm! Tylko potem źle go tłumaczyliście na niemiecki, panie Muller.
– Jak to źle? O czym pan mówi, panie hrabio?
– O „Kupcu weneckim",proszę pana. Przetłumaczyliście go na Treblinkę, Brzezinkę i Auschwitz.
– Znam „Makbeta" i „Hamleta",panie hrabio, lecz „Kupca weneckiego"nie widziałem, chociaż mój brat to aktor we Frankfurcie i często ciągnął mnie do teatru. O co panu chodzi?
– O Żyda.
– Żyd jest bohaterem tej sztuki, panie hrabio?
– Tak.
– No proszę!… „Kupiec wenecki"- ładny tytuł. To naturalne, każda sztuka winna mieć odpowiedni tytuł. Dzisiejsza również, panie hrabio. Wie pan co po niemiecku znaczy „Lippenstift"!
– To samo co „Schminke".
– Tak, chodzi o szminkę… Dałem tej akcji przeciwko leśnym bandytom kryptonim „Szminka"…
– Dlaczego?! – wykrztusił hrabia.
– Oooh, zdziwi się pan, panie hrabio, ale po kilku latach wymyślanie kryptonimów dla kolejnych operacji sprawia człowiekowi większą trudność niż same operacje… A tu mamy pańskie przywiązanie do nieboszczki małżonki, pańską gościnność spuentowaną tym napisem na lustrze pani hrabiny… no i fakt, że dzięki panu kilku bandytów zdjęło szminkę i ukazało swe prawdziwe oblicza… Dlatego pozwoliłem sobie zatytułować nasze wspólne dzieło, panie hrabio, terminem „Lippenstift". Już widzę uśmieszki moich przełożonych, gdy dostaną raport o dzisiejszym wydarzeniu!…
Hrabia spuścił głowę na piersi i wyszeptał z trudem:
– Miał pan wczoraj słuszność…
– Miałem wczoraj słuszność po stokroć, więc nie wiem, o którą słuszność panu chodzi…
– Gdy mówił pan o przesłuchaniach, Muller. Że są takie słowa…
– Tak, Herr Tarlowsky, są takie słowa… – przytaknął Muller ruszając ku wyjściu.
Kiedy kroki gestapowca i warkot samochodu rozpłynęły się w ciszy – z daleka dobiegły hrabiego odgłosy eksplozji i kanonada. Prężniejące słońce zaczynało suszyć ziemię mokrą od burzliwych łez minionej nocy.
Wielka wydłużona sala obiadowa pałacu tętniła ciszą zatopionych koralowych grot. Okna i przeszklone drzwi tarasu ukazywały zielony świat po drugiej stronie. Napływał stamtąd szmer listowia i wesoły świergot ptaków. Słońce penetrowało wnętrze, wybłyszczając złotem coraz rozleglejszy obszar podłogi. W promieniach tego światła wirowały pyłki kurzu, niby gwiazdy frunące przez galaktykę kosmiczną. Pośrodku królował stół o kształcie starorzymskiego hipodromu dla rydwanów. Wokół – jak łańcuch suto mundurowanych wartowników – trwało dwanaście bliźniaczych krzeseł. U szczytu stołu od strony wejścia przewodził im wózek inwalidzki, także pusty. Ścienny zegar odmierzał milczenie, a wysokie lustro odbijało smutek w swej kryształowo czystej tafli. Na jego blacie widniała ujęta mosiężną ramką fotografia kobiety o wielkich czarnych źrenicach i o ustach, które zdawały się szeptać ku kasetonom stropu. Krzesła intonowały cichutko: „Noc przeminęła, dzień zaś się przybliżył. Odrzućmy więc uczynki ciemności i obleczmy się w zbroję światła!.,.". Usta kobiety podchwyciły tę melodię: „Obleczcie się w zbroję bożą, abyście się mogli ostać wobec zasadzek diabelskich. Albowiem toczymy bój nie przeciwko ciału i krwi, ale przeciwko książętom świata ciemności, przeciwko duchom nikczemnym…,". Wreszcie razem – ona i oni – zanucili: „ nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen!" [5]
[1]Wielkie dzięki, panie hrabio! Nie mam zamiaru w tym uczestniczyć!
[2]Moje gratulacje, drogi doktorze!… Oh, przepraszam – drogi dyrektorze!
[3]moje gratulacje, panie dyrektorze!
[4]Dla mnie to wszystko jedno…
[5]Tłumaczenie Jakub Wójek