– Idź, wariacie – powiedział Chispas i on też się uśmiechnął. – I pamiętaj, że gdyby ci kiedykolwiek było czegoś potrzeba…
– Dobra, wiem – powiedział Santiago. – No, już cię nie ma, idę się przespać. Ciao, Chispas.
Gdybyś tego nie opowiadał Annie, uniknąłbyś wielu sprzeczek, myśli. Stu sprzeczek, Zavalita, dwustu. Uderzyło ci do głowy? myśli. Myśli: spójrz, kochanie, jakiego masz dumnego męża, nic nie przyjąłem, kochanie, posłałem ich do diabła razem z akcjami i nieruchomościami, kochanie. Myślałeś, że wpadnie w zachwyt, Zavalita, myślałeś, że co? Ciskała ci to potem w twarz, myśli, wyrzucała ci to za każdym razem, kiedy zabrakło pieniędzy do pierwszego, za każdym razem, kiedy musiała brać na kredyt od Chińczyka albo pożyczać od Niemki. Biedna Anita, myśli. Myśli: biedny Zavalita.
– Już bardzo późno, paniczu – nalega po raz nie wiadomo który Ambrosio.
– Jeszcze kawałek, już dojeżdżamy – powiedziała Queta i pomyślała: ilu robotników. Czy to akurat wychodzili z fabryki? Tak, wybrała sobie najgorszą porę. Syreny wyły i hałaśliwa ludzka fala zalała aleję. Taksówka wolno posuwała się naprzód walcząc z tłumem, czyjeś twarze zbliżały się do okienek, przypatrywały się jej. Gwizdali na nią, mówili ohoho, ale cizia, robili świńskie miny. Fabryki i ubogie kamienice, i znów fabryki, i znów domy nędzarzy, i ponad głowami tych ludzi Queta widziała murowane fasady, dachy pokryte blachą, słupy dymu z kominów. Od czasu do czasu gdzieś daleko drzewa na fermach, tędy biegła aleja: to tutaj. Taksówka stanęła i Queta wysiadła. Kierowca patrzył jej w oczy z ironicznym uśmieszkiem.
– No i co tak szczerzysz zęby – powiedziała Queta. – Mam dwa nosy czy jak?
– Nie odstawiaj obrażonej damy – powiedział szofer. – Dziesięć solów, ślicznotko.
Queta dała mu pieniądze i odwróciła się na pięcie. Kiedy otwierała małą furtkę w wy pełzły m różowym murze, słyszała warkot oddalającej się taksówki. W ogrodzie nie było nikogo. W korytarzu siedział na skórzanym fotelu Robertito i czyścił sobie paznokcie. Spojrzał na nią swymi smolistymi oczyma:
– Cześć, Quetita – powiedział wesoło. – Wiedziałem, że dzisiaj przyjdziesz. Madame na ciebie czeka.
Ani jak się czujesz, ani czy już wszystko dobrze, pomyślała Queta, nawet ręki nie podał. Weszła do środka i jeszcze zanim dostrzegła twarz, rzuciły jej się w oczy połyskliwe cienkie paznokcie Ivonne, iskrzący się pierścionek i ołówek, którym właśnie adresowała kopertę.
– Dzień dobry – powiedziała Queta. – Jak to miło znów panią widzieć.
Pani Ivonne uśmiechnęła się ozięble i obrzuciła ją uważnym spojrzeniem.
– No proszę, już wróciłaś – powiedziała w końcu. – Ale co przeszłaś, to przeszłaś, prawda?
– Owszem – powiedziała Queta i zamilkła, i poczuła ukłucia zastrzyków na ramionach, chłód metalu między nogami, usłyszała plugawe kłótnie sąsiadek i zobaczyła pielęgniarza o sztywnej szczecinie, który schylał się po basen.
– Byłaś u doktora Zegarry? – powiedziała pani Ivonne. – Dał ci zaświadczenie?
Queta skinęła głową, wyjęła z torebki złożony papier i podała go jej. W ciągu jednego miesiąca zrobiłaś się jak stara szmata, pomyślała, ładujesz sobie trzy razy tyle szminki na twarz, a i tak nic z tego. Pani Ivonne czytała zaświadczenie uważnie i z wysiłkiem, podsuwając papier pod zmrużone oczy.
– W porządku, jesteś zdrowa – znowu obejrzała ją od stóp do głów i zniechęcona machnęła ręką. – Ale wychudłaś na wiór. Musisz się odżywić, nabrać rumieńców. Na razie zdejmij te rzeczy, co masz na sobie. Namoczysz je. Nie masz nic na zmianę? Niech Malvina ci coś pożyczy. I to zaraz, na pewno naniosłaś ze sobą bakterii. W szpitalu roi się od bakterii.
