– Teorią mniejszego zła, proszę księdza – rzucił filozof.
– Zostawcie to Panu Bogu, bracia…
– Zostawianie walki ze złem Panu Bogu było praktykowane od bardzo dawna, wielebny, przez dziesiątki wieków, i skutek jest żaden – nie ustąpił profesor. – A już trzy wieki przed narodzeniem Chrystusa facet o imieniu Epikur… Ksiądz wie kto zacz Epikur?
– Pewnie mędrek podobny tobie, bracie! -fuknął Hawryłko.
– Podobny, wszelako trochę bardziej hedonista niż ja. I Grek, a nie Słowianin. Jednak też filozof… No więc ów Grek, proszę księdza, stawiał kwestię mniej więcej w taki sposób: albo Bóg chce usunąć zło i nie może, albo może i nie chce, albo nie może i nie chce, albo może i chce. Dalej szedł rozbiór tych wariantów; jeśli chce i nie może -to jest słaby, co nie przystoi Bogu; jeśli może i nie chce -to jest nieżyczliwy, co również kiepsko pasuje do Boga; jeśli nie może i nie chce – to jest i słaby, i nieżyczliwy, a więc nie jest Bogiem; wreszcie jeśli chce
i może, a tylko ta postawa godna byłaby Boga prawdziwego -to czemu na Ziemi jest tyle zła, czemu Bóg nie usuwa zła i producentów zła, czyli sukinsynów?
– Może chce, byśmy czynili to w Jego imieniu? – podsunął Krzyżanowski. – Może wspomaga tylko aktywnych, czynem walczących przeciwko złu świata? Do tego mamy właśnie okazję…
– Szatan podsuwa wam okazję do śmiertelnego grzechu! – zakwilił Hawryłko. – Wasze mniejsze zło jest omamem prowadzącym na manowce piekielne, bracia! Zostawcie sprawę Zbawicielowi! Niezbadane są wyroki Pana, i nawet to, co budzi nasze cierpienie, co nas boli, może być…
– Nawet musi być, proszę księdza! wycedził Stańczak, nie dając dokończyć księdzu, gdyż Krzyżanowski sygnalizował już wzrokiem konieczność uciszenia proboszcza. – Musi być tym złem, które na dobre wyszło, bo jak wiemy „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło", i wiemy również, że „cierpienie uszlachetnia", zatem każde cierpienie uszlachetnia! A pamiętajmy i o tym, że przecież cierpienie otwiera ludziom bramy Raju, więc Muller jako rozwalacz ludzi pełni na Ziemi funkcję biletera Raju – funkcję dobroczynną! W Niebie ten sam Muller będzie zaś grał rolę pokutnika skruszonego i zbawionego, czyli ułaskawionego „miłosierdziem nieskończonym". Formalnie więc może tam dochodzić do kolizji, gdy na niebiańskich deptakach ofiary Gestapo i NKWD będą spotykały gestapowców i enkawudystów. Ale czy będą miały obowiązek kłaniać się wszystkim przechodniom?
– Ten Muller za cholerę nie zostanie zbawiony! – zgrzytnął zębami policjant.
– Wolne żarty, przodowniku! Jeśli zostanie rozgrzeszony – a przez jakiegoś szkopskiego wikarego będzie rozgrzeszony, gdy tylko zechce pójść do spowiedzi – to zostanie zbawiony! Pamiętaj pan, że zdaniem Ewangelistów większa radość w Niebiesiech z jednego skruszonego łotra…
– Ale Pismo Święte mówi, że prędzej wielbłąd przejdzie przez igielne ucho niż łotr wejdzie do Nieba! – popisał się erudycją Godlewski. – Mam rację?
– Prawie, przodowniku, bo tam chodziło nie o łotra, tylko o bogacza, który będzie miał trudność przy wchodzeniu do Królestwa Niebieskiego. Notabene mało kto wie, że ten fragment Ewangelii mówi o bramie, a właściwie o furtce w murach Jerozolimy, furtce zwanej „uchem igielnym", gdyż tylko pieszy mógł się nią przecisnąć. Zaś bogacze, jeśli dobrze pamiętam, przez parę wieków kupowali sobie w Kościele całkowite odpuszczenie wszelkich grzechów, nawet „in blanco", czyli po kres żywota. Mieć odpust wszelkich grzechów z góry, zanim się je popełniło – to mi się podoba, księżulu!
– Tych… tych starodawnych błędów Kościół już nie… – próbował tłumaczyć Hawryłko.
