Lawlera uderzyło to, że nie mógł sobie przypomnieć, jak to było, kiedy kochał się z matką Pilyi, Anyą, dwadzieścia lat temu. Pamiętał sam fakt. Cała reszta, dźwięki, jakie wydawała Anya, sposób, w jaki się poruszała, kształt jej piersi — zniknęły. Odeszły tak jak Ziemia, te dźwięki. Jakby nigdy nic się między nimi nie wydarzyło. Anya miała takie same złote włosy i ciemną, gładką skórę jak Pilya, przypomniał sobie. Jednak wydawało mu się, że oczy miała niebieskie. Lawler był wtedy nieszczęśliwy, krwawił z tysiąca ran po odejściu Mireyli, a Anya pojawiła się i zaoferowała mu odrobinę pocieszenia. Jaka matka, taka córka. Czy matki i córki kochają się w taki sam sposób, nieświadomie wiedzione siłą genów? Czy Pilya w jego ramionach zniknęłaby i przeistoczyła się w swoją matkę? Gdyby objął Pilyę, czy odnalazłby utracone wspomnienia Anyi? Lawler myślał o tym, zastanawiając się czy warto przeprowadzić taki eksperyment, aby się przekonać. Nie, zdecydował. Nie. Nie.
— Bada pan kwiaty wodne, doktorze? — powiedział ojciec 0uil!an, stając obok.
Lawler rozejrzał się. Quillan miał dziwny sposób zbliżania się: jakby materializował się z powietrza. Jakby był zrobiony z ektoplazmy i przesuwał się po szynie, pozornie nie poruszając nogami, a potem znajdował się tuż obok, migocząc metafizycznym niepokojem.
— Kwiaty wodne? — spytał w roztargnieniu Lawler, lekko ubawiony tym, że zaskoczono go w trakcie takich lubieżnych rozważań. — Ach, tam. Tak, widzę.
Jak mógłby nie zauważyć? Tego jasnego słonecznego 'i poranka kwiaty wodne balansowały jak rozsiane na całym łonie oceanu. Miały proste, mięsiste łodygi, wysokie na prawie metr i jaskrawe zaradnie wielkości pięści, wesołej, żywo czerwonej barwy, o żółtych płatkach w zielone paski i dziwnie nabrzmiałych, czarnych pęcherzykach powietrznych poniżej. Te pęcherzyki wisiały tuż pod powierzchnią wody, utrzymując w ten sposób kwiat na powierzchni. Nawet uderzone przez wysoką Falę, rośliny natychmiast wracały do pionu jak niestrudzone wańki-wstańki, które można przewracać raz po raz i zawsze stają na nogi.
— Cud regeneracji — powiedział Quillan.
— Lekcja dla nas wszystkich, tak — powiedział Lawler, nagle zainspirowany do wygłoszenia kazania. — Musimy zawsze starać sieje naśladować. W tym życiu jesteśmy bici raz po raz i za każdym razem musimy się podnieść. Kwiaty wodne powinny być naszym wzorem: niewrażliwe na ciosy, całkowicie odporne, zdolne przetrwać wszystkie uderzenia. W rzeczywistości jednak nie jesteśmy tak sprężyści jak one, prawda ojcze?
— Powiedziałbym, że ty jesteś, doktorze.
— Jestem?
— Czy wiesz, że ludzie darzą cię głębokim szacunkiem? Wszyscy, z którymi rozmawiałem, wysoko oceniają twoją cierpliwość, wytrwałość, mądrość i siłę charakteru. Szczególnie siłę charakteru. Mówią, że jesteś najsilniejszym, najtrwalszym i najbardziej elastycznym człowiekiem w społeczności.
Zabrzmiało to zupełnie tak jak opis kogoś innego, kogoś o wiele mniej kruchego i sztywnego niż Valben Lawler. Lawler zachichotał.
— Przypuszczam, że mogę tak wyglądać w oczach innych. Jakże bardzo się mylą.
— Zawsze wierzyłem, że jest się takim, jakim widzą cię inni — rzekł duchowny. — To, co sam myślisz o sobie, jest całkowicie błędne i nieistotne. Tylko inni mogą dokładnie ocenić twoją prawdziwą wartość.
Lawler obrzucił go zdumionym spojrzeniem. Długa, surowa twarz księdza była całkowicie poważna.
— Czy pan w to wierzy? — zapytał Lawler. Zauważył, że w jego głosie pojawiła się nutka irytacji. — Dawno już nie słyszałem czegoś tak szalonego. Ale nie, nie, to tylko gra, prawda? Pan lubi takie gry.
