Сергей Лукьяненко - Zimne brzegi

Здесь есть возможность читать онлайн «Сергей Лукьяненко - Zimne brzegi» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Zimne brzegi: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Zimne brzegi»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Zimne brzegi — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Zimne brzegi», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

- A jeśli nas złapią? - wykrzyknęła Luiza. - Nie zdążysz opowiedzieć!

- Jak nas złapią, to dla kogo się będziecie malować? Dla kata.

Nawet ten argument zadziałał słabo. Kobiety jednak zamilkły, skończyły przerabiać ubranie Marka i wkrótce niezadowolony chłopiec je włożył.

- Pięknie - podsumowałem. - Oto mamy rodzinę z warstwy średniej: rodziców, synka, wprawdzie wysokiego, ale o niewinnej buźce niemowlaka, a także starzejącą się damę do towarzystwa.

Co za brak wdzięczności! Cała trójka popatrzyła na mnie z takim oburzeniem...

- Chodźmy, trzeba się śpieszyć - dorzuciłem szybko.

Wyszliśmy spod osłony drzew, zaczęliśmy iść brzegiem lasu. Po drodze przyglądałem się swoim towarzyszkom i chłopcu, próbując znaleźć słabe miejsca maskarady. Chyba nie było nic podejrzanego. Żeby jeszcze wymyślić, jak je pogodzić...

Popatrzyłem na niebo. I od razu znalazłem bezpieczny temat do rozmowy.

- Helen, popatrz, jaki ptak! Leci wysoko jak szybowiec!

Helen podniosła głowę, zrobiła jeszcze dwa kroki i zamarła:

- To nie ptak, głupcze! To właśnie szybowiec!

- Z liniowca? - wykrztusiłem.

- Nie, to falcon, on nie staruje z pokładu. Nie wiem. Może z wyspy? Albo z brzegu, w pobliżu są trzy pasy...

Szybowiec krążył w niebie, wysoko, wysoko, biały punkt z wielkimi skrzydłami. Teraz, gdy się lepiej przyjrzałem, zrozumiałem, że na ptaka jest zbyt duży.

- Pogoń?

- Nie wiem. Był w niebie, jak wyszliśmy z lasu?

- Nie patrzyłem.

- Ja też nie...

Nieznany nam awiator chyba nie miał zamiaru się zniżać. Zataczał ogromne kręgi, jak jastrząb wypatrujący zdobyczy.

Nie spodobało mi się to porównanie.

- Dobrze idzie - powiedziała Helen z zachwytem i zawiścią. - Nie wiem... zbyt wysoko, żeby poznać styl. Ale jest coś znajomego...

- Wracamy do lasu?

- Zabłądzimy. Idziemy dalej, tak jak szliśmy. Z tej wysokości twarzy nie rozpozna.

Szliśmy dalej. Po chwili Helen dodała:

- Chociaż wcale nie musi oglądać twarzy. Każda grupa złożona z czterech osób będzie podejrzana. Ja bym właśnie tak szukała!

Przed nami pokazała się wioska, za którą ciągnął się trakt. A szybowiec nadal krążył. Przyspieszyliśmy kroku.

Epilog tomu pierwszego,

w którym spotykamy wroga i zdobywamy przyjaciela

Wieś była mała, a w środku dnia - zupełnie pusta. Kilku siedzących przed domami starców odprowadziło nas ciekawymi spojrzeniami, a jakaś dziewczynka na naszą prośbę przyniosła z domu świeże mleko. Helen zapłaciła i po kolei napiliśmy się z dzbana.

Na razie nasz nowy wygląd nie budził podejrzeń. Nawet smętnie znudzona mina Markusa, który był zmuszony iść, trzymając za rękę damę do towarzystwa, nie psuła wrażenia. Przeciwnie! Gdy kilka razy bez efektu próbował wyrwać rękę, uśmiechnąłem się zadowolony. Wszystko w porządku. Dziecięce kaprysy...

Nieznany szybowiec nadal krążył po niebie i już nawet przywykliśmy do tego widoku. Chyba rzeczywiście był tu z naszego powodu. Ale z takiej wysokości awiator nie mógł nas dojrzeć.

Droga biegła obok wsi. Nie było żadnego przystanku, ale ja nieomylnie prowadziłem wszystkich do małej grupy drzew na poboczu. Pewnie właśnie tu wszyscy stają, żeby zatrzymać dyliżans - cień i strumień obok.

- Dokąd jedziemy? Do Sorrento nie warto... - rozmyślała na głos Helen.

Skinąłem głową. Z Sorrento chodził prom do Miraculous. Gdybym był sam z Helen, ukrywanie się pod nosem Straży miałoby sens. Ale z Markiem i Luizą, którą znają tam pewnie wszyscy mnisi...

- Czyli w drugą stronę. Do Rzymu.

- Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. - Luiza wygłosiła ten banał i zajaśniała.

Ze znużeniem pojąłem, dlaczego nie osiągnęła niczego w świecie, a na łonie Kościoła była na swoim miejscu. Święci bracia i siostry uwielbiają wygłaszać wyświechtane frazesy. I żeby choć któryś z nich pomyślał, że gdy Zbawiciel przyniósł wiarę, ona nie była omszała. Pewnie dlatego wolę modlić się sam, bez pośrednictwa Kościoła. Jeśli jest zbyt dużo pośredników, to modlitwa traci sens...

