– Nie tyle mogę, co muszę. Mam pracę, która na mnie czeka, mieszkanie, które trzeba odmalować, i życie, które trzeba zacząć od początku.
– Czy to wszystko nie mogłoby poczekać?
– Nie w nieskończoność.
– To nie jest powód do odjazdu. – Nie odpowiedziałam. – Chyba że – kontynuował – zniechęciło cię to, co zaszło wczoraj wieczorem.
Z uśmiechem potrząsnęłam głową, gdyż przecież obiecaliśmy sobie nie wspominać już o tym. Pochylił się nad stołem, podpierając się rękoma.
– Jeśli naprawdę chcesz pracować, znajdziesz pracę i u nas. Jeśli chciałabyś mieć samodzielne mieszkanie, tu też możesz je wynająć.
– Ale dlaczego miałabym tu zostać? – Takie namowy tylko mi pochlebiały.
– Ponieważ byłoby to dobre dla Grenville’a, dla Mollie i dla mnie. Ponieważ sądzę, że wszyscy pragniemy, abyś została. A zwłaszcza ja.
– Ależ, Eliot…
– To prawda. Jest w tobie jakaś wewnętrzna pogoda, nie wiem, czy wiesz o tym. Zauważyłem to już pierwszego wieczoru, kiedy zobaczyłem cię, nie wiedząc, kim jesteś. Podoba mi się kształt twojego nosa, dźwięk twojego śmiechu. W jednej minucie, rozczochrana i w dżinsach, wyglądasz jak uroczy oberwaniec. Po chwili, z warkoczem przez ramię i w takim uroczystym stroju, jak wczoraj wieczorem, wyglądasz jak księżniczka z bajki. Mam uczucie, jakbym co dzień odkrywał w tobie coś nowego. Dlatego nie chciałbym, żebyś wyjeżdżała. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Przyłapałam się na tym, że nie próbuję znaleźć odpowiedzi na tę długą przemowę. Byłam nią zarazem wzruszona i zakłopotana. W każdym razie przyjemnie jest być lubianą i podziwianą, a jeszcze przyjemniej słyszeć o tym.
Eliot, obserwując mnie zza stołu, zaczął się śmiać.
– Z twojej twarzy można wszystko wyczytać. Rumienisz się i nie wiesz, gdzie schować oczy. Skończ już tego drinka i chodźmy do środka na ostrygi. Przyrzekam, że już ci nie powiem ani jednego komplementu.
Lunch jedliśmy w niedużej, niskiej sali jadalnej, przy stole, który tak się kiwał na nierównej podłodze, że aż Eliot musiał podłożyć kawałek papieru pod jedną z nóg. Na przystawkę podano ostrygi, potem befsztyk i świeżą, zieloną sałatę, a do tego butelkę wina. Aby napić się kawy, ponownie wyszliśmy na słońce. Siedzieliśmy na skraju tarasu, obserwując dwóch bosych i opalonych chłopców, którzy zepchnęli łódkę na wodę i żeglowali po błękitnych wodach zatoki. Patrzyliśmy na pasiasty żagiel wydymany niewidzialnym powiewem w miarę jak łódka, przechylając się, odpływała w stronę lesistego przylądka. Eliot obiecał, że jeśli zostanę w Kornwalii, wypożyczy taką łódkę i będzie mnie uczył żeglarstwa; mielibyśmy wypływać z Porthkerris na połów makreli, a w lecie pokazałby mi różne malownicze zatoczki i inne miejsca niedostępne dla turystów.
Nadszedł w końcu czas odjazdu, gdyż popołudnie ciągnęło się już niemiłosiernie. Byłam śpiąca i przesycona wrażeniami, gdy powoli, przez zapomniane wioski i samo centrum tych okolic, Eliot wiózł mnie do High Cross. Kiedy przybyliśmy na miejsce, zorientowałam się, że jest to sam koniec półwyspu, skutkiem czego wieś północną stroną wychodziła na Atlantyk, a południową na kanał La Manche. Było to tak, jakbym znajdowała się na wyspie, owiana przez wiatry i otoczona morzem.
Autokomis Eliota znajdował się w centrum głównej wioskowej ulicy, trochę cofnięty w stosunku do drogi. Z przodu miał brukowany podjazd ozdobiony misami pełnymi kwiatów. W przeszklonym salonie wystawowym stały wyszykowane, błyszczące samochody. Wszystko wyglądało na nowe, drogie i utrzymane w nienagannym stanie. Kiedy przez podjazd szliśmy do autosalonu, zastanawiałam się, ile gotówki Eliot utopił w to przedsięwzięcie i dlaczego założył tak wyspecjalizowaną firmę z dala od głównych szlaków komunikacyjnych.
