— Aha, ten o tłustych krowach i chudych krowach? — zapytała Ptraci.
— Tak. Jest rodowy.
— Jest irytujący. To wiem na pewno. Jedna stale się uśmiecha i gra na trombicie.
— Dla mnie wyglądało to jak puzon.
— To ceremonialna trombita. Wystarczy dobrze się przyjrzeć.
— Pewnie każdy widzi ją trochę inaczej. To nieistotne. — Westchnął i spojrzał na rozładunek „Nienazwanej”. Przywiozła chyba większą od oczekiwanej liczbę puchowych materacy, a po trapie schodziło kilku zdziwionych ludzi, dźwigających skrzynki z narzędziami i kawałki rur.
— To nie będzie łatwe — ostrzegła Ptraci. — Nie możesz przecież powiedzieć: „Wszyscy śniący o krowach, wystąp”. Ty by zdradziło twój plan.
— Ale nie mogę czekać, aż ktoś przypadkiem o tym wspomni, prawda? Bądź rozsądna — rzucił gniewnie. — Ilu ludzi akurat przy mnie powie: Wiesz co, miałem wczoraj taki śmieszny sen o krowach? To znaczy poza tobą.
Spojrzeli na siebie zaskoczeni.
* * *
— I jest moją siostrą? — nie dowierzał Teppic. Kapłani przytaknęli. Koomiemu pozostawili wytłumaczenie tego dokładniej. Przed chwilą spędził dziesięć minut z Przełożoną Kobiet, przeglądając zapisy.
— Jej matka była, tego, faworytą twojego zmarłego ojca — wyjaśnił kapłan. — Bardzo się interesował jej wychowaniem, jak wiesz, i tego… jak się zdaje… tak. Oczywiście, może być twoją ciotką, konkubiny nie radzą sobie dobrze z papierkową robotą. Ale najprawdopodobniej siostrą.
Patrzyła na niego ze łzami w oczach.
— To chyba żadna różnica, prawda? — szepnęła. Teppic zwiesił głowę.
— Owszem — powiedział. — Myślę, że to jest różnica. Naprawdę. — Podniósł wzrok. — Ale możesz być królową — dodał. Spojrzał groźnie na kapłanów. — Prawda? — oznajmił stanowczo.
Kapłani porozumieli się wzrokiem. Potem popatrzyli na Ptraci, która stała samotna i ramiona jej drżały. Słaba, wyszkolona w ceremoniach pałacowych, przyzwyczajona do słuchania poleceń…
Kiwnęli głowami.
— Będzie idealna — ocenił Koomi. Odpowiedział mu pomruk poparcia.
— No widzisz — pocieszył ją Teppic. Spojrzała na niego gniewnie. Cofnął się.
— Będę się zbierał — oświadczył. — Niczego nie muszę pakować. Wszystko w porządku.
— Tak po prostu? — zdziwiła się. — To wszystko? Nie masz zamiaru niczego powiedzieć?
Zawahał się w połowie drogi do drzwi. Mógłbyś zostać, tłumaczył sobie. Ale nic by z tego nie wyszło, a skończyłoby się paskudnym bałaganem. W końcu pewnie podzieliłbyś królestwo między nią i siebie. To, że los zetknął nas razem, nie znaczy jeszcze, że miał rację. Zresztą, trzeba iść naprzód.
— Wielbłądy są ważniejsze niż piramidy — powiedział. — Zawsze powinnaś o tym pamiętać.
Rzucił się do drzwi, gdy ona szukała czegoś, czym mogłaby w niego cisnąć.
* * *
Słońce bez żadnych żuków dotarło aż do południa. Koomi stanął u tronu niczym Sępiogłowy Bóg Hat. — Wasza Wysokość ucieszy się, zatwierdzając mnie na stanowisku najwyższego kapłana — powiedział.
— Co? — Ptraci siedziała z brodą wspartą na dłoni. Drugą ręką machnęła na niego. — A tak. Oczywiście. Bardzo dobrze.
— Po Diosie, niestety, nie znaleziono śladu. Sądzimy, że stał bardzo blisko Wielkiej Piramidy, kiedy… odpaliła. Ptraci wpatrywała się w przestrzeń.
— Mów dalej — poleciła.
— Oficjalna koronacja wymaga jeszcze pewnych przygotowań — poinformował, chwytając złotą maskę. — Jednakże wasza łaskawość z zadowoleniem będzie nosić maskę władzy od teraz, jako że wiele spraw wymaga rozwiązania. Zerknęła na maskę.
