— Prawda. Brandy! Brandy! — wrzasnął Struvin. Lis podała mu piersiówkę. Struvin oglądał ją przez chwilę z grymasem na twarzy.
— To brandy z Sorve. Zachowajmy ją na czas, kiedy będziemy naprawdę w potrzebie. Podaj, proszę, tę z Khuviar. Brandy z Sorve to szczyny.
Lis wyjęła z szafki inną butelkę, długą i obłą, o matowym połysku. Struvin przejechał dłonią wzdłuż jej boku i zaśmiał się z uznaniem.
— Khuviar, tak! Na tej wyspie naprawdę znają się na brandy. I na winie. Czy ktoś z was był tam kiedy? Nie, nie, widzę, że nikt. Oni tam piją na okrągło. Najszczęśliwsi ludzie na tej planecie.
— Ja byłem tam raz — powiedział Kinverson. — Bez przerwy byli pijani. Nic nie robili, tylko pili i wymiotowali, a potem znowu pili.
— Ale co pili — z zachwytem westchnął Struvin. — Och, co oni pili!
— W jaki sposób udaje im się cokolwiek zrobić — spytał Lawler — jeśli nigdy nie trzeźwieją? Kto zajmuje się łowieniem? Kto naprawia sieci?
— Nikt — odrzekł Struvin. — To nieszczęsne i plugawe miejsce. Trzeźwieją na tak długo, ile potrzeba, aby zejść do zatoki i znaleźć wiązkę winnego wodorostu, który potem przetwarzają na wino lub brandy i piją dalej. Nie uwierzylibyście, że można tak żyć. Ubierają się w łachmany. Mieszkają w szałasach z wodorostów jak Skrzelowcy. W zbiorniku mają słonawą wodę. To paskudne miejsce. Tylko kto powiedział, że wszystkie wyspy muszą być jednakowe? Każda jest inna. Jedna niepodobna do drugiej. I tak, według mnie, powinno być; każda wyspa jest sobą i żadnym innym miejscem. A na Khuviar umieją pić. Proszę, Tharp. Mówiłeś, że chce ci się pić? Spróbuj mojej doskonałej brandy z Khuviar. Ja stawiam. Poczęstuj się.
— Nie lubię brandy — powiedział Tharp ponuro. — Diabelnie dobrze o tym wiesz, Gospo. A poza tym brandy tylko zwiększy pragnienie. Wysusza błony śluzowe ust. Prawda, doktorze? Pan powinien zdawać sobie z tego sprawę. — Wypuścił powietrze w westchnieniu gwałtownym jak eksplozja. — Do cholery, dajcie mi tę surową rybę!
Lawler podsunął mu tacę. Tharp nadział plasterek na swój widelec, przyjrzał mu się przez chwilę, jak gdyby nigdy przedtem nie widział kawałka surowej ryby, i w końcu odgryzł próbny kęs. Obrócił go w ustach kilka razy, połknął, podumał. Potem odgryzł następny kęs.
— Hej — powiedział. — To jest niezłe. Całkiem niezłe.
— Dupek — powtórzył Kinverson. Uśmiechnął się jednak przy tym.
Po posiłku wszyscy wyszli na pokład na zmianę wachty. Henders, Golghoz i Delagard, którzy trudzili się przy takielunku, zeszli na dół, a Martello, Pilya Braun i Kinverson zajęli ich miejsca.
Jaskrawy blask Krzyża przecinał niebo na ćwiartki. Morze było tak spokojne, że jego odbicie stanowiło schludną linię chłodnego, białego ognia leżącego na wodzie, rozciągającego się w nieskończoność, w której rozmazywało się i ginęło. Lawler stał przy burcie i patrzył w tył, w stronę miękkich migoczących świateł, znaczących obecność pozostałych pięciu okrętów, sunących za nimi w klinowatym szyku. Tutaj była Sorve, wprost na wodzie; cała, niewielka społeczność wyspy upakowana na tych statkach — Thalheimowie i Tanamindowie, Katzinowie i Yanezowie, Sweynerowie i Sawtelle'owie oraz cała reszta, znane nazwiska, stare, bardzo stare nazwiska. Po zmroku, co noc, na każdym okręcie mocowano światła wzdłuż nadburcia, długie, tlące się pochodnie z suszonych glonów, które płonęły dymiącym, pomarańczowym ogniem. Delagard fanatycznie wprost obstawał przy tym, aby flota trzymała się zawsze razem, nigdy nie łamiąc szyku. Każdy okręt posiadał własny radioodbiornik i utrzymywano stały kontakt przez całą noc na wypadek, gdyby któryś z nich zabłądził.
— Nadchodzi bryza! — krzyknął ktoś. — Popuścić forsztag!
