Quiroga szalał po wszystkich ziemskich kontynentach, podstawiając na platformach przed obliczem tłumów stereograficzne obrazy w miejsce własnej osoby. To jednak nie martwiło specjalnie Roga Cliftona. Wzruszył ramionami i rzekł:
— Niech sobie gada. Nie ma już nowych wyborców, których można by skusić publicznymi wystąpieniami na mityngach politycznych. To tylko męczy samego mówcę, a na mityngi i tak przychodzą wyłącznie zwolennicy.
Miałem nadzieję, że wie, co mówi. Kampania była krótka, dzień rezygnacji Quirogi od dnia ustalonego na datę wyborów dzieliło tylko sześć tygodni. Przemawiałem prawie codziennie, albo na ogólnej sieci wizyjnej, w czasie skrupulatnie dzielonym z Partią Ludzkości, albo nagrywałem przemówienia wysyłane następnie specjalnym wahadłowcem dla pewnej grupy osób. Mieliśmy określoną procedurę: przekazywano mi projekt, prawdopodobnie autorstwa Billa, choć nigdy go nie widywałem, następnie ja przerabiałem mowę i Rog zabierał poprawioną wersję. Z reguły wracała do mnie jako zatwierdzona, choć od czasu do czasu widywałem poprawki dokonywane pismem Bonforte’a, ostatnio tak niewyraźnym, że prawie nieczytelnym.
Nigdy nie zmieniałem poprawionych fragmentów — w przeciwieństwie do całej reszty. Kiedy się już wpadnie w trans, czasem okazuje się, że można wyrazić pewną myśl w inny, bardziej ciekawy sposób. Wkrótce zorientowałem się w naturze tej korekty — prawie zawsze dotyczyła ozdobników. Mów bez ogródek — albo im się spodoba, albo niech się wypchają!
Po jakimś czasie poprawek było już znacznie mniej. Chyba zaczynałem chwytać, o co chodzi.
Wciąż jeszcze nie poznałem go osobiście. Czułem, że nie dam rady „nosić jego twarzy”, kiedy zobaczę go chorego. Nie ja jeden spośród najbliższych zostałem odsunięty — Capek odradził widywanie go również Penny… dla jej własnego dobra. Wtedy jednak nie wiedziałem o tym. Widziałem tylko, że po przyjeździe do Nowej Batawii Penny stała się nerwowa, nieobecna i kapryśna. Miała kręgi pod oczami jak miś panda. Nie mogłem tego nie zauważyć, choć przypisywałem je napięciu kampanii połączonemu z obawą zdrowie Bonforte’a. Miałem rację jedynie częściowo. Capek zauważył to i podjął odpowiednie kroki, wprowadził ją w lekki stan hipnozy i wypytał, a potem zabronił widywać się z Bonforte’em do momentu, aż skończę swoje zadanie i zniknę z pola widzenia.
Biedna dziewczyna odchodziła niemal od zmysłów, przesiadując u wezgłowia chorego człowieka, którego kochała beznadziejną miłością-by za chwilę wrócić do pracy z człowiekiem wyglądającym i mówiącym dokładnie tak samo jak tamten, tyle że w świetnej formie. Chyba już zaczynała mnie nienawidzić.
Dobry stary Doc Capek uciął problem przy samym korzeniu, przekazując uspokajające sugestie hipnotyczne, a następnie utrzymując ją z dala od chorego. Oczywiście, mnie wtedy nie wspomniano o tym ani słowem, to nie była moja sprawa. Za to Penny wzięła się w garść i znów stała się niewiarygodnie uroczą osobą.
Muszę przyznać, że miało to dla mnie ogromne znaczenie. Co tu dużo mówić, gdyby nie ona, co najmniej dwa razy rzuciłbym wszystko i odszedł.
Istniał jeszcze jeden typ spotkań, w których musiałem uczestniczyć — spotkania kierownictwa kampanii. Ponieważ Partia Ekspansjonistów była partią mniejszościową i stanowiła jedynie niewielką frakcję koalicji utrzymywanej w całości wyłącznie dzięki osobowości i przywództwu Johna Josepha Bonforte’a, musiałem zastępować go i nieustannie karmić słodkim syropem te rozkapryszone primadonny. Przyuczono mnie do tego z bolesną wręcz troską o szczegóły, a Rog towarzyszył mi zawsze, gotów podać pomocną dłoń, gdybym się zachwiał. Niestety, w tym przypadku nie mogło być mowy o zastępstwie.
