Pozostali pracownicy biura nie chcieliby znaleźć się w skórze Michała czy Pawła. Siedzieli cicho z nosami wlepionymi w monitory komputerów, udając, że pracują. Normalnie by pracowali, jednak atmosfera w biurze była tak napięta, że za skarby nie mogli skupić się na tworzeniu rysunków i obliczeń w przypadku projektantów, czy naliczaniu wskaźników związanych z zarządzaniem jakością w przypadku Ewy.
Ewa z całych sił próbowała odciąć się od trwającego od rana Armagedonu. Czas ją gonił, certyfikacja miała odbyć się za trzy tygodnie, a ona miała jeszcze tyle do zrobienia.
Nagle spostrzegła, że dyrektor coś do niej mówi.
– Przepraszam – oderwała spojrzenie od monitora. – Nie dosłyszałam.
– Pytałem, co zgodnie z ISO należy teraz uczynić? Mamy reklamację sporej części opracowania projektowego, którą trzeba bardzo solidnie poprawić. – Jego głos nabrał jakiegoś śmiesznego ni to skrzeku ni to skrzypienia. Ewa zrozumiała, że burza gradowa teraz nad nią skupiała swe czarne chmury. – Kierownik biura powinien dopilnować, żeby projektanci nie popełniali tak ewidentnych błędów.
– Co do ISO – posłała dyrektorowi mordercze spojrzenie – proponuję, by zlecenie wykonywane dla GOŚ WAM schować w najjaśniejszą szufladę pańskiego biurka i modlić się, żeby auditorzy, którzy przyjadą nas certyfikować, nigdy nie wpadli na ślad dokumentacji projektowej dla Oczyszczalni!
Projektanci odważyli się oderwać niby zapracowane oczy od komputerów i w przerażeniu słuchali słów prawdy wypowiadanych pyskatą buzią kierowniczki.
– Nie do wiary, panie Jarku, że w takich chwilach pamięta pan o idei zarządzania jakością – ciągnęła wzburzona. – Co do pracy projektantów, pozwolę przypomnieć, że osobisty nadzór nad nimi sprawuje nie kierownik biura, ale pański zastępca, pan Gerard Olszewski. Zgodnie z ISO zresztą – dorzuciła na koniec.
Dyrektor nieoczekiwanie spuścił wzrok. Zagalopował się w swej złości i ta młoda osoba jak zwykle sprowadziła go na ziemię. Właśnie za to ją cenił. Za umiejętność wyrażania własnego zdania. Trzeba było nie lada odwagi, by stawić czoła jego nieraz całkiem bezpodstawnym wybuchom złości.
– Poprawcie ten projekt. Macie czas do końca tygodnia – warknął do projektantów już nieco łagodniejszym tonem, po czym wyszedł do siebie.
Projektanci wymienili z Ewą wymowne spojrzenia. Po chwili dało się słyszeć, jak dyrektor sprzecza się przez telefon z Olszewskim, który tego dnia przeprowadzał wizję lokalną kotłowni szpitala w Łomży przed przystąpieniem do przetargu na projekt jej modernizacji.
Ewie żal się zrobiło Gerarda. Czy był winien, czy nie, to i tak na nim często skupiały się ostateczne cięgi. Był w wieku jej męża i był prawie tak samo przystojny, jak Tomek. Od zawsze był przeciwny wdrażaniu norm zarządzania jakością w ich niewielkiej firmie. Z początku Ewa próbowała mu naświetlić korzyści, jakie dawało posiadanie certyfikatu jakości, mówiła o podniesieniu prestiżu firmy, budowaniu silnej marki, z czasem jednak, gdy sama zobaczyła, że tylko ona, z racji wyznaczenia jej na pełnomocnika do spraw jakości, tak naprawdę robi coś w kierunku uzyskania certyfikatu, zrozumiała, że Gerard ma rację widząc bezsens wdrażania tych norm w Pro-Wapie. Dyrektor zarządu miał poważne trudności w zarządzaniu czymkolwiek, co dopiero mówić o jakości. Zawalali terminy, robili podstawowe błędy, projektanci zarabiali marne grosze za naprawdę wielkie projekty. Olszewski odwalał za dyrektora większość roboty. Miał na głowie milion spraw. W dzień jeździł po kraju, spotykając się z producentami materiałów zamieszczanych później w projektach firmy, bądź dokonywał oględzin obiektów, co do których firma zamierzała wziąć udział w przetargu na opracowanie dokumentacji projektowej, właśnie jak dziś. Nocami projektował instalacje i sieci sanitarne. Do tego jego żona niedawno urodziła dziecko, co naturalnie wiązało się z całą masą dodatkowych obowiązków.
