– To wszystko minie – pocieszył mnie Eliot.
– Małe różnice poglądów zawsze dobrze robią. – Słuchając go nalałam sobie kawy. – Przykro mi tylko, że i ciebie w to wmieszano.
Wyjechaliśmy zaraz po śniadaniu. Jazda jego samochodem, z Rufusem wyciągniętym na przednim siedzeniu, dawała uczucie ulgi, gdyż była to jakby ucieczka. Samochód z rykiem silnika rozpędził się pod górę z dala od Boscarvy, w mokrej szosie odbijało się niebo, a w powietrzu unosił się zapach pierwiosnków. W miarę jak wjeżdżaliśmy coraz wyżej we wrzosowiska, rozciągał się przed nami coraz ciekawszy widok. Mijaliśmy pagórki, na których stały odwieczne kopce graniczne lub głazy narzutowe. Małe, zapomniane przez Boga i ludzi wioski tkwiły wciśnięte między doliny niewielkich rzeczułek lub kępy starych wiązów i dębów. Łączyły je ze sobą wąskie, łukowate mostki.
Miałam jednak świadomość, że nie będziemy mogli w pełni cieszyć się pięknem dnia ani być na zupełnym luzie, dopóki się do końca nie pogodzimy.
– Wiem, że to wszystko rozejdzie się po kościach – przytaknęłam mu. – Pewnie to nie było hic ważnego, ale musimy jeszcze porozmawiać o wczorajszym wieczorze.
Uśmiechnął się do mnie, patrząc gdzieś w bok.
– A co mamy sobie do powiedzenia na ten temat?
– Choćby to, co Grenville powiedział o jakichś swoich innych wnukach. Myślę, że nie mówił tego serio.
– Może i nie. Może tylko chciał poszczuć nas na siebie nawzajem jak psy.
– Na pewno nawet za tysiąc lat nie zapisałby mi Boscarvy. Przecież nawet mnie nie zna. Dopiero pojawiłam się w jego życiu.
– Rebeko, nie poświęcaj temu ani jednej myśli. Ja też nie mam takiego zamiaru.
– Ale kiedy w końcu to któregoś dnia będzie twoje, powinieneś już chyba zacząć myśleć, co z tym zrobisz.
– Masz na myśli te wszystkie plotki starych ludzi na temat Ernesta Padjowa? Jeśli nie dyrektor banku, to pani Thomas, a jeśli nie ona, to Pettifer…
Z trudem nadałam swemu głosowi obojętne brzmienie.
– Masz zamiar sprzedać ziemię?
– Jeśli to zrobię, przypuszczalnie będzie mnie stać na utrzymanie Boscarvy. Wtedy będę mógł usamodzielnić się finansowo.
– Ale… – starałam się taktownie dobierać słowa – czy te małe, szeregowe domki pana Padlowa nie popsują wszystkiego?
Eliot roześmiał się.
– Jesteś w zupełnym błędzie. To nie miałoby być przedsiębiorstwo budowlane tego rodzaju, jak to na wzgórzu. Wyobrażamy sobie to jako firmę oferującą luksusowy towar, działki o powierzchni dwóch akrów, o ściśle określonych wymogach co do ceny i stylu budowanych domów. Żadnego wycinania drzew, żadnego niszczenia środowiska. Miałyby to być luksusowe domy dla ludzi bogatych, zresztą nie byłoby ich dużo. Czy to brzmi aż tak źle?
– Czy mówiłeś o tym Grenville’owi?
– Nie dopuścił mnie do głosu. Pewnie by nawet nie słuchał. Jego to po prostu nie interesuje.
– Ale gdybyś mu wyjaśnił…
– Całe życie próbuję mu coś wyjaśniać i nigdy mi się to nie udaje. Czy chciałabyś porozmawiać jeszcze o czymś podobnym?
Zastanowiłam się. Na pewno nie chciałam rozmawiać na temat Jossa, więc odpowiedziałam:
– Nie.
Czy moglibyśmy więc zapomnieć o wczorajszym wieczorze i cieszyć się sobą?
Chyba był to dobry pomysł. Uśmiechnęliśmy się do siebie.
– Dobrze! – powiedziałam w końcu. Przejechaliśmy most i zbliżaliśmy się do stromego wjazdu na wzgórze. Eliot fachowo zredukował bieg, posługując się staromodną dźwignią zmiany biegów. Samochód z warkotem silnika wdarł się pod górę, przy czym jego długa, elegancka maska zdawała się celować w niebo.