– Tak, tak, to już prehistoria. Ale wciąż aktualna jest zasada, że większa radość w Niebiesiech z jednego skruszonego łotra niż ze stu ludzi świętych. Wasz Bóg bardzo się ucieszy mogąc przytulić kapitana Mullera…
– Dosyć tego! – spiorunował filozofa Malewicz, widząc, że Hawryłko znowu ukrył twarz w dłoniach i pochylił głowę. – Dosyć już!
– Jestem identycznego zdania – rzekł Bartnicki. – Pan profesor posuwa się za daleko…
– Doprawdy, waluciarzu?
– Tak, panie profesorze. Przy całym szacunku dla pana erudycji i logiki – ja również nie mogę już tego słuchać. Po co pan się tak znęca nad księdzem proboszczem?
– Drogi waluciarzu…
– Czemu pan się pozwala zwać „waluciarzern", panie Bartnicki? – rozgniewał się Kłos.
– Bo jestem waluciarzem, panie redaktorze, więc to mnie nie obraża.
– A mnie obraża, gdy pan Stańczak mówi: „pigularzu" – zawołał Brus.
– Tak jakby nie był pigularzem! – prychnął Stańczak. - Lub jakby pan Kłos nie był pismakiem! Czy pana obraża termin „glina", panie przodowniku?
– A glinuj se pan, profesorze – wzruszył ramionami Godlewski. - Lecz może już nie napadaj pan księdza proboszcza, co?
– Pytałem właśnie pana Stańczaka dlaczego to robi – przypomniał jubiler.
– Dlatego, że ksiądz proboszcz, strasząc nas śmiertelnym grzechem, nie tylko mija się z prawdą, ale znowu bluźni, gdyż neguje całą istotę bytu swego Boga, cały Jego sens istnienia, Jego zawód!
– Jaki zawód?
– Pan się chyba urywał na wagary z lekcji religii, przyjacielu!… Mówiłem już – tym zawodem, tą profesją, tym sensem istnienia Chrystusa jest wybaczanie! – stwierdził filozof.
– Tak jest, profesor ma słuszność! – przytaknął Krzyżanowski. – Możemy bez obaw podjąć decyzję w sprawie więźniów Mullera, i to nam wcale nie zamknie drogi do Raju!
– Absolutnie nie zamknie, panie mecenasie – potwierdził Stańczak. – Niebo jest pełne skurwysynów, którym wybaczono.
Krzyżanowski osłupiał i zrobił się blady jak człowiek policzkowany soczyście. Patrzył na filozofa wzrokiem pełnym wyrzutu, niczym spiskowiec piętnujący zdradę partnera. Nie wiedział co jeszcze rzec. Wyręczył go Sedlak:
– No to chyba powiedzieliśmy sobie wszystko, proszę szanownych panów… Nie mam zamiaru dalej uczestniczyć w tej błazenadzie i strzępić języka po próżnicy.
Wstał, odsuwając krzesło, a prawie równocześnie uniósł się radca Malewicz, mówiąc:
– Wychodzę z panem, panie naczelniku.
– Jaka piękna komitywa! – klasnął w dłonie Mertel. – Nie wiedziałem, że i pan radca jest towarzysz. Przy okazji wyszło z worka czerwone szydło!
– Z pańskiego łba nigdy nie wyjdzie patriotyczne mydło i powidło, które przyćmiewa panu rozsądek, bo chyba nie rozum! – odwarkną! Malewicz. – Nie jestem komunistą, ani nawet socjalistą czy zwolennikiem jakiejkolwiek lewicy, co wszakże tutaj nie ma znaczenia. Tu znaczenie ma taki lub inny stosunek wobec układania się z Gestapo. Nie przyłożę ręki do tego niezbyt zbożnego dzielą!… Owszem, chciałem dyskutować, przekonywać kolegów, ale widzę, że to istotnie bezcelowe. I zbyt męczące, już prawie druga, muszę wypocząć.
Skrzypnęło trzecie krzesło odsuwane od stołu – krzesło lekarza.
– Ja też nie zostałem przekonany, panie mecenasie. Pan daruje, panie hrabio… I proszę nam nie wmawiać, że opuszczając to posiedzenie skazujemy profesora Stasinkę, bo to demagogia!
Brus podniósł się jako czwarty i zwrócił do Kortonia oraz Mertla, świdrując tego drugiego wyzywającym wzrokiem:
– Proszę nas też nie przekonywać o obowiązkach patriotycznych, szanowni wodzowie sił zbrojnych Lechistanu! To już nie podziała, a wasze zawoalowane groźby mam gdzieś!
Читать дальше