- Dyliżans! - krzyknął dźwięcznie Mark. - Dyliżans!

Zaczął podskakiwać na jednej nodze i pokazywać palcem w dal. Byłem wstrząśnięty, Helen chyba też. Mark przestał się wygłupiać i poważnie zapytał:

- Przesadzam?

- Tak - przyznałem. - Nie masz pięciu lat, tylko dziesięć. I chcesz wyglądać na dorosłego.

Dyliżans był ogromny, zaprzężony w ósemkę koni. Istny potwór na kołach! To mnie zaniepokoiło - taki elegancki powóz może się nie zatrzymać dla przypadkowych wędrowców. Zresztą, takie machiny wyruszają w drogę, gdy są zupełnie załadowane. W dyliżansie był cały rząd drzwi - oddzielny przedział dla pasażerów pierwszej klasy.

W sam raz dla nas.

Woźniców było dwóch. Na nasz widok zamienili parę słów i dyliżans zaczął hamować. Wyszedłem do przodu, damy i chłopiec czekali. Ech, Helen przydałby się teraz wachlarz a Luizie parasolka...

- Dzień dobry! - powitałem woźniców. - Nie wzięlibyście pasażerów?

Woźnice byli młodzi, opaleni i czarnowłosi. Jeden z ciekawością patrzył na Helen, drugi zaczął ze mną rozmowę.

- Są tylko miejsca w pierwszej klasie. Dwadzieścia marek do Rzymu.

Zrobiłem oburzoną minę - dla przeciętnego kupca była to spora suma.

- Z Sorrento zapłacilibyście trzydzieści - dodał woźnica, bardzo możliwie, że uczciwie. - A na inne dyliżanse się dzisiaj nie doczekacie. Ledwie wyjechaliśmy, zamknęli miasto. Kogoś szukają.

Jacy szybcy! Widocznie z liniowca wysłali parowy kuter na brzeg i wzięli prefekta za gardło.

- Och, ale...no cóż, jeśli nie ma innego wyjścia... - zerknąłem na dach dyliżansu, tam rzeczywiście było dużo ludzi. Przeważnie chłopi, jakieś smagłe dziewczęta, smętnie sterczała głowa urzędnika w twardym czarnym kapeluszu. - Nocować tutaj?...

Obejrzałem się na wioskę i skrzywiłem.

- Decydujcie szybko, senior - woźnica zalśnił białym uśmiechem. - Nie możemy czekać bez końca.

- Chodźcie! - machnąłem rękę do kobiet i Markusa. Wygrzebałem z kieszeni pieniądze - w sam raz. Woźnica, nie kryjąc się, sprawdził pierścieniem magnetycznym, czy moje marki nie są fałszywe i wskazał najbliższe drzwi. Wszedłem pierwszy, podałem rękę Helen, pochwyciłem podanego przez Luizę Marka... tak, ważył odpowiednio do dwunastu lat: dobrze, że przeorysza to silna kobieta.

- Za to będzie co wspominać - pocieszył mnie woźnica, chowając pieniądze do kieszeni. - W pierwszej klasie, niczym arystokraci! Resory nowe, obręcze kauczukowe, sami się przekonacie, - nie czuć jazdy! Sami hrabiowie tak jeżdżą...

Ech, żebyś ty wiedział, przyjacielu, z kim rozmawiasz...

Przedział okazał się wygodny i przytulny, jak wszystkie przedziały pierwszej klasy, w których nie raz jeździłem. Oczywiście bez porównania do karety biskupa, ale i tak sympatycznie.

Dwie miękkie skórzane kanapy, obie rozkładane. Pomiędzy nimi wąski składany stolik. Na ścianach dzbany z papierowymi kwiatami. Postukałem w ściankę - dość gruba. Można śmiało rozmawiać.

- Bardzo milutko - powiedziała powściągliwie Luiza, chcąc usiąść. W tym momencie woźnica strzelił z bata, dyliżans szarpnęło, a ona z piskiem poleciała na podłogę. Helen jakoś się utrzymała. Ja i Mark przezornie siedliśmy tyłem do kierunku jazdy.

- W samą porę - odezwała się Helen, pomagając Luizie wstać. - Dobrze słyszałam? Woźnica powiedział, że zamknęli miasto?

- To już chyba tradycja.

- Zdumiewające, że nie wzbudzamy podejrzeń. Bez bagażu, żadnych kurortów w pobliżu...

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Zimne brzegi»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Zimne brzegi» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


libcat.ru: книга без обложки
Сергей Лукьяненко
Сергей Лукьяненко - Трикс (авторский сборник)
Сергей Лукьяненко
Сергей Лукьяненко - Участковый
Сергей Лукьяненко
Сергей Лукьяненко - Именем Земли
Сергей Лукьяненко
Сергей Лукьяненко - Конкуренты
Сергей Лукьяненко
libcat.ru: книга без обложки
Сергей Лукьяненко
libcat.ru: книга без обложки
Сергей Лукьяненко
Отзывы о книге «Zimne brzegi»

Обсуждение, отзывы о книге «Zimne brzegi» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.

x