Dojechaliśmy do Falmouth około dziesiątej rano. Podczas gdy Eliot załatwiał swoje sprawy, ja miałam wolny czas na zwiedzanie miasteczka. Miało ono wystawę południową, było osłonięte od wiatrów północnych, a w ogródkach już kwitły kamelie i pachnące krzewy wawrzynku. Dzięki temu miasteczko przypominało port nad Morzem Śródziemnym. Wrażenie to potęgował jeszcze błękit tafli morza w tym pierwszym, ciepłym, wiosennym dniu i smukłe maszty jachtów zakotwiczonych w basenie portowym.
Z jakiegoś powodu nabrałam ochoty na zakupy. Dla Mollie kupiłam bukiecik frezji, jeszcze w pączkach, z łodyżkami zapakowanymi w wilgotny mech, żeby za szybko nie zwiędły. Grenville’owi kupiłam pudełko cygar, Pettiferowi butelkę owocowego sherry, a Andrei płytę. Na jej okładce umieszczone było zdjęcie zespołu, którego członkowie wyglądali na transwestytów i mieli powieki ozdobione cekinami. Wydawało mi się, że utrafiłam w jej gust. Natomiast co do Eliota, zauważyłam, że jego pasek od zegarka jest już przetarty, toteż kupiłam mu nowy, drogi, z ciemnej skóry krokodyla, w sam raz dla niego. Sobie kupiłam tubkę pasty do zębów, gdyż akurat mi się skończyła. A dla Jossa?… Joss nic nie dostał.
Eliot zastał mnie tam, gdzie się umówiliśmy, w hallu dużego hotelu w centrum miasta. Szybko wyjechaliśmy z miasteczka. Minęliśmy Truro i przez labirynt leśnych ścieżek i strumyków wjechaliśmy do wioski o nazwie St. Endon. Było tam pełno białych domków, palm i ukwieconych ogrodów. Droga wiła się w stronę małej zatoczki, a na samym dole, tuż nad wodą, znajdowała się mała restauracyjka położona tak, że wysoka fala musiałaby uderzać o ścianę pod samym tarasem. Na jego krawędzi siedziały rybitwy o oczach żywych i przyjaznych, inne niż dzikie i żarłoczne mewy z Boscarvy.
Usiedliśmy w słońcu, popijając sherry. Wtedy wręczyłam Eliotowi prezent. Zademonstrował aż przesadny zachwyt, wyrzucając stary pasek i natychmiast nakładając ten nowy, z błyszczącej skóry, dopasowując skuwki ostrzem scyzoryka.
– Skąd ci przyszło do głowy, żeby mi zrobić taki prezent?
– Po prostu zauważyłam, że twój pasek był już przetarty, i bałam się, żebyś nie zgubił zegarka.
Odchylił się na oparcie krzesła, obserwując mnie przez stół. Było tak ciepło, że zdjęłam sweter i podwinęłam rękawy koszulowej bluzki. Zapytał:
– Czy kupiłaś prezenty dla wszystkich?
– Tak – odpowiedziałam nieco zakłopotana.
– Myślałem, że masz ze sobą dużo paczek. Czy zawsze lubisz kupować ludziom prezenty?
– To bardzo miło mieć komu je kupować.
– Czy w Londynie jest ktoś taki?
– Raczej nie.
– Nie ma nikogo szczególnego?
– Nie ma i nie było.
– Nie wierzę.
– Kiedy to prawda. – Nie miałam pojęcia, po co mu się tak zwierzam. Może rozluźniło mnie ciepło tego dnia, aż zaskakujące swoim dobroczynnym działaniem.
Może to był wpływ sherry, a może skłoniła mnie do tego rodząca się zażyłość ludzi, którzy wspólnie przeżyli burzę taką jak wczorajsza kłótnia. Jakakolwiek byłaby tego przyczyna, tego dnia łatwo mi się rozmawiało z Eliotem.
– Dlaczego tak jest? – spytał.
Nie wiem. Przypuszczam, że może to mieć coś wspólnego z warunkami, w jakich wyrosłam. Moja matka żyła coraz to z innym mężczyzną, a ja wzrastałam przy nich. A życie w bezpośredniej ich bliskości było najlepszym sposobem na wyzbycie się romantycznych złudzeń.
Uśmialiśmy się z tego.
– To może mieć swoje dobre i złe strony – podsumował Eliot. – W każdym razie nie możesz zamykać się w sobie, bo nikt nigdy do ciebie się nie zbliży.
– Nie narzekam.
– Chcesz wracać do Londynu?
– Owszem.
– Już wkrótce?
– Chyba tak.
– Czemu nie zostaniesz jeszcze trochę?
– Nie chciałabym nadużywać waszej gościnności.
– Nie robisz tego, a ja przecież ledwo mogłem z tobą porozmawiać. Zresztą jak możesz wracać do Londynu i zostawić to wszystko?… – Wskazał gestem niebo, słońce, taflę wody i oznaki rychłego nadejścia wiosny.
Читать дальше