Sam Vimes był z natury piechurem. Dlatego postanowił zabrać ze sobą także Willikinsa, który umiał powozić. Zademonstrował też Vimesowi umiejętność rzucenia zwykłym nożem do ryb tak, że trudno było potem wyrwać ostrze ze ściany. W takich chwilach Vimes lubił, gdy kamerdyner potrafił takie rzeczy.
— Przepraszam, sir — odezwał się z tyłu Detrytus. — Mogę na słówko? W sprawie osobistej…
— Tak, oczywiście.
— Ja, tego, no… mam nadzieję, że co żem powiedział wczoraj w areszcie, to nie za bardzo…
— Nie pamiętam ani słowa, sierżancie — przerwał mu Vimes.
Detrytus przyjął to z ulgą.
— Dziękuję, sir. E… bo ja bym chciał zabrać ze sobą młodego Cegłę, sir. Nie ma tu krewnych, nie wie nawet, z jakiego jest klanu. Jak go spuszczę z oka, znowu się w coś wpakuje. I nigdy nie widział gór. Nawet za miastem nigdy nie był!
Troll patrzył błagalnie. Vimes przypomniał sobie, że jego małżeństwo z Ruby jest szczęśliwe, ale bezdzietne.
— Wiesz, ciężar chyba nie będzie problemem — przyznał. — No dobrze. Ale będziesz na niego uważał, jasne?
— Tajest, sir! — wykrzyknął radośnie Detrytus. — Się postaram, coby pan nie żałował, sir!
— Sam, śniadanie! — zawołała Sybil od drzwi.
Vimesa ogarnęło straszne podejrzenie. Podbiegł do drugiego powozu, gdzie Marchewa mocował ostatni kufer.
— Kto pakował jedzenie? Sybil?
— Chyba tak, sir.
— Czy były tam… owoce? — Vimes postanowił zmierzyć się z najgorszym.
— Wydaje mi się, że tak, sir. Nawet sporo. I jarzyn.
— Ale też trochę bekonu, prawda? — Vimes niemal błagał. — Bardzo dobry na długie podróże jest bekon. Dobrze się wozi.
— Obawiam się, sir, że dzisiaj zostaje w domu — stwierdził Marchewa. — Muszę pana uprzedzić, sir, że lady Sybil odkryła ustalenia dotyczące kanapek z bekonem. Kazała panu przekazać, że zabawa skończona, sir.
— Ja tu jestem komendantem, jak pan wie, kapitanie — oznajmił Vimes z całą godnością, na jaką było go stać z pustym żołądkiem.
— Tak jest, sir. Ale lady Sybil potrafi w bardzo spokojny sposób być stanowcza.
— Potrafi, prawda? — mruknął Vimes, kiedy z Marchewą szli wolno w stronę budynku. — Miałem ogromne szczęście — dodał jeszcze na wypadek, gdyby kapitan odniósł niewłaściwe wrażenie.
— Tak, sir. Rzeczywiście pan miał.
— Kapitanie!
Odwrócili się. Ktoś wszedł szybkim krokiem przez bramę. Miał na plecach umocowane dwa miecze.
— Aha, funkcjonariusz specjalny Hancock — stwierdził Marchewa, ruszając mu na spotkanie. — Macie coś dla mnie?
— Eee… Tak, kapitanie. — Hancock zerknął nerwowo na komendanta.
— To oficjalna sprawa, Andy — uspokoił go Vimes.
— Niewiele tego jest, sir, ale trochę popytałem. Młoda dama wysłała w zeszłym tygodniu co najmniej dwie autokodowane wrzutki do Bzyku. To znaczy, że sekar trafia do głównej wieży i zostaje przekazany każdemu, kto zjawi się z odpowiednią autoryzacją. Nie musimy wiedzieć, kto to taki.
— Dobra robota — pochwalił go Marchewa. — Jakiś rysopis?
— Młoda dziewczyna z krótkimi włosami. Tylko tyle udało mi się ustalić. Podpisywała wiadomości „Aicalas”.
Vimes wybuchnął śmiechem.
— To chyba zamyka kwestię. Bardzo wam dziękuję, funkcjonariuszu specjalny Hancock.
— Przestępstwa sekarowe będą coraz większym problemem, sir — oświadczył smętnie Marchewa, kiedy znowu zostali sami.
— Bardzo możliwe, kapitanie — zgodził się Vimes. — Ale w tej chwili wiemy, że nasza Sally nie jest z nami całkiem szczera.
— Nie ma pewności, że to ona, sir.
