Trzy dni po pogrzebie Toria bladym świtem opuszczała miasto.
Tydzień pobytu w Kawarrenie pozostawił na jej twarzy mroczne ślady. Sakwa studenta ciążyła jej w ręce, gdy sama, bez niczyjej pomocy szła do powozu, czekającego przy wejściu. Jej oczy były matowe, podkrążone sinymi obwódkami. Patrzyła w ziemię pod nogami, dlatego też nie od razu zauważyła człowieka zręcznie rozkładającego stopnie karety.
Czyjaś dłoń pomogła jej wrzucić bagaż na siedzenie. Podziękowała machinalnie i dopiero wtedy uniosła oczy. Stała twarzą w twarz z Egertem Sollem.
Od dawna śledził narzeczoną zabitego studenta, sam nie wiedział, dlaczego. Być może chciał prosić o wybaczenie i wyrazić współczucie, bardziej prawdopodobne jednak, że pchała go ku Torii jakaś smętna nadzieja. Przyzwyczajony do ryzyka i niebezpieczeństwa, przywykł lekko traktować śmierć, zarówno swoją, jak i cudzą. Cóż może być bardziej oczywistego, że zwycięzca chciałby zgarnąć łup pokonanego?
Toria spojrzała w oczy Egerta.
Spodziewał się objawów gniewu, odrazy, nienawiści. Przygotował się na odpowiednie w tej sytuacji słowa, gotów był nawet znieść jej dłoń na swym policzku. Nie był jednak gotów zobaczyć tego, co ujrzał w ciągle pięknych, choć przygasłych z bólu źrenicach tej panny, co odrzuciło go od niej nie gorzej niż mocny cios pieści.
Toria patrzyła nań z chłodnym, pozbawionym złości obrzydzeniem i to było naprawdę straszne! Nie było w niej nienawiści, raczej sprawiała wrażenie, że mdli ją jego widok.
Egert nie pamiętał potem jak odszedł, czy raczej uciekł, byle dalej od tych okropnych oczu, byle tylko ich więcej nie widzieć, nie spotkać i jak najszybciej o nich zapomnieć…
Dzień później siedział w „Solidnej Tarczy”, ponury, przygnębiony i zły. Karwer kręcił się przy nim, wesoło coś plotąc o dzikach i kobietach. Wkrótce będą walki dzików… Ciekawe, czy ojciec Solla wystawi tym razem Pięknego, Mięśniaka, a może młodego Woja? A tak przy okazji, o Egerta pytała prześliczna żona kapitana, Dilia, a zlekceważyć ją niebezpiecznie, gotowa się zemścić. Właściwie dlaczego oficer, stając się główną sensacją tygodnia, zatruwa teraz szczęśliwe chwile swego życia zbędnym smutkiem?
Soll wyczuwał w głosie przyjaciela swego rodzaju złośliwą satysfakcję. Być może Karwera w głębi duszy cieszyło przeświadczenie, że jego wspaniały idol, zwyciężając na placu boju, poniósł jednak porażkę na polu miłości, stając się tym samym podobny zwykłym śmiertelnikom. Być może owo przypuszczenie było niesprawiedliwe w stosunku do młodzieńca, tak czy inaczej jego pusta gadanina bardzo go dzisiaj męczyła. Żłobił paznokciem palca wskazującego głębokie bruzdy na blacie stołu… W pełni się zgadzał z kolegą, byle tylko ten zamknął się na chwilę i dał mu spokojnie dopić jego trunek.
W tejże chwili ktoś otworzył drzwi karczmy, wpuszczając do dusznego wnętrza strumień chłodnego powietrza i promień słoneczny. Nowo przybyły zatrzymał się chwilkę na progu, jakby upewniając się, czy dobrze trafił, po czym wszedł do środka.
Soll poznał go natychmiast. Był to ów dziwny siwy osobnik, zajmujący już od dziesięciu dni pokój we „Wspaniałym Mieczu”. Minąwszy gwardzistów, przysiadł ciężko na pierwszym z brzegu, wolnym krześle.
Nie wiedząc czemu Egert obserwował go kątem oka. Dopiero teraz udało mu się, w mętnym świetle tawerny, przyjrzeć się uważniej obliczu nieznajomego.
Nie sposób było określić, w jakim był wieku. Mógłby mieć równie dobrze czterdzieści lat, jak i dziewięćdziesiąt. Dwie bardzo głębokie, symetryczne zmarszczki przecinały policzki, by zniknąć w kącikach zaciśniętych ust. Nozdrza niezwykle długiego, żółtawego nosa rozdymały się co pewien czas i naprężały, jak skrzydła ptaka zrywającego się do lotu. Szeroko rozstawione, jasne oczy, zdawały się spoglądać obojętnie i beznamiętnie na cały świat. Egert dostrzegł tylko lekkie drżenie pozbawionych rzęs powiek.