Około dwóch tygodni przed wyborami miało się odbyć spotkanie, na którym przydzielano tzw. strefy bezpieczeństwa. Organizacja zawsze posiada trzydzieści do czterdziestu okręgów, dzięki którym może wspomóc kogoś w osiągnięciu stanowiska w gabinecie, lub dostarczyć sekretarza politycznego. Osoba taka jest niezwykle cenna, jeśli ma pełne kwalifikacje, potrafi przemawiać i poruszać istotne kwestie na forum zgromadzenia, ma też prawo uczestniczenia w różnych zamkniętych zebraniach i tak dalej. Czasami bywają to inne racje polityczne. Sam Bonforte reprezentuje jeden z takich okręgów, co oszczędza mu konieczności prowadzenia przedwczesnej kampanii. Clifton też ma podobne zaplecze, a mógłby mieć i Dak, gdyby chciał. Ten jednak preferował poparcie swoich braci z gildii. Rog wspomniał mi kiedyś, że gdybym miał ochotę pewnego dnia wystąpić pod moim własnym nazwiskiem, wystarczy szepnąć słowo, a natychmiast znajdę się na liście.
Kilka okręgów zarezerwowano dla starych wyjadaczy partyjnych, gotowych zrezygnować z minuty na minutę, aby dostarczyć partii miejsca w wyborach dodatkowych, co pozwoliłoby zakwalifikować dodatkowego człowieka na stanowisko ministerialne, gdyby zaszła taka potrzeba.
Całość jednak miała zdecydowanie patriarchalny charakter i przy takiej koalicji wymagała obecności Bonforte’a, by rozwiązywać sprzeczne roszczenia i przedstawić ostateczną listę komitetowi kampanii. Była to robota na ostatnią chwilę, tuż przed przygotowaniem głosowania, z rezerwą na spóźnione zmiany.
Pracowałem właśnie nad przemówieniem i poprosiłem Penny, żeby alarmowała mnie jedynie w przypadku pożaru, kiedy pojawili się Dak i Rog. Quiroga zeszłej nocy na mityngu w Sydney w Australii powiedział coś głupiego. Była okazja, żeby zdemaskować kłamstwo i przycisnąć go do muru. Natychmiast zacząłem układać replikę, nie czekając na przekazanie mi projektu. Miałem szczerą nadzieję, że moja własna wersja również zostanie zaakceptowana.
— Posłuchajcie tego — poprosiłem, gdy weszli, i odczytałem im kluczowy akapit. — Co wy na to?
— To go powinno rozsmarować na najbliższej ścianie — zgodził się Rog. — Proszę, Szefie, tu jest lista. Chcesz ją sobie obejrzeć? Za dwadzieścia minut skończymy.
— Och, to cholerne spotkanie. Nie mam pojęcia, po co mam oglądać tę listę. Muszę wiedzieć o niej coś istotnego? — mimo wszystko wziąłem wykaz i przyjrzałem się mu. Znałem całe towarzystwo z akt farleyowskich, a kilku nawet osobiście. Wiedziałem przynajmniej, dlaczego każdym z nich trzeba się zająć.
A potem zauważyłem nazwisko: Corpsman, William J.
Stłumiłem w sobie słuszny, jak mniemam, gniew i spokojnie zauważyłem:
— Rog, widzę, że Bill jest na tej liście.
— Och, tak. Chciałem właśnie o tym z tobą porozmawiać. Widzisz, Szefie, z tego, co wiem, pomiędzy wami panują napięte stosunki. Nie, nie winię pana o to. To wina Billa. Może nie zdaje sobie pan z tego sprawy, ale Bill cierpi na ogromny kompleks niższości. Dlatego tak się jeży. Myślę, że to powinno załatwić sprawę.
— No i co?
— On właśnie tego zawsze pragnął. Widzi pan, cała reszta ma jakiś oficjalny status, jesteśmy członkami Zgromadzenia… oczywiście mówię o tych, którzy pracują blisko z… hm… z panem. Bill to przeżywa. Słyszałem, jak po trzecim drinku opowiadał, że jest tylko najemnikiem. Czuje z tego powodu rozgoryczenie. Nie przeszkadza to panu, prawda? Partia może sobie na to pozwolić i nie jest to duża cena do zapłacenia za wyeliminowanie tarć na górze.
Po chwili odzyskałem całkowite panowanie nad sobą.
— To nie moja sprawa. Dlaczego miałoby mi to przeszkadzać, skoro taka jest decyzja pana Bonforte’a?
Pochwyciłem przelotną wymianę spojrzeń pomiędzy Dakiem a Cliftonem.
— Bo chyba tego chce pan B.? — upewniłem się. — Mam rację, Rog?
Читать дальше