Kiedy zeszli ze statku, Tharp nadchodził już od strony stoczni i spotkał ich na brzegu. Lawler ujrzał zaszokowaną i czerwoną twarz małego radiooperatora i zrozumiał, jaka była odpowiedź z Salimil.
— A więc? — zapytał mimo to Delagard.
— Odrzucili nas. Pięć przeciw przy czterech za. Powiedzieli, że mają za mało wody. Dlatego, że lato było suche. Jednak zgodzili się wziąć sześciu ludzi.
— Dranie. No cóż, pieprzyć ich.
— To co mamy im powiedzieć? — zapytał Tharp.
— Proszę nic im nie mówić. Nie będę tracił czasu. Nie poślemy im sześciu osób. Gdziekolwiek popłyniemy, to albo wszyscy, albo nikt. — Spojrzał na Lawlera.
— Co dalej? — Zapytał Lawler. — Shaktan? Kaggeram? — Nazwy wysp z łatwością wypływały na jego usta. Nie miał jednak pojęcia, gdzie się znajdowały ani jak wyglądały.
— Sprzedadzą nam te same brednie — odpowiedział Delagard.
— Mimo wszystko spróbowałbym Kaggeram — powiedział Tharp. — Pamiętam, że są tam dość porządni ludzie. Byłem tam jakieś dziesięć lat temu, kiedy…
— Pieprzyć Kaggeram — powiedział Delagard. — Tam też mają jedną z tych rad. Potrzebują tygodnia, aby przedyskutować sprawę, potem zebranie publiczne i głosowanie, no i cała reszta. Nie mamy tyle czasu. — Delagard pogrążył się w myślach. Mógł być o świat dalej. Wyglądał na kogoś, kto jest całkowicie pochłonięty jakimiś bardzo skomplikowanymi obliczeniami. Jego oczy były na pół przymknięte, a grube czarne brwi ściągnięte razem. Otaczała go ciężka skorupa ciszy. — Grayvard — powiedział w końcu.
— Przecież od Grayvard dzieli nas osiem tygodni drogi — powiedział Lawler.
— Grayvard? — Tharp wyglądał na zaskoczonego. — Chce pan, abym połączył się z Grayvard?
— Nie pan. Ja. Sam porozmawiam, prosto ze statku. — Delagard zamilkł na chwilę. Znów wydawało się, że jest bardzo daleko, jakby podsumowywał w pamięci słupki. Potem kiwnął głową, zadowolony z wyniku, i powiedział: — Mam kuzynów na Grayvard. Na litość boską, wiem, jak handlować z moimi własnymi kuzynami. Co im zaproponować. Przyjmą nas. Może pan być tego diabelnie pewien. Nie będzie żadnego problemu. Płyniemy na Grayvard!
Lawler stał przyglądając się, jak Delagard kroczył z powrotem w kierunku statku.
Grayvard? Grayvard?
Nie wiedział o niej prawie nic: najbardziej odległa wyspa archipelagu, do którego należała Sorve, wyspa, która przebywała równie długo na pobliskim Morzu Czerwonym, co na Morzu Ojczystym. Była tak odległa, jak tylko mogła być wyspa, zachowując równocześnie jakiś rodzaj rzeczywistego związku z Sorve.
W szkole uczono Lawlera, że na około czterdziestu wyspach Hydros znajdują się ludzkie osady. Być może oficjalna ich liczba wzrosła obecnie do pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu, nie wiedział. Rzeczywista ich liczba była prawdopodobnie znacznie wyższa, dlatego że wszyscy żyli w cieniu masakry na Shalikomo, która miała miejsce w trzeciej generacji, i zawsze, ilekroć populacja wyspy zaczynała nadmiernie rosnąć, dziesięć lub dwadzieścia osób opuszczało ją, aby szukać nowego życia gdzie indziej. Osadnicy, którzy przenosili się na nowe wyspy, nie zawsze posiadali odpowiednie środki, aby nawiązać kontakt radiowy z resztą Hydros. Tak więc łatwo było stracić rachubę. Powiedzmy osiemdziesiąt wysp zamieszkałych przez ludzi, jak dotąd, czy nawet sto. Rozrzuconych po całej planecie, uważanej za większą od Ziemi. Komunikacja między wyspami spoza najbliższej, niewielkiej grupy była sporadyczna i trudna. Luźne związki między wyspami tworzyły się i rozpadały, podczas gdy wyspy podróżowały wokół świata.
Jeden raz, dawno temu, ludzie próbowali zbudować własną wyspę, aby nie musieli żyć cały czas pod okiem swych sąsiadów Skrzelowców. Odkryli sposób jej budowy i zaczęli pleść włókna, zanim jednak posunęli się w pracach, wyspa została zaatakowana przez ogromne stwory morskie i zniszczona. Dziesiątki ludzi straciło życie. Wszyscy przypuszczali, że potwory zostały nasłane przez Skrzelowców, którym z pewnością nie podobał się pomysł zbudowania przez ludzi własnego, niezależnego terytorium. Nikt więcej nie podjął takiej próby.