Lawler podziwiał sztukę manewrowania żaglami dla złapania wiatru. Żałował, że nie wie więcej na ten temat. Żeglowanie jawiło mu się jako magia, arkana oszałamiającego misterium. Na statkach Delagarda, znacznie większych od małych skifów, których wyspiarze używali w zatoce i do krótkich rejsów tuż przy jej ujściu, każdy z dwóch masztów był wyposażony w wielki, trójkątny żagiel, wykonany z ciasno splecionych bambusowych włókien, nad którym znajdował się mniejszy, czworokątny, przymocowany do rei. Kolejny, mały, trójkątny żagiel był rozpięty między masztami. Główne żagle przywiązywano do ciężkich, drewnianych bomów; na miejscu utrzymywał je system lin, połączonych nanizanymi na nie kulkami i zębatymi zaciskami, a manipulowano nimi za pomocą fałów przewleczonych przez bloki i talie.
W normalnych warunkach do obsługi żagli potrzeba było trzech osób, z czwartą stojącą przy sterze i wydającą l komendy. Drużyna Martello-Kinverson-Braun pracowała pod komendą Gospo Struvina, a gdy na pokładzie była druga zmiana, Neyana Golghoz, Dann Henders i sam Delagard zajmowali się żaglami, a Onyos Felk, nawigator i kartograf, zajmował miejsce Struvina w sterówce. Sundira Thane pracowała jako pomocnik na zmianie Struvina, a Lis Niklaus na zmianie Felka. Lawler przystawał z boku, j przyglądając się, jak biegali w kółko wykrzykując polecenia w rodzaju „Popraw brasy!” i „Owiń za pokładnicą!” lub „Na nawietrzną! Na nawietrzną!” Wciąż od nowa, wra2 ze zmianami wiatrów, opuszczali żagle, obracali je i ponownie stawiali w innych pozycjach. W jakiś sposób, niezależnie od kierunku wiatru, udawało im się utrzymywać stały kurs statku.
Jedynymi, którzy nigdy nie brali w tym udziału byli Dag Tharp, ojciec Quillan, Natim Gharkid i Lawler. Tharp był zbyt lekki i wątły, żeby był z niego wielki pożytek przy linach, a poza tym większość czasu spędzał pod pokładem obsługując sprzęt radiowy, który zapewniał kontakt między okrętami floty. Ojciec Quillan został ogólnie uznany za zwolnionego z wszelkiej pracy pokładowej; odpowiedzialność Gharkida ograniczała się do robót kuchennych oraz łowienia włókiem dryfujących glonów; a Lawler, chociaż miał ochotę pomóc przy takielunku, krępował się prosić o to, by go nauczono tej sztuki, i trzymał się na uboczu czekając na zaproszenie, którego wciąż nie otrzymywał.
Gdy tak stał przy nadburciu, obserwując pracującą załogę, coś przyfrunęło z ciemnego morza i uderzyło go w twarz. Lawler poczuł kłujące uderzenie w policzek, bolesne, piekące pacnięcie, jakby szorstkie łuski otarły się o skórę. Wokół rozszedł się intensywny, nieprzyjemnie kwaśny zapach morza, przechodzący w bolesną gorycz. Coś z głuchym łoskotem upadło na pokład.
Spojrzał w dół. Skrzydlate stworzenie długości jego dłoni tłukło się bezładnie po pokładzie. W pierwszej chwili Lawler myślał, że to air-skimmer, lecz air-skimmer to pełne wdzięku, eleganckie stworzenia tęczowej barwy, o wymuskanych, opływowych liniach dla uzyskania maksymalnego efektu aerodynamicznego, a ponadto nigdy nie unosiły się W powietrze po zmroku. Ten mały, nocny stwór przypominał raczej skrzydlatego robaka, bladego, wiotkiego i brzydkiego, o małych, czarnych, paciorkowatych oczkach i krótkiej, sztywnej, czerwonej szczecinie turkoczącej na grzbiecie. To właśnie ta szczecina podrapała Lawlera, gdy stworek uderzył w niego.
Pomarszczone skrzydła o ostrych kątach, wyrastające z boków stworzenia poruszały się nieprzyjemnie pulsującym ruchem, coraz wolniej i wolniej. Miotając się po pokładzie pozostawiało wilgotny ślad czarnawego śluzu. Choć było wstrętne, wydawało się nieszkodliwe, budziło litość umierając tak na pokładzie.
Sama jego brzydota fascynowała Lawlera. Ukląkł, aby bliżej mu się przyjrzeć, lecz w tym momencie Delagard, zszedłszy właśnie z rei, podszedł i podważył ciało stwora koniuszkiem buta. Jednym, zwinnym kopnięciem przerzucił je długim łukiem przez nadburcie prosto do wody.
Читать дальше