– Będę miała ten sam pokój co dawniej, proszę pani? – spytała Queta i pomyślała nie wpadnę w złość, nie zrobię ci tej przyjemności.
– Nie, ten od tyłu – powiedziała pani Ivonne. – I weź gorącą kąpiel. Nie żałuj mydła, na wszelki wypadek.
Queta przytaknęła. Poszła na górę zaciskając zęby, patrząc niewidzącym wzrokiem na ten sam pąsowy dywan, na którym widniały stare plamy i nadpalone ślady po zapałkach i papierosach. Na półpiętrze zobaczyła Malvine, która rzuciła jej się na szyję: Quetita! Uściskały się, wycałowały.
– Jak to dobrze, że już jesteś zdrowa, Quetita – powiedziała Malvina. – Chciałam cię odwiedzić, ale stara mnie nastraszyła. To niebezpieczne, możesz się zarazić, możesz mi tu przynieść jakąś chorobę, tak mnie nastraszyła. Dzwoniłam do ciebie kupę razy, ale mi mówili telefon mają tylko ci, co płacą. Dostałaś paczki?
– Tak, dziękuję, Malvina – powiedziała Queta. – A najbardziej dziękuję za jedzenie. Od tego szpitalnego żarcia chciało się rzygać.
– Jak się cieszę, że wróciłaś – powtórzyła Malvina uśmiechając się do niej. – Taka złość mnie wzięła, jak się dowiedziałam, że złapałaś to świństwo, Quetita. Na świecie jest pełno kanalii. Tyle czasu żeśmy się nie widziały, Quetita.
– Miesiąc – westchnęła Queta. – A dla mnie to tyle co dziesięć miesięcy, Malvina.
Rozebrała się w pokoju Malviny, poszła do łazienki, nalała wody do wanny i weszła do niej. Kiedy się mydliła, ktoś otworzył drzwi i wsunęła się głowa, a potem cała postać Robertita: można, Quetita?
– Nie można – powiedziała ze złością. – No już, zjeżdżaj.
– Nie chcesz, żebym cię widział w wannie? – zaśmiał się Robertito. – Przeszkadzam ci?
– Tak – powiedziała Queta. – Jeszcze ci nie pozwoliłam. Zamknij.
Zaczął się śmiać, wszedł i zamknął drzwi: właśnie że nie pójdzie, Quetita, on zawsze wszystko robi na odwrót. Queta zanurzyła się po szyję w wodzie. Woda była brudna, pokryta pianą.
– Brudna byłaś, woda aż czarna – powiedział Robertito. – Jak dawno się nie kąpałaś?
Queta zaśmiała się: odkąd poszła do szpitala, cały miesiąc! Robertito zatkał nos i skrzywi! się z obrzydzeniem: pfuj, świnia. Po czym uśmiechnął się przyjaźnie i zrobił parę kroków w stronę wanny: czy jest zadowolona, że wróciła? Queta skinęła głową: jasne. Woda zafalowała i ukazały się jej kościste ramiona.
– Coś ci powiem, chcesz? – powiedziała wskazując ręką drzwi.
– Opowiedz, opowiedz – powiedział Robertito. – Strasznie lubię plotki.
– Bałam się, że stara mnie wypędzi – powiedziała Queta. – Ona ma bzika na punkcie bakterii.
– Musiałabyś pójść do jakiegoś domu drugiej kategorii, zjechałabyś piętro niżej – powiedział Robertito. – Co byś zrobiła, jakby cię nie przyjęła?
– Leżałabym – powiedziała Queta. – Jakiś drugorzędny lokal albo trzeciorzędny, albo Bóg wie co jeszcze.
– Madame jest dobra – powiedział Robertito. – Broni swoich interesów i ma rację. Dobrze się z tobą obeszła, sama wiesz, jak się którejś trafi taka wredna historia, to już tu dla niej nie ma miejsca.
– Bo dzięki mnie zrobiła niezłą forsę – powiedziała Queta. – Ona też mi coś niecoś zawdzięcza.
Usiadła i mydliła sobie piersi. Robertito dotknął ich palcem: ale ci sflaczały, Quetita, ale schudłaś. Przytaknęła: straciła w szpitalu piętnaście kilo, Robertito. Musisz teraz utyć, Quetita, bo nigdy nie złapiesz dobrego klienta.
– Stara mi powiedziała, że jestem jak wiór – powiedziała Queta. – W szpitalu prawie nic nie jadłam, tylko to, co mi przysłała Malvina.
– No to teraz sobie odbijesz – zaśmiał się Robertito. – Możesz się objadać jak wieprzek.
Читать дальше