Brian Aldiss - Wiosna Helikonii
Здесь есть возможность читать онлайн «Brian Aldiss - Wiosna Helikonii» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1989, ISBN: 1989, Издательство: Iskry, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Wiosna Helikonii
- Автор:
- Издательство:Iskry
- Жанр:
- Год:1989
- Город:Warszawa
- ISBN:83-207-1204-1
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Wiosna Helikonii: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wiosna Helikonii»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Wiosna Helikonii — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wiosna Helikonii», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Przycisnąwszy dłonie do uszu Laintal Ay leżał brzuchem w ziemi, z przerażeniem zerkając do góry. Radżababy pękały w wierzchołkach, trzaskały i rozszczepiały się jak eksplodujące beczki, sypiące klepkami. Zeszłej jesieni wielkiego roku Helikonii powciągały swoje ogromne, pełne owoców konary do wnętrza pni, żywiczną czapą zamykając wierzchołki do czasu wiosennego zrównania. Przez zimowe stulecia wewnętrzne pompy ciepła, zasysające war z głębinowej skały za pośrednictwem systemu korzeniowego, sposobiły grunt pod ten potężny wybuch. Drzewo nad Laintalem Ayem rozpękło się z wściekłym trzaskiem. Oglądał wysiew nasion. Niektóre wzlatywały pionowo w górę, większość śmigała we wszystkich kierunkach. Siła wyrzutu niosła czarne pociski na pół mili. Wszędzie kotłowała, się para. Kiedy zapadła cisza, z wierzchołków jedenastu radżabab pozostały drzazgi. Sczerniała otulina odpadła płatami, a ze środka wychynęły smuklejsze białawe korony, zwieńczone zielonymi kapeluszami. Owe zielone kapelusze miały się rozrastać, aż złożony z samych gładkich pni zagajnik rozepnie nad sobą połyskliwy baldachim listowia dla osłony korzeni przed bardziej bezlitosnymi słońcami, jakie będą prażyć w nie nadeszłych jeszcze dniach, gdy Helikonia przysunie się blisko Freyra, za blisko, jak na wymagania człowieka, zwierzęcia czy rośliny. Obojętne wobec wszystkiego, co żyło bądź umierało w ich cieniu, radżababy strzegły swojej własnej formy życia. Stanowiły część szaty roślinnej nowego świata, tego, który narodzi się z wpłynięciem Freyra na chmurne niebiosa Helikonii. Pospołu z nowymi zwierzętami radżababy stawały w szranki ekologicznej rywalizacji z gatunkami starego świata, kiedy to samotnie królowała Bataliksa. Gwiazda podwójna rodziła podwójną przyrodę.
Cętkowane nasiona czarnej barwy do złudzenia przypominały z kształtu kamienie wielkości głowy ludzkiej. Niektóre przeżyją i w ciągu najbliższych sześciuset tysięcy dni staną się dorosłymi drzewami. Laintal Ay kopnął jedno niedbale i poszedł zobaczyć, jak się ma zwiadowca. Był ranny, przeszyty ostrym grotem fagorzej włóczni. Skitosherill z Laintalem Ayem pomogli mu dowlec się do miejsca, gdzie siedzieli Aoz Roon ze służącą. Ze zwiadowcą było źle, krwawił obficie. Kucnęli przy nim bezradnie, patrząc, jak życie wycieka z jego łoni. Skitosherill rozpoczął skomplikowany obrządek religijny, na co Laintal Ay poderwał się ze złością.
— Musimy jak najszybciej dotrzeć do Embruddocku, nie rozumiesz? Zostaw tu zwłoki. Zostaw kobietę przy żonie. Śpiesz ze mną i Aozem Roonem. Czas ucieka.
Skitosherill wskazał martwego zwiadowcę.
— Jestem mu to winien. Stracę trochę czasu, ale muszę postępować zgodnie z nakazami wiary.
— Fugasy mogą wrócić. Nie tak łatwo się strachają, a nie bardzo możemy liczyć na, podobny uśmiech losu po raz drugi.
— Dobrze się spisałeś, barbarzyńco. Ruszaj, i obyśmy się jeszcze spotkali.
Laintal Ay przystanął i obejrzał się na odchodne.
— Bardzo mi przykro z powodu twojej żony. Aoz Roon przytomnie nie wypuścił cugli dwóch jajaków, kiedy wybuchły radżababy. Pozostałe zwierzęta uciekły w panicznym galopie.
— Usiedzisz w siodle?
— Tak, usiedzę. Pomóż mi, Laintalu Ayu. Dojdę do siebie. Poznać mowę rodzaju fagorzego to inaczej widzieć świat. Dojdę do siebie.
— Wsiadaj i w drogę. Boję się, że nie zdążymy ostrzec Embruddocku na czas.