Ewa uśmiechnęła się na wspomnienie imprezy, jaką Gerard urządził w firmie z okazji narodzin swego pierworodnego syna. Byli na niej obowiązkowo wszyscy z Pro-Wapu, a także kilka zaprzyjaźnionych służbowo osób z Bud-Transu, firmy, która miała siedzibę w tym samym budynku, tyle że zajmowała lwią jego część. Było mnóstwo jedzenia, jeszcze więcej alkoholu i wszystko byłoby bardzo miłe, gdyby nie to, że w którymś momencie uczestnicy imprezy zaczęli się rozchodzić. Nic dziwnego – nadchodził wieczór, godzina zakończenia pracy już dawno wybiła.
Po Ewę przyjechał Tomek, tak byli umówieni. Ewa nigdy nie prowadziła po alkoholu, a tego dnia nie wypadało nie wypić „pępkowego" za synka Gerarda.
Sam Gerard miał już mocno w czubie, ale on, Gongiewicz i jeszcze dwóch mężczyzn z Bud-Transu nie mieli jeszcze najmniejszej ochoty kończyć tak miłej imprezy. Wszyscy czterej należeli do grupy tych mężczyzn, którzy niczym psy zerwane z łańcucha szaleją bez umiaru, dopóki ich pan, czyli w tym przypadku ich żony, na powrót nie założą im obroży na szyję.
Ktoś, chyba któryś z chłopaków z Bud-Transu, rzucił hasło:
– Jedziemy do Komety!
Kometa była to znana w mieście ekskluzywna dyskoteka urządzona w piwnicy drogiego czterogwiazdkowego hotelu o takiej samej nazwie.
– Jjjedź z nami, Ewo – wybełkotał Gerard.
– Nie, dzięki. Trochę tu ogarnę po imprezie i zamknę biuro. Wam też nie radzę jechać. Macie już dość.
Ona była lekko wstawiona, ale faceci byli kompletnie pijani. Patrzyła z okna, jak ładują się nieporadnie do taksówki. Dyskoteka – zaśmiała się w duchu. – Prędzej łóżko i zimne okłady na głowy.
Gerard zawrócił do biura, mocno się zataczając.
– Ttto jjjak bbbędzie? – ledwie wypowiedział proste zdanie.
Stał tuż przed nią. Miał takie piękne czarne oczy o długich rzęsach i głębokim spojrzeniu, choć to ostatnie mocno traciło przez zabójczą moc alkoholu. Podobał się Ewie. Od dawna jej się podobał. Ale nigdy nie brała pod uwagę takiej ewentualności, że między nimi Mogłaby wyniknąć choćby namiastka romansu.
Ale podobać się, to jedno, a dążyć do zbliżeń, to zupełnie coś innego. Mogłaby odesłać Tomka, powiedzieć że impreza dopiero się rozkręca, że wróci później. Sama. Taksówką. Miała jedyną niepowtarzalną okazję, by tego wieczora dać upust swoim mrocznym podświadomym marzeniom o tym przystojnym, nad wyraz inteligentnym facecie.
Patrzyła na potulny niewinny uśmiech, jaki alkoholowe upojenie wymalowało na ślicznej twarzy Gerarda, oddalonej od jej twarzy zaledwie o kilkanaście centymetrów.
– Pppo prostu mmmusisz z nami pppojechać – nalegał.
– Nie, Gerardzie. Daruję sobie. Ty też nie powinieneś jechać. Masz dość. Wracaj do domu. – To, co mówiła, przeczyło wszystkiemu, co czuła w tamtej chwili.
Stał tuż przed nią. Czuła ciepło jego oddechu na swojej twarzy. Kiwał się, nie mogąc utrzymać równowagi, co sprawiało, że jego odziany w marynarkę tors muskał momentami jej piersi. Jeśli wcześniej czuła lekkie odurzenie wypitą wódką, odpłynęło ono w ułamku sekundy. Umysł miała sprawny i jasny, jak rzadko kiedy.
– Ewuniu… – bełkotał błagalnie.
– Wierz mi, Gerardzie – położyła dłoń na jego torsie – chciałabym, ale może innym razem. Dziś wystarczy. Tobie również odradzam wszelkie wyprawy. Jedź do domu.
– Ppproszę… – zupełnie nie docierało do niego to, co mówiła. Ona sama również nie mogła zrozumieć, że oto zaprzepaszcza taką okazję. Po chwili otrząsnęła się z myśli, które przerażały ją samą.
Читать дальше