Grayvard, pomyślał Lawler. Ciekawe.
Jedna wyspa jest równie dobra jak inne — powiedział sobie. Potrafi jakoś przystosować się, gdziekolwiek wylądują. Tylko czy rzeczywiście zostaną przyjęci na Grayvard? Czy w ogóle będą w stanie ją znaleźć, gdzieś tam między Morzem Ojczystym i Czerwonym? Co, u diabła? Niech martwi się o to Delagard. Co go to obchodzi? To wszystko było poza nim.
Głos Gharkida, cienki, piskliwy i ochrypły, dogonił Lawlera, gdy wolno wracał do swojej chaty.
— Doktorze? Panie doktorze?
Ciężko obładowany, zataczał się pod ciężarem dwóch ogromnych, ociekających koszy wypakowanych glonami, które niósł na nosidłach.
Lawler zatrzymał się i poczekał na niego. Gharkid podszedł do niego chwiejnym krokiem, pozwalając, by kosze ześliznęły się z jego ramion dosłownie u stóp Lawlera.
Gharkid był drobnym, żylastym mężczyzną, o tyle niższym od Lawlera, że musiał mocno odchylać głowę do tyłu, aby móc spojrzeć prosto na lekarza. Uśmiechnął się, ukazując lśniąco białe zęby na tle śniadej zasłony twarzy. Było w nim coś szczerego i pociągającego. Jednakże dziecięca prostota, którą emanował ten człowiek, radosna wieśniacza niewinność, mogła być czasami nieco drażniąca.
— Cóż to jest? — zapytał Lawler, spoglądając w dół na plątaninę wodorostów wysypujących się z koszy, zielonych, czerwonych i żółtych, upstrzonych smugami krzykliwych fioletowych żyłek.
— Dla pana, panie doktorze. Leki. Na wyjazd, do zabrania.
Gharkid uśmiechnął się szeroko. Wydawał się zadowolony z siebie.
Lawler, klęcząc, grzebał w ociekającej wodą bezładnej masie. Umiał rozpoznać niektóre z wodorostów. Ten niebieskawy to środek przeciwbólowy, a ten z ciemnymi, poprzecznymi, podłużnymi liśćmi dostarczał lepszego z dwóch środków antyseptycznych, ten tutaj natomiast — tak, to uśmierzycha. Bezsprzecznie uśmierzycha. Dobry, stary Gharkid. Lawler podniósł oczy, a gdy jego wzrok napotkał spojrzenie Gharkida, przez moment ujrzał błysk czegoś niezupełnie dziecinnego i naiwnego w jego ciemnych oczach.
— Do zabrania z nami na statek — powtórzył Gharkid, jak gdyby Lawler nie zrozumiał za pierwszym razem. — Te są dobre, na lekarstwa. Myślałem, że pan je zechce, trochę więcej.
— Bardzo dobrze pan zrobił — powiedział Lawler. — Proszę, zanieśmy je do mojej chaty.
To był duży połów. Mężczyzna zgromadził po trosze wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość medyczną. Lawler odkładał tę wyprawę i odkładał, aż w końcu Gharkid po prostu wyprawił się do zatoki i zebrał całą farmakopeę. Naprawdę dobra robota, pomyślał Lawler. Szczególnie uśmierzycha. Do wyjścia w morze zostało wystarczająco dużo czasu, aby przetworzyć całość, oczyścić i zamienić na proszki i balsamy, maści i nalewki. A potem statek będzie dobrze wyposażony w środki lecznicze na długi kurs na Grayvard. Ten Gharkid znał się na swoich glonach, to fakt. Jeszcze raz Lawler pomyślał o tym, czy rzeczywiście Gharkid był takim prostakiem, na jakiego wyglądał, czy też była to jedynie jakaś swego rodzaju postawa obronna. Gharkid wydawał się często duszą bez wyrazu, jak tabula rasa, na której każdy mógł zapisać wszystko, co tylko chciał. Musiał mieć w sobie coś więcej, gdzieś wewnątrz. Ale gdzie?
…Ostatnie dni przed rejsem były złymi dniami. Każdy rozumiał konieczność odejścia, ale nie każdy wierzył, że naprawdę do tego dojdzie, a teraz rzeczywistość nadchodziła ze straszliwą siłą. Lawler widział, jak stare kobiety gromadziły przed chatami sterty swego dobytku, przyglądały się im pustym wzrokiem, przekładały je, wnosząc do środka jedne, a wynosząc inne przedmioty. Niektóre kobiety i kilku mężczyzn popłakiwało cały czas, jedni z cicha, inni wcale nie tak cicho. Odgłosy histerycznego łkania słychać było przez całą noc. Lawler pomagał w najcięższych przypadkach, podając „nalewkę z uśmierzychy.
Читать дальше