— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytał Lawler.
— Po to, aby nie mogła podskoczyć i odgryźć ci tego głupiego nosa, doktorze. Nie rozpoznałeś śluzicy?
— Śluzica?
— Młoda, tak. Dorosłe osiągają mniej więcej takie rozmiary i są podłymi skurczybykami. — Delagard rozstawił ręce na około pół metra. — Jeśli nie wiesz, co to jest, nie stawaj w zasięgu jego szczęk. Dobra zasada w tym miejscu.
— Zapamiętam ją.
Delagard oparł się o nadburcie i wyszczerzył zęby, co pewnie miało być ujmującym uśmiechem.
— I jak podoba ci się życie na morzu? — Był spocony po pracy na górze, zarumieniony, w pewien sposób pobudzony. — Czyż ocean to nie cudowne miejsce?
— Przypuszczam, że ma swój urok. Usilnie próbuję go odnaleźć.
— Nie jesteś szczęśliwy, co? Za ciasna kabina? Niezbyt interesujące towarzystwo? Nudna sceneria?
Nie rozbawiło to Lawlera.
— A może byś się odpieprzył, Nid?
Delagard starł ze swego buta niewielką plamkę rybiego śluzu.
— Hej! — powiedział. — Chodziło mi tylko o chwilkę przyjaznej pogawędki.
Lawler zszedł pod pokład i udał się do swojej kabiny na dziobie. Na tym poziomie okrętu, wzdłuż całej jego długości, wiódł wąski, zatęchły korytarzyk, oświetlony zatłuszczonym, pryskającym światłem lamp tkwiących w kościanych lichtarzykach. Gęste, pełne dymu powietrze szczypało go w oczy. Słyszał głuchy łoskot uderzających o kadłub fal, których zniekształcone echo niosło się po wręgach. Wyżej rozbrzmiewał głuchy jęk masztów skrzypiących w tulejach.
Jako lekarzowi okrętowemu przysługiwała Lawlerowi jedna z trzech małych, pojedynczych kabin na dziobie. Struvin zajmował sąsiednią kabinę na prawej burcie. Delagard i Lis Niklaus dzielili największą z trzech kabin, położoną dalej, przy przegrodzie dziobowej. Wszyscy pozostali mieszkali w forkasztelu, stłoczeni razem w dwóch długich kabinach, które zwykle używane były jako przedziały pasażerskie, gdy okręt kursował jako prom miedzy wyspami. Pierwsza wachta otrzymała przedział rufowy, a druga parkowała swój dobytek po stronie dziobowej.
Kinverson i Sundira wylądowali w różnych zmianach i spali w różnych przedziałach. Lawler był tym zdziwiony. Nie dlatego, aby to, gdzie kto spał, miało jakieś znaczenie: w tych zatłoczonych pomieszczeniach było tak ciasno, że para mająca ochotę uprawiać seks musiałaby zejść do ładowni, dwa poziomy niżej, i kochać się wciśnięta między skrzynie. Jednak czy tych dwoje tworzyło parę, jak twierdził Delagard, czy nie? Lawler zaczynał pojmować, że chyba nie. A jeśli nawet, to był to cholernie luźny związek. Od początku podróży wydawali się prawie nie zauważać siebie nawzajem. Może to, co zaszło między nimi na Sorve, jeśli cokolwiek zaszło, było zaledwie nic nie znaczącym flirtem, przypadkowym spotkaniem ciał, sposobem na zabicie czasu. Pchnął drzwi i wszedł do swojej kabiny. Nie większa od spiżarni, mieściła koję, umywalkę i małą drewnianą komodę, w której Lawler trzymał kilka osobistych rzeczy, zabranych z Sorve. Delagard nie pozwolił mu zabrać wiele.
Kilka sztuk odzieży, sprzęt wędkarski, kilka garnków, patelni i talerzy oraz lustro. Pamiątki z Ziemi były tu, oczywiście, również. Trzymał je na półce naprzeciwko koi.
Pozostałe rzeczy, jakie posiadał — skromne umeblowanie, lampy oraz kilka ozdób, które wykonał z różnych materiałów znalezionych w morzu — pozostawił w spadku Skrzelowcom. Sprzęt medyczny, większość zapasów oraz skromną biblioteczkę ręcznie zapisanych tekstów medycznych umieścił na dziobie, za kuchnią, w kabinie służącej jako okrętowa izba chorych. Główne zapasy medyczne znajdowały się na dole, w ładowni.
