Natomiast w lutym, podczas silnego, północno-wschodniego wiatru, Porthkerris nie miało nic wspólnego z tym obrazem raju.
Morze, niebo i samo miasteczko były jednakowo szare, a w labiryncie wąskich uliczek hulał ostry wiatr. Był to akurat czas przypływu. Wysokie fale rozbijały się o falochron i obryzgiwały ulice, rozpylając sól na oknach domów i wypełniając rynsztoki żółtą pianą przypominającą brudne mydliny.
Miasto robiło wrażenie oblężonego. Jego mieszkańcy, robiąc zakupy, przemykali szybko po ulicach zapięci pod szyję, pozawijani w co się dało, z twarzami schowanymi w kaptury lub w wysoko podniesione kołnierze palt. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety wyglądali podobnie, wszyscy opatuleni i w gumiakach.
Niebo było tego samego koloru co wiatr. W powietrzu fruwały resztki towarów, zwiędłe liście, gałązki, ścinki papieru, a nawet dachówki zerwane z dachów. Klienci przychodzący do sklepów zapominali, po co tam przyszli, i wdawali się w rozmowę na temat pogody, wiatru i szkód przezeń wyrządzonych.
Znów wybrałam się po zakupy dla Mollie, opierając się wiatrowi, w pożyczonym płaszczu przeciwdeszczowym i gumiakach. Wolałam iść piechotą, gdyż tak czułam się bezpieczniej niż w leciutkim samochodzie Mollie. Teraz już lepiej znałam miasto, więc nie potrzebowałam Andrei jako przewodnika. Zresztą Andrea jeszcze spała, kiedy wychodziłam z Boscarvy, i o to akurat nie można było mieć do niej pretensji. Dzień nie był zachęcający i trudno było uwierzyć, że jeszcze wczoraj siedziałam na dworze w samej bluzce i wygrzewałam się w słońcu, jakby to już był maj.
Zrobiłam wszystkie zakupy i wyszłam od piekarza, kiedy zegar na wieży starego normańskiego kościółka wybił jedenastą. Normalnie w takich warunkach atmosferycznych czym prędzej zawróciłabym do Boscarvy, ale dzisiaj miałam inne plany. Patrząc pod nogi i trzymając ciężki koszyk przewieszony przez ramię poszłam w stronę portu.
Wiedziałam, że galeria sztuki mieści się w dawnej kaplicy baptystów, gdzieś w plątaninie uliczek w północnej części miasta. Myślałam, że wystarczy po prostu pójść tam i poszukać, ale gdy dotarłam do portu, walcząc z porywami wiatru i bryzgami wody, zauważyłam tam dawny domek rybacki przerobiony na biuro Informacji Turystycznej. Doszłam do wniosku, że zaoszczędzę czasu i wysiłku, jeśli „zasięgnę języka”.
W biurze siedziała zobojętniała na wszystko dziewczyna skulona nad piecykiem olejowym, a mimo to trzęsąca się z zimna, jakby była jedynym rozbitkiem ocalałym z wyprawy arktycznej. Kiedy weszłam, nawet się nie poruszyła, tylko spytała: „Słucham?”, spoglądając przez okulary źle dobrane do kształtu jej twarzy. Było mi jej trochę żal.
– Szukam galerii sztuki.
– A której?
– Nie wiedziałam, że jest ich tu więcej niż jedna. Drzwi za mną otworzyły się, a potem zamknęły, co oznaczało, że dołączył do nas ktoś trzeci. Dziewczyna patrzyła przez moje ramię i za jej wypukłymi szkłami zamigotał przebłysk pewnego zainteresowania.
– Jest tu Galeria Miejska i Galeria Malarstwa Współczesnego – wyjaśniła tonem dużo bardziej ożywionym.
– Nie bardzo wiem, którą wybrać.
– Może – zabrzmiał głos za mną – mógłbym tu w czymś pomóc?
Kiedy się obróciłam, za mną stał Joss, w gumowych butach, ociekającej wodą czarnej kurtce i rybackim kapeluszu wciśniętym głęboko na głowę. Twarz miał mokrą od deszczu, ręce w kieszeniach kurtki, a w jego ciemnych oczach lśniła wesołość. Jedna połowa mojej jaźni od razu zauważyła, skąd wzięło się nagłe ożywienie ospałej dziewczyny za ladą. Druga zaś połowa była oszołomiona jego nadzwyczajną zdolnością pojawiania się tam, gdzie był najmniej oczekiwany.
Ponieważ pamiętałam wynurzenia Andrei, jak też sprawę biurka i krzesła, powiedziałam tylko chłodno:
– Cześć, Joss!
