– Przy moście za miejską bramą – wydusił z trudem Egert. – Jutro o świcie.
Nieznajomy sięgnął do sakiewki, wydobył z niej monetę i położył na stole razem z poplamioną serwetką. Skinął karczmarzowi i ruszył w stronę wyjścia. Egert zdążył za nim zawołać:
– Kto będzie pańskim sekundantem?
Gość „Wspaniałego Miecza” zatrzymał się w drzwiach i rzucił przez ramię:
– Sekundant mi niepotrzebny… ale pan może wziąć kogoś ze sobą.
Schylając głowę pod za niską dlań framugą, wyszedł na zewnątrz. Ciężkie drzwi zatrzasnęły się za nim.
W miejscu wskazanym przez Egerta odbywała się znakomita większość pojedynków, zdarzających się w Kawarrenie. Wybór był doskonały. Wystarczyło odejść kilka kroków od głównej drogi i walczący znajdowali się w zacisznym, bezludnym miejscu, osłoniętym od strony traktu ścianą starych świerków. Zresztą o świcie droga i most długo pozostawały puste.
Stawili się niemal jednocześnie: Egert wyprzedził nieco powolnie kroczącego siwowłosego, toteż czekał nań parę minut, spoglądając na ciemną wodę.
Mętny, wiosenny nurt niósł na powierzchni drewniane drzazgi, fragmenty wodorostów, smętne skrawki zeszłorocznego listowia. Tu i ówdzie jakiś kamień powodował wir i oficerowi wydało się, że ma to mu przypomnieć o nadchodzącym niebezpieczeństwie. Oparł się całym ciężarem o mocno nadgniłą balustradę, jakby wyzywając los.
Wreszcie zjawił się na moście jego przeciwnik. Egert miał wrażenie, że tamten był nieco zdyszany. W świetle dziennym widać było, że istotnie jest bardzo stary, znacznie starszy od ojca Solla. Porucznik zastanowił się chwilę, czy walkę będzie można uznać za uczciwą. Napotkawszy jednak spojrzenie jasnych, lodowatych źrenic, natychmiast porzucił ową myśl.
– A gdzie przyjaciel? – spytał nieznajomy.
Egert surowo zabronił Karwerowi, aby go odprowadzał. Skoro przeciwnik zlekceważył reguły i zrezygnował z sekundanta, dlaczego niby on miałby inaczej postąpić?
– A co będzie, jeśli okaże się, że wciągnąłem pana w zasadzkę? – pytał dalej siwowłosy, nie spuszczając oczu z gwardzisty.
Egert uśmiechnął się. Mógłby odpowiedzieć, że nie boi się wcale natrętnych staruchów oraz ich nędznych zasadzek, jak nisko ceni taką pustą gadaninę, a także ilu już widział pokonanych przeciwników, lecz wolał przemilczeć sprawę, odpowiadając jedynie wymownym uśmieszkiem.
Przeciwnicy zeszli z drogi w milczeniu. Soll szedł pierwszy, ufnie wystawiając plecy przeciwnikowi. Chciał w ten sposób zawstydzić nieznajomego, okazując lekceważenie wobec jego ewentualnej zdrady. Minęli świerki i wyszli na polanę okrągłą jak arena, udeptaną butami pojedynkowiczów.
Od rzeki wiał świeży powiew. Zdejmując mundur z mocno przyszytym epoletem, Egert pomyślał z niechęcią, że wiosna tego roku jest wyjątkowo chłodna, zatem z ewentualnym oficerskim piknikiem trzeba będzie poczekać na lepszą pogodę. Ciężkie krople rosy pokrywały przygięte do ziemi źdźbła trawy i spływały po pniach, jakby drzewa kogoś opłakiwały. Oficerskie buty prędko pokryły się plamami wilgoci.
Stanęli naprzeciw siebie. Soll stwierdził w myślach ze zdumieniem, że po raz pierwszy ma do czynienia z przeciwnikiem, o którym nic nie wie. W żadnym razie to nie krępowało oficera, miał bowiem zamiar dowiedzieć się wszystkiego co najważniejsze właśnie teraz.
Obnażyli szpady: Egert leniwie, powoli, tamten, jak zawsze, z obojętnym spokojem. Nieznajomy nie spieszył się z atakiem, stał tylko i patrzył porucznikowi w oczy z powagą, błyskając ostrzem. Soll zrozumiał, że tym razem na pewno przyda mu się znajomość siedemnastu sposobów obrony.
