Nagle Paul przystanął.
– Spójrzcie! – wyszeptał.
Znajdowali się nad małym leśnym jeziorkiem o zarośniętych brzegach, wypełnionym czarną wodą. Za sobą mieli milczący, ciemny las świerkowy.
Na przeciwległym brzegu stał ogromny łoś, pił wodę i przeglądał się w jeziorze. Kiedy wyszli z lasu, uniósł w zamyśleniu swoją arystokratyczną głowę i patrzył ponad wodą na ludzi. Potem zastrzygł uszami i powrócił do picia.
– Wspaniałe zwierzę – szepnął Paul.
– O, tak – przyznała Saga. – Jest piękny, zwłaszcza po drugiej stronie jeziora.
Obaj mężczyźni uśmiechnęli się do niej i zawrócili do lasu. Saga ruszyła za nimi, podeszła do Marcela i mocno chwyciła go za rękę.
Teraz już nie mogli długo wędrować, trzeba było pomyśleć o jakimś noclegu. Wkrótce potem znowu zobaczyli jezioro, tym razem większe, a przy nim kilka budynków. Przystanęli, by się zastanowić nad sytuacją.
– Musimy już być w Norwegii – oświadczył Paul.
Marcel odnosił się do tego sceptycznie.
Paul rozstrzygnął sprawę:
– Pójdę tam i zapytam. O, jakieś dwie dziewczyny. Uwiodę je i poproszę o schronienie na noc.
– Nie, nie – zaprotestował Marcel z uśmiechem. – Nie możemy nocować tak blisko ludzi. Zwłaszcza jeśli to Szwedzi. Ale dobrze, idź i dowiedz się. Na pewno zrobisz na nich takie wrażenie, że zapomną zapytać, skąd się wziąłeś. Ale bądź tak dobry i ogranicz znajomość do najbardziej podstawowych pytań! Nie mamy czasu na żadne romanse.
– Szkoda, szkoda – narzekał Paul żartobliwie, ruszając w stronę zabudowań.
O ileż sympatyczniejszy stał się nastrój dzięki świadomości, że są w pobliżu ludzi. Dopóki byli tylko we troje, napięcie między nimi stawało się momentami nie do zniesienia. A może wszystko stało się łatwiejsze, kiedy Paul odszedł? Saga odprowadzała go wzrokiem. Mimo woli przysunęła się bliżej Marcela.
– On mnie wytrąca z równowagi – powiedziała.
– Mnie także – mruknął Marcel.
– Po prostu nie wiem, co to jest.
Jak okropnie zabrzmiały te słowa: Co to jest, a nie: kto to jest.
Skuliła się.
Paul podszedł do dziewcząt, które stały jak skamieniałe. Najwyraźniej nie wiedziały, co powiedzieć. Saga doskonale to rozumiała: Zobaczyć kogoś tak niezwykłego, wyłaniającego się z lasu! Ciekawe, co sobie myślały?
Paul zabawił tam dość długo. Tymczasem Saga i Marcel stali przy sobie, napawając się nawzajem swoją bliskością. Saga niemal czuła płynące od niego rozkoszne ciepło. Ogarnęła ją dziwna tęsknota, myślała o niewidzialnej więzi, cudownej i bardzo silnej, o wszystkim, co ten człowiek mógł jej dać, jeśli tylko ona zechce wziąć.
A Saga chciała. Po raz pierwszy w swoim życiu pragnęła przyjąć miłość mężczyzny. A może miłość to zbyt mocne słowo jak na tak krótką znajomość?
Nie! Dziwna sprawa, ale nie. Wszystko, co teraz wypełniało jej myśli i uczucia, było tak intensywne, że nie mogło powstawać tylko w niej samej, musiało płynąć do niej także od Marcela. I było tak silne, że zabarwiało atmosferę całego otoczenia. Saga wiedziała, że całe jej ciało i dusza dążą tylko do tego, by być jak najbliżej Marcela. Czuła mrowienie pod skórą, nerwy napinały się, kiedy docierało do niej ciepło jego oddechu. Ten oddech właśnie, powolny i gorący, świadczył, że Marcel odczuwa to samo co ona.
Odwróciła głowę i spojrzała na niego. Teraz, kiedy nie było Paula, widziała, jak bardzo pociągającym mężczyzną jest Marcel. Zupełnie inaczej niż tamten śliczny archanioł, jak określała Paula. W Marcelu było coś więcej, jakaś głębia. Cechowała go surowa powaga, która od czasu do czasu łagodniała, przemieniając się w czułość; w niezwykłych oczach, tak jasnych, że skóra i włosy zdawały się przy nich jeszcze ciemniejsze, była jakaś sugestywna siła. Oczy osadzone dość głęboko wydawały się takie tajemnicze i takie pociągające! Teraz uśmiechały się do niej, poważnie i spokojnie, wyrażały wszystko, co zrodziło się między nimi, a co nie zostało powiedziane…
Ale kiedy się w końcu odezwał, słowa zabrzmiały przerażająco.
