— Spokojnie — powtarzał ciągle. — Spokojnie, spokojnie. — Thom Lyonides był pijany przez trzy dni z rzędu, ryczał i śpiewał, a potem wszczął bójkę z Bamberem Cadrellem, mówiąc, że nikt nie zmusi go do wejścia na pokład jednego z tych statków. Delagard, który przechodził akurat z Gospo Struvinem, powiedział: Co jest, do cholery? — a Lyonides skoczył na niego, warcząc i skrzecząc jak lunatyk. Delagard uderzył go w twarz, a Struvin chwycił za szyję i dusił, dopóki się nie uspokoił.
— Wrzućcie go na jego statek — powiedział Delagard do Cadrella. — Dopilnujcie, aby pozostał tam aż do odpłynięcia.
Przedostatniego dnia, jak również ostatniego, grupki Skrzelowców podchodziły aż do granicy między ich terytorium a osadą ludzką i stały tam, obserwując w swój nie-odgadniony sposób, jakby upewniając się, że ludzie przygotowują się do drogi. Każdy na Sorve wiedział już, że nie będzie żadnej zwłoki w wykonaniu wyroku, żadnego odwołania rozkazu wygnania. Ostatni wątpiący, ostatni zaprzeczający musieli ulec naciskowi tych rybich, wytrzeszczonych, nieprzejednanych oczu. Sorve była utracona na zawsze. Ich nowym domem będzie Grayvard. Tyle zostało ustalone.
Tuż przed końcem, na kilka godzin przed wypłynięciem, Lawler wspiął się na najbardziej odległy kraniec wyspy, po drugiej stronie zatoki, w miejscu, gdzie wysoki wał stykał się z otwartym oceanem. Było południe i woda lśniła odbitym światłem.
Ze swojej pozycji na wale Lawler patrzył na otwarte morze i wyobrażał sobie, jak żegluje po nim, z dala od jakiegokolwiek brzegu. Chciał sprawdzić, czy jeszcze się go obawia, tego bezkresnego świata wody, w który wyruszy niezadługo.
Nie. Nie. Wydawało się, że cały strach opuścił go tej pijanej nocy u Delagarda. Nie powrócił. Lawler utkwił wzrok w oddali i nie zobaczył nic prócz oceanu; to było w porządku. Nie było się czego bać. Zamieni tylko wyspę na statek, który tak naprawdę nie był niczym innym jak miniaturową wyspą. Jaka więc była ta najgorsza ewentualność? Że statek mógł 1 zatonąć w czasie sztormu, jak sądził, lub że zostanie roztrzaskany przez Falę i on umrze. To nic: wcześniej czy później musi umrzeć. Nic nowego. Poza tym okręty nie ginęły na morzu aż tak często. Były szansę, że bezpiecznie dotrą do Grayvard. Znów wyjdzie na brzeg i zacznie nowe życie.
Bardziej niż strach przed czekającą go podróżą, Lawler Odczuwał nadal okazjonalne, ostre ukłucia żalu za tym wszystkim, co zostawiał za sobą. Tęsknota pojawiała się szybko i równie szybko odchodziła, niezaspokojona.
Lecz teraz, ku jego zdziwieniu, sprawy, które zostawiał za sobą, zdawały się mało ważne. Gdy tak stał, zwrócony plecami do osady, wpatrując się nieruchomo w czarny bezmiar wód, wszystkie wydawały się oddalać z wiatrem, który spoza niego wiał w kierunku morza: budzący lęk ojciec, łagodna, nieuchwytna matka, prawie zapomniani bracia. Całe jego dzieciństwo, wiek dojrzewania, krótki okres małżeństwa, lata, które przeżył jako lekarz wyspy, jako dr Lawler swojego pokolenia. Nagle wszystko oddalało się. Wszystko. Czuł się dziwnie lekki, mógłby po prostu dosiąść bryzy i poszybować na Grayvard. Wszystkie skorupy wydawały się popękane. Wszystko, co trzymało go tutaj, opadło z nieg”o w jednej chwili. Wszystko.
CZĘŚĆ DRUGA
NA MORZE MARTWE
Pierwsze cztery dni podróży były spokojne, aż podejrzanie spokojne.
— To naprawdę dziwne — powiedział Gabe Kinverson i poważnie potrząsnął głową. — Oczekiwałbym jakichś kłopotów do tej pory, wypływając tak daleko, w środek pustkowia — dodał, patrząc ponad spokojnymi, wolno poruszającymi się, szaroniebieskimi falami. Wiał jednostajny wiatr. Żagle były pełne. Okręty pozostawały blisko siebie, spokojnie przesuwając się poprzez szkliste morze w swej podróży na północny zachód, w kierunku Grayvard. Nowy dom; nowe życie; dla siedemdziesięciu ośmiu podróżników, wyrzutków, wygnańców było to jak ponowne narodziny. Czy jednak jakiekolwiek narodziny, pierwsze czy drugie, mogą być równie łatwe jak te? I jak długo jeszcze będą tak łatwe?