Właściciel postawił przed gościem kubek pełen wina i zamierzał się oddalić, gdy tamten nieoczekiwanie go zatrzymał.
– Chwileczkę, mój drogi… Nie mam tutaj z kim wypić. Wiem, że jesteś zajęty, lecz może zaproponujesz mi czyjąś kompanię. Chcę wypić zdrowie słynnych gwardzistów, pogromców bezbronnych.
Karczmarz zadrżał, gdyż doskonale zrozumiał do kogo pije nowy gość. Bełkocząc pod nosem usprawiedliwienie, poczciwiec czym prędzej wziął nogi za pas, wiedząc, że Egert bez wątpienia usłyszał słowa skierowane do niego.
Ten zaś odstawił niespiesznie swój kubek i spojrzał prosto w oczy nieznajomego. Były jak wcześniej spokojne i beznamiętne, jakby drażliwą kwestię wypowiedział przed chwilą ktoś inny.
– Do kogo pan pije, szanowny panie? Do kogo ta aluzja?
– Do pana – odparł nieznajomy bez wahania. – Słusznie pan zbladł, panie Soll.
– Zbladłem?!
Egert wstał. Był nieco podchmielony, lecz z pewnością nie pijany.
– No cóż – wycedził przez zęby – obawiam się, że jutro ktoś zechce mnie nazwać pogromcą bezsilnych starców…
Twarz nieznajomego dziwnie się zmarszczyła, dopiero po chwili Egert zrozumiał, że w uśmiechu.
– Człowiek sam wybiera, kim się staje i z czego słynie. Dlaczego nie miałby pan wkrótce przebić szpadą, na przykład, jakiejś dziewczyny albo dziesięcioletniego dzieciaka? Być może lepiej się zdołają obronić, niż udało się to pańskiej ostatniej ofierze…
Egert zaniemówił na chwilę. Zaskoczony, spojrzał na Karwera, który, zazwyczaj tak mocny w gębie, tym razem siedział cicho. Stali bywalcy tawerny, karczmarz stojący w wejściu do kuchni i smarkaty jeszcze kucharczyk, wszyscy zastygli w oczekiwaniu, widząc, że dzieje się coś niezwykłego.
– Czego pan chce ode mnie? – wykrztusił w końcu Soll, patrząc nienawistnie w wielkie, jasne oczy tamtego. – Kim pan jest, że sam się wystawia na sztych?
Nieznajomy uśmiechnął się jak poprzednio długą, zaciśniętą linią ust, lecz oczy pozostały zimne.
– Ja też mam szpadę. Myślałem jednak, że pan napada tylko bezbronnych, prawda, panie Soll?
Egert z trudem powstrzymał palce zaciskające się kurczowo na gardzie szpady.
– Lubi pan łatwe ofiary? – pytał dalej gość. – Takie, które się boją… To słodkie poczucie władzy… Prawda, Soll?
– To wariat – szepnął niepewnie Karwer za plecami druha. – Lepiej wyjdźmy, Egercie.
Soll wstrzymał na chwilę oddech. Słowa nieznajomego dopiekły mu bardziej, niż chciałby się sam przed sobą przyznać.
– Ma pan szczęście – odparł z wysiłkiem – że mógłby pan być moim dziadkiem. Nie biję się ze staruszkami, czy to jasne?
– Jasne…
Nieznajomy znów podniósł kubek, zwracając się nie tylko do Egerta i jego adiutanta, ale także do wszystkich obecnych, którzy właśnie również wstrzymali oddech.
– Piję zdrowie porucznika Solla, bohatera podszytego tchórzem!
Nie zdołał spełnić toastu, gdyż szpada Egerta, błyskawicznie wydobyta z pochwy, wytrąciła naczynie z jego dłoni. Srebrny pucharek upadł z brzękiem na kamienną posadzkę, potoczył się, a potem zatrzymał w czerwonej kałuży rozlanego wina.
– Wspaniale.
Nieznajomy starannie ocierał palce serwetką, przy czym nozdrza rozdymały się niebezpiecznie.
– Starczy panu odwagi, by zrobić następny krok?
Soll opuścił ostrze i wyrysował jego końcem nierówną linię u stóp przeciwnika.
– Doskonale – rzekł z zadowoleniem lokator „Wspaniałego Miecza”, chociaż oczy pozostawały wciąż obojętne. – Nie mam zwyczaju bić się po tawernach… Gdzie i kiedy?
Читать дальше