Eliot rozsunął połówkę przeszklonych drzwi i weszliśmy do środka, bezszelestnie stąpając po gumowych płytach podłogi. Nie wytrzymałam i spytałam:
– Dlaczego zdecydowałeś się otworzyć swój salon właśnie tutaj? Czy nie lepiej byłoby w Fourbourne, Falmouth albo Penzance?
– Chwyt psychologiczny, kochanie. Jeśli wyrobisz sobie dobrą markę, ludzie przyjdą nawet z końca świata, aby kupić twój towar. – Z rozbrajającą szczerością dodał: – Poza tym miałem już ten grunt, czy raczej miała go moja matka, i to zachęciło mnie do założenia tutaj firmy.
– Czy wszystkie wozy są na sprzedaż?
– Tak. Nastawiamy się raczej na modele kontynentalne i sportowe. W zeszłym tygodniu mieliśmy tutaj ferrari, ale sprzedaliśmy go dwa dni temu. Był po wypadku, ale pracuje u mnie młody mechanik, który doprowadził go do takiego stanu, że był jak nowy.
Położyłam rękę na błyszczącej, żółtej masce jakiegoś wozu.
– A co to jest?
– Lancia zagato. A tu jest alfa romeo spyder. Wspaniały wóz.
– A to jensen interceptor – wymieniłam markę, którą potrafiłam rozpoznać.
– Chodź zobaczyć warsztat.
Poszłam za nim przez następne przesuwane drzwi na zaplecze autosalonu. To, co zobaczyłam, bardziej mi się kojarzyło z pojęciem garażu. W pomieszczeniu znajdowała się masa rozebranych silników, puszek z olejem, kabli zwisających z sufitu, gołych żarówek, stołów roboczych, starych opon i wózków narzędziowych.
W środku tego wszystkiego stał jakiś młody człowiek pochylony nad szkieletem samochodu z rozebranym silnikiem. Miał na twarzy maskę do spawania, w której wyglądał jak potwór, i operował syczącym, błękitnym płomieniem spawarki. Hałas spawania zagłuszała muzyka z dziwnie małego radia tranzystorowego ustawionego na belce nad stanowiskiem pracy.
Można się było tylko domyślać, że zauważył nas wchodzących lub nie. W każdym razie dopiero kiedy Eliot zgasił radio, osobnik wyłączył spawarkę i rozprostował plecy. Kiedy zdjął maskę, zobaczyłam szczupłego, ciemnowłosego młodego człowieka pobrudzonego olejem, który się dawno nie golił, z długimi włosami i ostrym, żywym spojrzeniem.
– Cześć, Morris – powiedział Eliot.
– Cześć.
– To Rebeka Bayliss, która gości w Boscarvie.
Morris, sięgając po papierosa, spojrzał w moją stronę i kiwnął mi głową. Z uprzejmości powiedziałam: „Cześć”, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Zapalił papierosa, po czym wsadził wymyślną zapalniczkę z powrotem do kieszeni zatłuszczonego kombinezonu.
– Myślałem, że będziesz dziś rano – powiedział do Eliota.
– Przecież ci mówiłem, że wyjeżdżam do Falmouth.
– Iz jakim skutkiem?
– Bentley, rocznik 1933.
– W jakim stanie?
– Wygląda dobrze, trochę wdała się rdza.
– Zedrę stary lakier. Któregoś dnia był tu jeden facet i chciał kupić coś takiego.
– Wiem, dlatego to kupiłem. Jutro lub pojutrze pojedziemy go przywieźć.
Zapadła cisza. Morris ponownie włączył tranzystor, może nawet głośniej niż przedtem. Spoglądałam na konstrukcję, nad którą pracował, i spytałam Eliota, jaka to pierwotnie była marka wozu.
– Jaguar XJ6 rocznik 1971 pojemność skokowa 4, 2 litra, jeśli chcesz wiedzieć. Kiedy Morris skończy robotę, znów będzie to samo. Ten też jest po wypadku.
Morris wrócił i wszedł pomiędzy nas.
– Co właściwie jest do roboty przy tym wozie? – spytałam go.
– Wyklepać podwozie, ustawić zbieżność kół.
– A co z okładzinami hamulców? – chciał wiedzieć Eliot.
– Można by założyć nowe, ale założyłem stare, abyśmy byli kryci ze względu na gwarancję. Aha, i jeszcze pan Kemback dzwonił z Birmingham…
Читать дальше