— Nie? — zdziwił się ucieszony Vimes. — To naprawdę zabawne. Chodzi o jedną z mniej znanych słabości wampirów. Nikt nie wie, skąd się to bierze. Należy do tej samej grupy, co wielkie okna w zamku albo łatwe do zerwania zasłony. Choćby nie wiadomo jak wampir był sprytny, nie potrafi uwierzyć, że ktoś rozpozna jego imię, jeśli będzie zapisane wspak. Idziemy.
Vimes już miał wejść do budynku, gdy zauważył krasnoluda czekającego cierpliwie przy drzwiach. Wyglądającego, jakby był całkiem zadowolony z czekania.
Vimes westchnął. Pertraktuję bez topora w dłoni, tak?
— Śniadanie, panie Nieśmialsson? — zaproponował.
* * *
— Pamiętasz, kiedy ostatnio byliśmy na wakacjach, Sam? — zapytała Sybil godzinę później, kiedy powozy ruszyły do bram miasta.
— To właściwie nie były wakacje, moja droga — stwierdził Vimes.
Nad nimi Młody Sam kołysał się w małym hamaku i gaworzył.
— W każdym razie były bardzo ciekawe.
— Tak, moja droga. Wilkołaki próbowały mnie zjeść.
Vimes oparł się wygodnie. Powóz miał miękką tapicerkę i dobre resory. W tej chwili, kiedy sunął w ulicznym ruchu, magiczna utrata ciężaru była praktycznie niezauważalna. Czy będzie miała znaczenie? Jak szybko może podróżować banda starych krasnoludów? Jeśli naprawdę wzięli ciężki wóz, to powinni ich dogonić już jutro, gdy góry będą jeszcze ciągle daleką perspektywą. A tymczasem może przynajmniej trochę odpocząć.
Wyjął podniszczoną książeczkę zatytułowaną „Pieszo przez dolinę Koom” autorstwa Erica Wheelbrace’a — człowieka, który w Bliskich Ramtopach przeszedł chyba wszystko, co było szersze od owczej ścieżki [19] A i tak zaczepiał górskie kozice na pozornie niedostępnej ścianie urwiska i kiedy wokół sypały się kamienie, oskarżał je o utrudnianie mu korzystania z Prawa do Wędrówki. Eric bardzo stanowczo wierzył, że Ziemia Należy do Ludu oraz że on jest Ludem bardziej niż ktokolwiek inny. Wszędzie chodził z mapą owiniętą w materiał wodoszczelny, noszoną na sznurku na szyi. Takich osób nie wolno lekceważyć.
. W książce zamieszczono mapę — jedyną realną mapę doliny Koom, jaką Vimes widział. Eric nie był złym rysownikiem.
Dolina Koom była… No, dolina Koom była w zasadzie ściekiem, niczym więcej — prawie trzydzieści mil miękkiego wapienia otoczonego górami z twardszej skały, więc to, co powstało, można by nazwać wąwozem, gdyby nie było tak szerokie. Jeden koniec sięgał niemal linii wiecznych śniegów, drugi wtapiał się w równinę.
Podobno nawet chmury trzymają się z dala od tego pustkowia, jakim jest dolina Koom. Może i tak, ale to bez znaczenia. Dolina zbiera wodę z topniejących śniegów i z setek wodospadów spływających po jej ścianach z otaczających gór. Jeden z nich, Łzy Króla, ma pół mili wysokości.
Rzeka Koom nie tylko płynie przez dolinę. Także skacze i tańczy. Zanim dociera do połowy drogi, jest plątaniną grzmiących potoków, bezustannie łączących się i rozdzielających. Ich wody niosą i toczą wielkie głazy, bawią się całymi przewróconymi drzewami z wilgotnych lasów, które porosły piargi usypane przy skałach. Strumienie z bulgotem wpadają do otworów w ziemi i całe mile dalej wypływają znowu jako źródła. Nie mają określonych koryt — silniejsza burza w górach może falą powodzi ściągnąć skalne bloki wielkości domu albo połowę wyrwanego lasu, tworząc tamy. Niektóre potrafią przetrwać długie lata, stają się niewielkimi wyspami wśród bystrych wód, miejscem dla małych zagajników, niedużych łąk i kolonii wielkich ptaków. A potem przypadkowy prąd przesunie jakąś kluczową skałę i w ciągu godziny wszystko znika.
W dolinie nie żyło nic, co nie umiało latać — w każdym razie nie za długo. Krasnoludy próbowały ją poskromić jeszcze przed pierwszą bitwą, ale nic z tego nie wyszło. Setki krasnoludów i trolli zmyła sławna powódź; wielu nigdy nie odnaleziono. Dolina Koom wciągnęła wszystkich w swe spływy, do swych komór i pieczar, i tam zatrzymała.
Читать дальше