– Widziałem, jak tu wchodziłaś. Co planujesz robić?
– Pani szuka galerii sztuki – wtrąciła się dziewczyna.
Joss czekał, aż rozwinę ten temat. Ponieważ nie miałam wyboru, kontynuowałam:
– Myślałam, że może są tam jakieś obrazy Grenville’a…
– I dobrze myślałaś, bo trzy tam są. Zaprowadzę cię.
– Nie potrzebujesz mnie prowadzić. Wystarczy, jeśli się dowiem, jak tam trafić.
– Ale ja chciałbym cię tam zabrać. – Zdjął ciężki koszyk z mojego ramienia, uśmiechnął się do dziewczyny z biura i otworzył drzwi.
Do środka wdarł się poryw wiatru i masa powietrza przesyconego morską pianą, wskutek czego plik ulotek informacyjnych sfrunął z lady i rozsypał się po podłodze. Przyspieszyłam kroku, aby nie dopuścić do powstania większych szkód, a wtedy drzwi same się za nami zatrzasnęły. Joss, jakby to było coś najnaturalniejszego w świecie, wziął mnie za rękę i spróbowaliśmy iść środkiem brukowanej jezdni. Joss starał się prowadzić luźną rozmowę nie zważając na to, że wiatr wyrywał mu dosłownie słowa z ust, lecz nawet trzymając się za ręce trudno było posuwać się do przodu.
Po co, na Boga, zeszłaś w taką psią pogodę do miasta?
– Po to, co trzymasz w ręku. To zakupy dla Mollie.
– Nie mogłaś wziąć samochodu?
– Bałam się, że zdmuchnie mnie z szosy.
– A ja – stwierdził – kocham takie dni jak dziś.
– Wyglądał, jakby rzeczywiście kochał być smagany wiatrem, mokry, a równocześnie tryskający życiem.
– Jak minął dzień wczorajszy?
– A co wiesz na ten temat?
– Byłem w Boscarvie i Andrea powiedziała mi, że pojechałaś z Eliotem do Falmouth. W tym miasteczku nic się nie da ukryć. Jeśli nie Andrea, powiedziałby mi o tym Pettifer albo pani Thomas, albo pani Kernów, albo Panna Bystrooka z Informacji Turystycznej. To dodatkowa atrakcja życia w Porthkerris, że wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich.
– Zaczynam zdawać sobie z tego sprawę.
Odwróciliśmy się od portu i zaczęliśmy iść brukowaną, stromą drogą pod górę. Po obu stronach domki stały coraz bliżej siebie, przez jezdnię przebiegł kot i wskoczył do piwnicy przez wybitą szybę w oknie. Jakaś kobieta w kapeluszu kształtu rondelka i niebieskim fartuchu szorowała schody przed domem. Na nasz widok pozdrowiła Jossa słowami: „Siemasz, kochasiu”. Na skutek połączonego działania gorącej wody i zimnego wiatru palce jej rąk przypominały różowe serdelki.
Ulica kończyła się niewielkim placykiem, którego nigdy przedtem nie widziałam. Jedną jego stronę zajmował duży budynek przypominający oborę, z łukowatymi oknami osadzonymi wysoko w murze. Drzwi były opatrzone tabliczką „Galeria Sztuki w Porthkerris”. Joss puścił moje ramię, pchnął drzwi i zatrzymał się, by mnie przepuścić. Wewnątrz było nieprzyjemnie zimno, przewiewnie i pusto. Białe ściany były obwieszone obrazami różnych stylów i rozmiarów. Na środku pomieszczenia postawiono dwie duże abstrakcyjne rzeźby, które w tym miejscu wyglądały jak skały odsłonięte przez odpływ. Przy drzwiach stał stolik, na którym leżały stosy katalogów, folderów i egzemplarzy pisma „Studio”. Mimo tak zgrabnie zaaranżowanej ekspozycji w powietrzu wisiał beznadziejny nastrój minionych niedziel.
Joss postawił na podłodze mój koszyk i zdjął rybacki kapelusz, otrząsając go z deszczu, jak pies otrząsa zmoczoną sierść.
– Co więc chciałabyś zobaczyć? – spytał.
– Portrety Zofii.
Rzucił mi ostre spojrzenie, odwracając gwałtownie głowę. Natychmiast jednak uśmiechnął się i ponownie nałożył kapelusz, tym razem nasuwając go na oczy jak żołnierz gwardii pałacowej.
– Kto ci powiedział o Zofii?
Читать дальше