Pierwszego dnia, gdy wciąż jeszcze znajdowali się w zatoce, Lawler raz po raz wychodził na rufę, aby spojrzeć na wyspę Sorve znikającą w oddali.
W tych pierwszych godzinach rejsu Sorve wznosiła się za nimi jak długi, brązowy kopiec. Wtedy wciąż jeszcze wydawała się prawdziwa i namacalna. Mógł rozpoznać znajomy, środkowy grzbiet i wygięte na zewnątrz ramiona, szare wieże chat, elektrownię i chaotyczne budynki stoczni Delagarda. Wydawało mu się, że może nawet zobaczyć ponury rząd Skrzelowców, którzy zeszli na brzeg, aby popatrzeć na wyjście w morze sześciu okrętów.
Potem woda zaczęła zmieniać kolor. Głęboka, soczysta zieleń przeszła w barwę oceanu, który tutaj był ciemnobłękitny z odcieniem szarości. W ten sposób zaznaczało się wyjście na otwarte wody, poza zatokę. Lawler odczuwał to jak zwolnienie zapadki katapulty, wyrzucającej go w powietrze. Teraz, kiedy sztuczne dno pod nimi opadło, Sorve gwałtownie malała, stając się zaledwie ciemną linią na horyzoncie, a potem w ogóle niczym.
Jeszcze dalej ocean przybierał inne barwy, zależnie od żyjących w nim mikroorganizmów, panującego klimatu oraz wydzielin materii z głębin. Poszczególne morza nazywano w zależności od przeważającej w nich barwy: morze czerwone, żółte, lazurowe, czarne. To, którego należało się bać, to Morze Martwe — morze bladego, lodowatego błękitu, morze-pustynia. Takie były wielkie przestrzenie oceanu, nie istniało w nich prawie żadne życie. Jednak trasa ekspedycji nie zbliżała się do żadnej z nich.
Okręty podróżowały zwartym szykiem w kształcie piramidy, który miały utrzymywać dzień i noc. Każdy znajdował się pod komendą jednego z kapitanów promowych Delagar-da, z wyjątkiem tego, na którym żeglowało jedenaście kobiet Zakonu, całkowicie samodzielnie. Delagard zaproponował, że da im jednego ze swych ludzi jako pilota, lecz odmówiły, czego się zresztą spodziewał.
— Kierowanie okrętem to nie problem — powiedziała mu siostra Halla. — Będziemy patrzeć, co wy robicie, i robić to samo.
Okręt flagowy Delagarda, „Królowa Hydros”, szedł na początku pod wodzą Gospo Struvina. Następnie płynęły dwa obok siebie: „Gwiazda Czarnego Morza” dowodzona przez Poilin Stayvol oraz „Bogini Sorve” pod Bamberem Cadrellem, za nimi trzy kolejne statki w szerszej linii, pośrodku siostry na „Krzyżu Hydros” między „Trzema Księżycami” pod Martin Yanezem i „Złote Słońce” dowodzone przez Damisa Sawtelle'a.
Teraz, gdy Sowę całkowicie zniknęła z pola widzenia, nie było widać nic prócz morza i nieba, płaskiego horyzontu i łagodnych grzbietów fal. Lawlera ogarnął przedziwny spokój. Zadziwiająco łatwo przyszło mu zanurzyć się i całko-. wicie zatracić w bezmiarze tego wszystkiego. Morze było ! spokojne i zdawało się, że może pozostać takim na zawsze. To prawda, że już nie było widać Sorve. Sorve zniknęła. Co z tego? Sorve już nie miała znaczenia.
Szedł po pokładzie, smakując siłę wiatru, który uderzał go w plecy, podmuchu popychającego równomiernie statek, z każdą minutą unoszącego ich coraz dalej od wszystkiego, co kiedykolwiek znali.
Przy fokmaszcie stał ojciec Quillan. Miał na sobie ciemnoszarą szatę z jakiejś niezwykle lekkiej tkaniny, przewiewną i lekką, coś, co musiał przywieźć ze sobą z innego świata. Na Hydros nie było takich tkanin.
Lawler zatrzymał się przy nim. Quillan szerokim gestem wskazał na morze. Wyglądało jak ogromny, błękitny klejnot, migoczący dzikim blaskiem, a jego wielka, szklana krzywa i rozpościerała się na wszystkie strony, jakby cała planeta była jedną lśniącą, wypolerowaną kulą.
Читать дальше