– On ciebie pragnie – powiedział z zaciętą złością. – Wiesz o tym, prawda?
– Nnnie… Nie wydaje mi się – odparła niepewnie. – On tak mówił, ale ja wcale nie wierzę.
– Bo nie znasz męskiej dumy, Sago! Paul nigdy by się nie przyznał do porażki, nigdy by się też nie zniżył do tego, by żebrać o twoją miłość.
– Masz rację. On nie żebrze. Raczej okazuje złość. Uszczypnął mnie w ramię, aż zabolało. Ale mimo wszystko… Nie, Marcelu, sądzę, że się mylisz. Słyszałeś przecież, jak powiedział, że będzie uwodził tamte dziewczyny.
– Och, moja droga, nie bądź naiwna! Powiedział tak po to, by wzbudzić w tobie zazdrość.
Machnęła niecierpliwie ręką.
– Ale co by on we mnie widział? Jestem sztywna i zimna… Sam tak powiedział!
– No, no, zastanów się. Myślę, że jego akurat to najbardziej pociąga. Ty rzeczywiście sprawiasz wrażenie osoby bardzo chłodnej i zachowującej dużą rezerwę, ale ja wiem, jaka głębia uczuć się za tym kryje. I on wie także. A to, że tak trudno cię zdobyć, budzi w mężczyznach instynkt myśliwego.
– To samo mówił Lennart. – Saga zadrżała. – Ale on nie znalazł we mnie ukrytego ciepła.
– Bo to nie był mężczyzna dla ciebie. Paul zresztą też nie jest.
Nie dopowiedział reszty. A Saga nie miała odwagi zapytać. Znowu spojrzała w stronę zabudowań.
– On jest jak piękna muszla – powiedziała cicho. – Skorupa niezwykłej urody, ale co się kryje wewnątrz? Kim on, na Boga, jest? W każdym razie nie jest żadnym hrabią Lengenfeldtem, to mogłabym przysiąc.
– Czy on działa na ciebie jako mężczyzna? – zapytał Marcel półgłosem.
Och, jaka nieskończona cisza! I jej odpowiedź będzie także nieskończenie ważna!
– To zależy, co rozumiesz przez określenie: „działa”? – rzekła wolno. – On robi wrażenie, trudno się oprzeć, ten jego wygląd… Ale jeśli ci chodzi o coś poważniejszego… to odpowiedź brzmi: nie!
Zdawało jej się, że Marcela to uspokoiło, mimo to powiedział w zamyśleniu:
– Nie byłbym tego taki pewien, Sago. Po prostu oczu nie możesz od niego oderwać.
– To może tak wyglądać. Ale teraz zastanawiam się, dlaczego i o czym on tak długo tam rozmawia?
– Staraj się tylko nie zostawać z nim sam na sam – ostrzegł Marcel.
– Nie, nie odważyłabym się! Bo to, co się kryje za tą wspaniałą fasadą, to, co on nosi w sobie… przeraża mnie, trudno nawet powiedzieć jak bardzo. Marcelu, ja czuję, czułam to przez całą drogę, że towarzyszy nam zło.
– Owszem – potwierdził wolno. – Myślę, że masz rację. Ale ja będę przy tobie. Będę cię ochraniał, żeby ci się nic złego nie przytrafiło.
Instynktownie chwyciła jego rękę.
– Nie odchodź ode mnie, Marcelu, ani na moment. Bądź przy mnie, nie zostawiaj mnie samej z tym… monstrum!
– O, to chyba zbyt mocne słowo!
Znowu poczuła tę nie nazwaną, bezgraniczną wspólnotę z człowiekiem obok niej. Nawet otaczające ich powietrze było nią przesycone i wiedziała, że tego mężczyznę umiałaby kochać. Gorąco i gwałtownie, wszystkimi zmysłami, tak jak Saga Simon nigdy nie kochała.
Dłoń Marcela dotknęła leciuteńko jej ramienia. Ostrożnie, jakby się bał, że ją przestraszy. W tym zmysłowym dotknięciu dłoni wyczuwała jego napięcie, jego… pożądanie. Kątem oka widziała piękne, długie i szczupłe palce, które wolno, wolniutko zaciskały się na jej ramieniu.
Читать дальше