Był to cichy, głęboki głos. Zachwalał życie jak pokątny handlarz masło, jak prostytutka miłość. Tkliwie, natarczywie, nęcąco i fałszywie. Jakby je miał na sprzedaż. Graeber czuł, jak głos ten nim targa.
– Zamknij gębę! – krzyknął na starego. – Dosyć tego gadania, bo zamelduję o tym. A wtedy koniec z wami!
Znów podjął obchód. Łoskot frontu spotężniał. Ukazały się pierwsze gwiazdy. Poczuł się nagle bardzo osamotniony i zapragnął leżeć znów w ziemiance wśród smrodu i chrapania kolegów. Miał wrażenie, jakby został przez wszystkich opuszczony i teraz sam musiał powziąć jakąś decyzję.
Położył się w pawilonie na słomie i próbował zasnąć. “Może zdołają uciec – pomyślał – tak, żebym tego nie zauważył". Nic nie pomagało. Wiedział, że nie mogą tego zrobić. Zatroszczyli się o to ludzie, którzy przebudowali szopę.
Front stawał się coraz bardziej niespokojny. Samoloty huczały wśród nocy. Terkotały karabiny maszynowe. Potem dobiegły głuche odgłosy eksplodujących bomb. Graeber nasłuchiwał. Hałas wzmagał się. “Gdybyż zdołali się wydostać!" – pomyślał znowu. Wstał i podszedł do przybudówki. Panowała tam cisza. Więźniowie zdawali się spać. Potem jednak dojrzał niewyraźnie twarz starego Rosjanina i zawrócił.
Po północy nabrał pewności, że na froncie toczy się zażarta bitwa. Ciężka artyleria wstrzeliwała się daleko poza linie. Pociski padały już blisko wsi. Graeber wiedział, jak słabe są ich własne pozycje. Śledził poszczególne etapy walki. Wkrótce do ataku ruszą czołgi. Ziemia drżała teraz pod huraganowym ogniem. Grzmoty przewalały się od horyzontu do horyzontu. Czuł bitwę każdą cząstką swego ciała. Czuł, że wkrótce go dosięgnie, a mimo to w wirze piorunów i błyskawic wydawała się w przedziwny sposób krążyć wokół niego, wokół tego małego białego budynku, w którym przycupnęło czworo Rosjan – jakby w całym tym cyklonie zniszczenia i śmierci oni właśnie stali się nagle punktem centralnym i jakby wszystko od tego zależało, co się z nimi stanie.
Chodził tam i z powrotem, zbliżał się do szopy i zawracał, macał klucz w kieszeni, przewracał się na słomie i dopiero nad ranem zapadł nagle w ciężki, niespokojny sen.
Zerwał się, gdy już szarzało. Na froncie rozpętało się piekło. Ogień artylerii obejmował już wieś i sięgał poza nią. Graeber popatrzył na przybudówkę. Kraty były w porządku. Za nimi poruszali się Rosjanie. Potem spostrzegł nadbiegającego Steinbrennera.
– Odwrót! – krzyczał Steinbrenner. – Rosjanie się przedarli. Zbiórka we wsi. Prędko! Straszny bałagan! Bierz swoje rzeczy! – Zbliżył się. – Tamtych szybko zlikwidujemy.
Graeber poczuł gwałtowne bicie serca.
– Gdzie masz rozkaz? – spytał.
– Rozkaz? Chłopie, gdybyś wiedział, co się dzieje we wsi, nie pytałbyś już o rozkazy! Nie słyszałeś tu odgłosów ofensywy?
– Tak.
– No, to sam wiesz. Jazda! Myślisz, że będziemy taszczyć ze sobą tę bandę? Załatwimy się z nimi przez kraty.
Niebieskie oczy Steinbrennera błyszczały. Skóra na nosie była napięta. Sięgnął ręką do pasa.
– Ja tu ponoszę odpowiedzialność – powiedział Graeber. – Jeśli nie masz rozkazu, to wynoś się.