Chcąc wypróbować przeciwnika, zaatakował klasycznie, co spotkało się z równie klasycznym odparciem. Egert spróbował jeszcze raz. Nieznajomy z niezmąconym spokojem odparował stosunkowo zręczne uderzenie, zawierające w sobie zaimprowizowaną naprędce kombinację.
– Gratuluję – burknął Egert. – nieźle, jak na ten wiek…
Jego kolejna kombinacja była wielce zdradliwa i wykonana wirtuozowsko, lecz siwowłosy bez trudu sparował całą serię.
Oficer zorientował się, że znalazł godnego siebie przeciwnika i zwyciężyć go będzie niełatwo, lecz tym bardziej zaszczytnie. W głębi duszy pożałował teraz, że nie ma wokoło widzów, którzy mogliby docenić jego błyskotliwe improwizacje. W tym momencie nieznajomy przeszedł do ataku.
Soll ledwie się zdołał uchylić, przypominając sobie naraz wszystkie siedemnaście sposobów, które nieco mu się pomieszały w głowie. Ataki następowały jeden za drugim i były nieoczekiwane, zdradliwe, bezlitośnie mocne. Broniąc się zażarcie, Egert kilkakrotnie widział ostrze wrogiej szpady tuż przed swoim nosem.
Po chwili wszystko skończyło się nagle. Nieznajomy cofnął się o krok, jakby chciał dokładniej zlustrować postać oficera od stóp do głów.
Soll dyszał ciężko. Mokre włosy zlepiły się w strąki, po plecach pot ściekał strugami, dłoń zaś dzierżąca szpadę, drżała jak rozkołysany dzwonek.
– Nieźle – wykrztusił, spoglądając w jasne źrenice. – Dlaczego od razu nie powiedział pan, że jest fechmistrzem na emeryturze?
Z tymi słowami runął do przodu. Gdyby istnieli jacyś obserwatorzy, z pewnością przyznaliby, że tak niesamowitej kombinacji ciosów słynny rębajło jeszcze nigdy nie pokazał.
Skakał wokół wroga jak kogucik, atakując z prawa i z lewa, z góry i dołu, jakby przemyślał walkę dwadzieścia kroków do przodu, wykazywał szczyt swoich możliwości, wszystko bez skutku.
Jego ciosy natrafiały jakby na kamienną ścianę. Egert musiał się czuć jak głupi cielak, atakujący stary dąb. Żadnej z kombinacji ciosów nie zdołał doprowadzić do końca. Przeciwnik, jakby czytając w myślach oficera, wywracał jego plany na nice, odpowiadając kontratakiem. Co chwila jego sztych zbliżał się do piersi, brzucha lub twarzy porucznika. Teraz dopiero pojął, jak mógł się czuć walczący z nim student. Jak mysz w kocich pazurach. Zdał sobie sprawę, że mógł być zabity już co najmniej dziesięć razy, lecz z niewiadomych powodów ciągle pozostawał przy życiu.
– Ciekawe – wychrypiał, odskakując dwa kroki. – Chciałbym wiedzieć, komu zaprzedał pan za to swą duszę…
– Boisz się? – spytał nieznajomy. Były to jego pierwsze słowa od początku walki.
Egert patrzył nań, zdumiony nadprzyrodzoną siłą starca o obojętnej, pomarszczonej twarzy i ogromnych zimnych oczach z bezrzęsymi powiekami. Nieznajomy nawet nie miał zadyszki. Oddychał spokojnie, tak samo jak patrzył i mówił:
– Boisz się?
– Nie – odparł Egert pogardliwie, wzywając niebiosa na świadka, że była to szczera prawda.
Nawet w obliczu nieuniknionej, jak się wydawało, śmierci, oficer nie czuł strachu. Nieznajomy to zrozumiał. Jego wąskie usta rozciągnęły się w znanym już grymasie.
– No cóż…
Zadźwięczały krzyżujące się szpady. Nieznajomy wykonał ledwie zauważalny manewr klingą i Egert krzyknął z bólu, czując, że ma wyłamany przegub prawicy. Jej palce same się rozprostowały i rodowa szpada zatoczyła łuk na szarym niebie, po czym opadła bezwładnie na stos zeszłorocznych liści, niknąc w nim powoli.
Soll cofnął się, przyciskając urażoną rękę do piersi, nie spuszczając wzroku z przeciwnika. Czuł się niezmiernie obrażony faktem, że ten staruszek mógł go rozbroić w ten sposób już w pierwszej minucie pojedynku. Wyglądało na to, że cała walka była zwykłą farsą, zabawą i prowokacją…
Nieznajomy przyglądał mu się w milczeniu.
Читать дальше