Duchowny nie odpowiedział. Zamilkli obaj, stojąc jeden przy drugim w chłodnym, porannym słońcu. Lawler spoglądał w pustkę rozpościerającą się przed nimi. Straciła ostrość i stała się wielką plamą rozhuśtanych kolorów, chaotycznym baletem wodnych kwiatów. Potem, po kilku chwilach, przyjrzał się baczniej temu, co się tam działo.
— Sądzę, że nawet kwiaty wodne nie są tak całkowicie odporne, no nie? — powiedział, wyciągając rękę w stronę wody. W najbardziej odległej części pola kwiatów widać było teraz pysk jakiejś ogromnej, zanurzonej kreatury, który poruszał się powoli tuż pod powierzchnią, tworząc ziejącą, czarną jaskinię, w której ginęły dziesiątkami kolorowe rośliny. — Choćbyś był nie wiem jak sprężysty, zawsze znajdzie się coś, co może cię pożreć. Czy nie tak, ojcze Quillan?
Odpowiedź porwał nagły podmuch wiatru.
Nastąpiła kolejna długa, chłodna cisza. Lawler wciąż słyszał słowa Quillana: jest się takim, jakim widzą cię inni. To, co sam myślisz o sobie, jest całkowicie błędne i nieistotne. Kompletny nonsens, prawda? Prawda? Oczywiście, że to nonsens.
l wtedy Lawler usłyszał własny głos, mówiący bez ogródek:
— Ojcze Quillan, dlaczego w ogóle postanowił pan przybyć na Hydros?
— Dlaczego?
— Tak, dlaczego. Przecież to cholernie niegościnna planeta, jeśli przypadkiem jest pan człowiekiem. Nie była stwożona dla nas i udaje się nam przeżyć tutaj jedynie w skrajnie niedogodnych warunkach, a kto raz się tu dostał, nie może powrócić. Dlaczego miałby pan skazać się na wieczną niewolę w takim świecie?
Oczy Quillana dziwnie się ożywiły. Z zapałem powiedział:
— Przybyłem tutaj, ponieważ stwierdziłem, że Hydros to nieodparcie atrakcyjne miejsce.
— To naprawdę nie jest odpowiedź.
— No cóż — głos duchownego brzmiał uszczypliwie, jakby właściciel czuł, że Lawler zmusza go do powiedzenia czegoś, czego mógłby równie dobrze nie mówić. — Ujmijmy to tak, że przyjechałem tutaj, gdzie zbierają się odpadki z całej galaktyki. To świat zamieszkały przez wyrzutków, śmieci z całego kosmosu. Tak to wygląda, prawda?
— Oczywiście, że nie.
— Wszyscy jesteście potomkami kryminalistów. Nie ma już żadnych kryminalistów w pozostałej części galaktyki. Na innych światach wszyscy są już zdrowi.
— Bardzo w to wątpię — Lawler nie mógł uwierzyć, że Quillan mówi poważnie. — Że jesteśmy potomkami kryminalistów, tak, niektórzy z nas. To nie tajemnica. A przynajmniej ludzi, których uważano za kryminalistów. Mój pra-pradziadek, na przykład, został zesłany, bo miał pecha, i to wszystko. Przypadkowo zabił człowieka. Przypuśćmy jednak, że masz rację, że jesteśmy jedynie odpadkami i potomkami kryminalistów. Dlaczego, w takim razie, chcesz mieszkać wśród nas?
Zimne, niebieskie oczy duchownego rozbłysły.
— Czy to nie jest oczywiste? Tutaj jest moje miejsce.
— Po to, abyś mógł realizować tutaj swoje święte posłanie, prowadzić nas do łaski?
— Bynajmniej. Przybyłem tutaj, aby realizować moje własne cele, a nie wasze.
— Aha. Tak więc przywiódł cię tutaj czysty masochizm, jakaś potrzeba samoukarama. Czy tak, ojcze Quillan?
Quillan milczał. Lecz Lawler wiedział, wiedział na pewno, że ma rację.
— Samoukaranie za co? Za zbrodnię? Przed chwilą powiedziałeś mi, że nie ma już zbrodniarzy. Moje zbrodnie to zbrodnie przeciw Bogu. Co zasadniczo czyni mnie jednym z was. Wyrzutkiem, wygnańcem z powodu wrodzonych wad charakteru.
— Zbrodnie przeciw Bogu — rzekł w zadumie Lawler. Bóg był dla niego pojęciem równie tajemniczym i odległym jak małpy i dżungle, turnie i kozy. — Co za zbrodnie mogłeś popełnić przeciw Bogu? Jeśli jest On wszechmocny z założenia, jest też niewrażliwy na ciosy, a jeśli nie jest wszechmocny, to jak może być Bogiem? Ponadto, nie dalej Jak przed tygodniem lub dwoma powiedziałeś mi, że nie wiesz nawet, czy wierzysz w Boga, czy nie.
Читать дальше