Zapalił słabe światełko i w lustrze obejrzał swój policzek. To lustro zrobił dla niego przed laty Sweyner, z mętnego, grudkowatego kawałka szkła morskiego. Dawało też mętne i pełne grudek odbicie, zamglone i niewyraźne. Szkło wysokiej jakości stanowiło rzadkość na Hydros, gdzie jedynym źródłem krzemu były okrzemki, zbierane z dna zatoki. Lawler lubił to lustro, chociaż było ponure j grudkowate.
Spotkanie ze śluzicą nie spowodowało żadnych poważnych obrażeń. Nad lewą kością policzkową miał niewielkie otarcie, lekko zaognione w miejscu, gdzie czerwonawe kolce przebiły skórę — i to wszystko. Lawler przetarł ranę odrobiną brandy Delagarda zabezpieczając się przed infekcją. Lekarski szósty zmysł podpowiadał mu, że nie było czym się martwić.
Butelka uśmierzychy stała obok brandy. Zastanowił się nad nią przez chwilę.
Dzisiaj przed śniadaniem zażył j uż swoją normalną porcję. Na razie nie potrzebował więcej.
A co tam, do diabła, pomyślał. Co tam.
Później Lawler powędrował n górę, do kabin załogi, szukając towarzystwa, sam nie wiedział czyjego.
Znowu zmieniła się wachta. Na pokładzie była teraz druga zmiana i przedział dziobowy był pusty. Lawler zajrzał do drugiej kabiny i zobaczył Kinversona śpiącego na koi, Jatima Gharkida siedzącego ze skrzyżowanymi nogami i zamkniętymi oczami, jak gdyby pogrążonego w medytacjach, oraz Leo Martello gryzmolącego coś, przy migotliwym świetle lampki zapisującego stronice rozpostarte na niskiej, drewnianej skrzyni. Jak przypuszczał Lawler, Martello pracował nad nie kończącym się poematem epickim. Miał około trzydziestu lat. Dobrze zbudowany, energiczny, poruszał się zwykle, jakby był na sprężynach. Miał duże, brązowe oczy i żywą, otwartą twarz. Lubił nosić ogoloną głowę. Jego ojciec przybył na Hydros z własnej woli, jako jeden z tych dobrowolnych wygnańców wyrzucanych z kapsuły. Przyleciał na Sorve, gdy Lawler był małym chłopcem, i ożenił się z Jinną Sawtelle, starszą siostrą Damisa. Oboje już nie żyli, zabrani przez Falę, gdy w zły czas wypłynęli małą łódką na morze.
Od czternastego roku życia Martello pracował w stoczni Delagarda, lecz jego głównym powodem do dumy był długi poemat, który podobno pisał, opiewający wielką emigrację z wyklętej Ziemi do światów tej galaktyki. Pracował nad tym od lat, jak twierdził. Nikt nigdy nie widział więcej niż wilku linijek tego poematu.
Lawler przystanął w drzwiach, nie chcąc mu przeszkadzać.
— Doktor — powiedział Martello. — Człowiek, którego mi trzeba. Potrzebuję czegoś na oparzenia słoneczne.
Załatwiłem się dzisiaj na cacy.
— Rzućmy na to okiem.
Martello strząsnął koszulę z ramion. Pod ciemną opalenizną widać było ślady zaczerwienienia. Słońce na Hydros było silniejsze niż to, pod którym pierwotnie ewoluował rodzaj ludzki. Lawler wciąż miał do czynienia z rakiem skóry, oparzeniami słonecznymi oraz wszelkiego rodzaju schorzeniami dermatologicznymi.
— Nie wygląda tak źle — powiedział Lawler. — Przyjdź do mojej kabiny rano, to się tym zajmę, dobra?
Jeśli sądzisz, że będziesz miał kłopoty ze spaniem, to dam ci coś już teraz.
— Nie, nie trzeba. Będę spał na brzuchu. Lawler skinął głową.
— A jak tam słynny poemat?
— Powoli. Piszę na nowo Pieśń Piątą.
Ku własnemu zdziwieniu Lawler usłyszał swój głos:
— Czy mogę spojrzeć?
Martello wydawał się równie zdziwiony. Podsunął mu jednak jedną ze zwijających się stronic glonowego papieru. Lawler przytrzymał ją obiema rękami. Pismo Martello było niewyrobione i chłopięce, pełne pętli i zakrętasów.
I pomknęły długie okręty w dal
W ciemność ciemności
Złote światy lśniące, wołające
Jak kiedyś nasi ojcowie.
— I nasze matki także — przypomniał Lawler.
— One także — powiedział lekko rozdrażniony Martello. — Trochę dalej poświęcam im całą pieśń.
Читать дальше