— Nie włożę tego — oświadczyła spokojnie. Koomi uśmiechnął się.
— Wasza łaskawość z zadowoleniem będzie nosić maskę władzy — powtórzył.
— Nie — odparła Ptraci.
Uśmiech Koomiego wykrzywił się nieco w kącikach, gdy najwyższy kapłan zmagał się z nową koncepcją. Był przekonany, że Dios nigdy nie miewał takich kłopotów.
Rozwiązał problem, omijając go. Omijanie dało mu dobrą pozycję w życiu i nie zamierzał teraz z niego rezygnować. Ostrożnie położył maskę na stołku.
— Jest Pierwsza Godzina — oznajmił. — Wasza wysokość zechce poprowadzić Rytuał Ibisa, a potem łaskawie udzielić audiencji dowódcom militarnym Tsortu i Efebu. Obaj proszą o zgodę na przemarsz ich wojsk przez królestwo. Wasza wysokość odmówi. O Drugiej Godzinie nastąpi…
Ptraci wyprostowała się i zabębniła palcami po poręczach tronu. Potem nabrała tchu.
— Mam zamiar wziąć kąpiel — rzuciła. Koomi zachwiał się lekko.
— Jest Pierwsza Godzina — powtórzył, niezdolny do wymyślenia czegoś innego. — Wasza wysokość zechce poprowadzić…
— Koomi!
— Tak, o szlachetna królowo?
— Zamknij się.
— …Rytuał Ibisa… — jęknął Koomi.
— Jestem pewna, że potrafisz go poprowadzić. Wyglądasz na człowieka, który sam załatwia swoje sprawy. Od razu widać — dodała zgryźliwie.
— …dowódcy Tsortu…
— Powiedz im… — zaczęła Ptraci i urwała. — Powiedz im — powtórzyła już spokojniej — że mogą przejść. Niejeden albo drugi, ale obaj, rozumiesz. Obaj.
— Ale… — Rozumowanie Koomiego dogoniło wreszcie jego słuch. — Ale wtedy obaj trafią na przeciwną stronę.
— Tak jest. A później możesz zamówić parę wielbłądów. W Efebie jest kupiec, który może je sprzedać. Tylko najpierw obejrzyj im zęby. Aha, i poproś jeszcze kapitana „Nienazwanej”, żeby mnie odwiedził. Zaczął mi tłumaczyć, co to jest „wolny port”.
— W kąpieli, o królowo? — spytał słabym głosem Koomi.
Nie mógł nie zauważyć, jak głos jej się zmieniał z każdym wypowiadanym zdaniem, jak powłoka wychowania złuszczała się pod palnikiem dziedzictwa.
— Nic w tym złego — mruknęła. — I dopilnuj kanalizacji. Jak rozumiem, rury są najważniejsze.
— Na ośle mleko? — zapytał Koomi, teraz już całkiem zagubiony na pustyni [29] Cywilizacja używająca mniej precyzyjnego języka powiedziałaby po prostu „zagubiony”.
.
— Zamknij się, Koomi.
— Tak, o królowo — odparł żałośnie kapłan. Chciał zmian. Ale też chciał, żeby wszystko zostało tak jak dawniej.
* * *
Słońce bez niczyjej pomocy zsunęło się do horyzontu. Dla pewnych ludzi dzień okazał się całkiem udany. Czerwone promienie oświetlały trzech męskich członków rodu Ptacluspów, pochylonych nad planami…
— To się nazywa most — wyjaśnił IIb.
— Coś podobnego do akweduktu? — upewnił się Ptaclusp.
— Raczej na odwrót. Woda płynie dołem, a my chodzimy górą.
— Oj… królowi… królowej się to nie spodoba. Rodzina królewska zawsze była przeciwna skuwaniu świętej rzeki kajdanami mostów, tam i tym podobnie.
IIb uśmiechną! się tryumfalnie.
— Sama to zasugerowała — oznajmił. — A nawet łaskawie spytała, czy zadbamy o miejsca, z których ludzie mogliby rzucać kamieniami w krokodyle.
— Tak powiedziała?
— Powiedziała: duże, kanciaste głazy.
— A niech mnie… — szepnął Ptaclusp. — Dobrze się czujesz? — spytał drugiego syna.
— Świetnie, tato.
— Żadnych… — Ptaclusp zastanowił się. — Żadnych bólów głowy ani nic?
— W życiu nie czułem się lepiej — zapewnił IIa.
— Bo nie spytałeś o koszt — wyjaśnił Ptaclusp. — Pomyślałem, że może wciąż czujesz się pła… słabo.
Читать дальше