Steinbrenner się zaśmiał.
– Dobrze. Więc sam ich rozwal.
– Nie – powiedział Graeber.
– Ktoś musi ich zlikwidować. Nie możemy ich wlec ze sobą. Usuń się ze swoimi delikatnymi nerwami. Idź naprzód, ja cię zaraz dogonię.
– Nie – powiedział Graeber. – Nie zastrzelisz ich.
– Nie? – Steinbrenner uniósł brwi. – Nie? – powtórzył powoli. Wiesz, co mówisz?
– Tak, wiem.
– Mówisz, że wiesz? A więc wiesz także, że ty…
Twarz Steinbrennera zmieniła się. Sięgnął po rewolwer. Graeber podniósł karabin i strzelił. Steinbrenner zatoczył się i upadł. Wydał westchnienie jak dziecko. Rewolwer wypadł mu z ręki.
Graeber wpatrywał się w leżące na ziemi ciało. Pocisk artyleryjski przeleciał z wyciem nad ogrodem. Graeber ocknął się, podszedł do szopy, wyjął z kieszeni klucz i otworzył drzwi.
– Idźcie – powiedział.
Rosjanie spojrzeli na niego. Nie dowierzali mu. Odrzucił karabin.
– Idźcie, idźcie – powiedział niecierpliwie, pokazując puste ręce.
Młodszy Rosjanin ostrożnie wysunął nogę. Graeber odwrócił się. Poszedł z powrotem na miejsce, gdzie leżał Steinbrenner.
– Morderca – powiedział, nie wiedząc, kogo ma na myśli. Wpatrywał się w Steinbrennera. Nie czuł nic. – Morderca – powtórzył, mając na myśli Steinbrennera i siebie samego, i wielu innych.
Nagle myśli jego zaczęły gonić jedna za drugą. Wydawało się, że odwalony został jakiś głaz. Coś rozstrzygnęło się ostatecznie. Nie czuł już żadnego ciężaru, tylko jakąś dziwną lekkość. Wiedział, że powinien coś zrobić, ale miał wrażenie, że musi się czegoś przytrzymać, aby nie odlecieć. Kręciło mu się w głowie. Ostrożnie poszedł brzozową aleją naprzód. Musiał zrobić coś nieskończenie ważnego, ale nie mógł tego sprecyzować, jeszcze nie. Było to zbyt odległe i zbyt nowe, i tak oczywiste, że sprawiało ból.
Zobaczył Rosjan. Biegli, schyleni, całą grupą, kobiety na przedzie. Jeden z mężczyzn odwrócił się i dostrzegł Graebera. W ręku miał karabin. Uniósł go i wycelował. Graeber ujrzał czarny wylot lufy, który stawał się coraz większy, chciał wołać, tyle jeszcze miał prędko i głośno do powiedzenia…
Nie poczuł kuli. Nagle ujrzał tylko przed sobą trawę, jakąś roślinę tuż przed oczami, na wpół zdeptaną, o czerwonawych kwiatach i delikatnych płatkach, które stawały się coraz większe; kiedyś już tak było, ale nie wiedział kiedy. Roślina chwiała się, a głowa jego opadała powoli i na tle zwężającego się widnokręgu widział już tylko ją jedną, bezgłośną, zrozumiałą samą przez się, dającą ukojenie i spokój niezmiennością prostych rzeczy ; stawała się większa i większa, aż wypełniła całe niebo – i oczy jego się zamknęły.
***
*SD – Sicherheitsdienst – Służba Bezpieczeństwa SS.
*Bund Deutscher Madel – Związek Dziewcząt Niemieckich – hitlerowska organizacja młodzieżowa.
*Walkirie – w mitologii ludów Północy półboginie, które kierują losami bitew i odprowadzają cienie poległych do Walhalli, pozagrobowego miejsca pobytu bohaterów.
*Liebfrauenmilch – gatunek pospolitego wina reńskiego.