Ruszywszy z kopyta zostawili za sobą zagajnik, w którego cieniu szary Sibornalczyk klęczał pogrążony w modlitwie.
Dwa jajaki szły wytrwale ze zwieszonymi nisko łbami, patrząc obojętnie przed siebie. Do gubionego przez nie łajna złaziły się spod ziemi żuki i wtaczały owe skarby do swoich piwnic, mimowolnie siejąc przyszłe knieje. Widoczność ograniczały wzniesienia następujące jedno po drugim.
Jak fale. Tutaj, w tym pejzażu, sterczało więcej kamiennych kolumn sprzed stuleci, ze znakiem koła zatartym przez erozję lub wilgotne porosty. Laintal Ay pośpieszał przodem czujnie przepatrując drogę, co i rusz ponaglając Aoza Roona. Nizina roiła się od band wędrowców zmierzających we wszystkich kierunkach, lecz trzymał się od nich jak najdalej. Mijali też obrane z mięsa trupy, niektóre jeszcze w strzępach odzieży; spasione ptaszyska poobsiadały te pomniki życia, a raz wypatrzyli przemykającego szablozora. Zimny front doganiał ich chmurami od północy i wschodu. Na pozostałym kawałku czystego nieba Freyr z Bataliksą wisiały sklejone ze sobą tarczami. Jajaki przeszły teren Rybiego Jeziora, gdzie dla upamiętnienia cudu Shay Tal wiele zim temu wzniesiono kopiec w nieistniejącej toni; pokonywały jedno z uciążliwych wzniesień, gdy zerwał się wiatr. Świat mroczniał coraz bardziej. Laintal Ay zsiadł i stanął przy jajaku, gładząc zwierzę po chrapach. Aoz Roon przygnębiony tkwił w siodle. Zaczynało się zaćmienie. Raz jeszcze, dokładnie tak, jak przepowiedziała Vry, wycinała Bataliksą gryz fagorzy ze świecącej obręczy Freyra. Powolny i nieubłagany proces miał doprowadzić do całkowitego zniknięcia Freyra na pięć i półgodziny. Parę mil od nich młody kzahhn odbierał swój upragniony znak.
Słońca pożerały własną światłość. Przeraźliwy strach ogarnął Laintala Aya, zmroził mu łon. Na dziennym niebie zapaliły się gwiazdy. Laintal Ay zamknął oczy i przylgnął dojajaka, kryjąc twarz w rdzawej sierści. Opadło go dwadzieścia ślepot i z duszą na ramieniu żądał od Wutry zwycięstwa w niebiosach. Lecz Aoz Roon podniósł oczy na niebo i ze zgrozą łagodzącą jego ostre rysy, zawołał:
— Teraz umrze Hrrm-Bhhrd Ydohk!
Zdało się, że czas stanął. Z wolna jaśniejsze światło gasło za słabszym. Dzień nabrał trupiej szarości. Laintal Ay otrząsnął się z przerażenia i chwyciwszy Aoza Roona za kościste ramiona utkwił spojrzenie w tym znanym sobie, choć odmienionym obliczu.
— Coś powiedział do mnie przed chwilą?
Aoz Roon wybełkotał nieprzytomnie:
— Dojdę do siebie, znów będę sobą.
— Pytałem, coś powiedział.
— Tak… Wiesz, że ich smród, ów mleczny odór przesyca wszystko. Z ich mową jest tak samo. Wszystko odmienia. Spędziłem z Yhammem-Whrrmarem pół śródpowietrznego kanonu na rozmowach. O wielu sprawach. Sprawach niepojętych dla mej olonetojęzycznej świadomości.
— Mniejsza o to. Coś ty powiedział o Embruddocku?
— Coś, o czym Yhamm-Whrrmar wiedział, że nastąpi tak nieuchronnie, jakby to była przeszłość, nie przyszłość: że fagory zetrą Embruddock z powierzchni ziemi…
— Muszę jechać. Jedź ze mną, jeśli chcesz. Muszę wrócić i ostrzec wszystkich… Oyre… Dathkę…
Aoz Roon złapał go za ramię z nadspodziewaną siłą.
— Zaczekaj, Laintalu Ayu. Chwila, a dojdę do siebie. Miałem gorączkę kości. Straciłem przytomność. Mróz przeszył moje serce.
— Nigdy nie znajdowałeś usprawiedliwienia dla innych. Teraz szukasz usprawiedliwienia dla siebie.
Cień dawnego Aoza Roona pojawił się w twarzy starszego mężczyzny, kiedy mierzył wzrokiem Laintala Aya.
— Wyrosłeś na porządnego człowieka, spod mojej ręki, byłem twoim lordem. Posłuchaj. O tym, co teraz mówię… o tym wszystkim nigdy nie myślałem, dopiero podczas pobytu na wyspie przez pół śródpowietrznego kanonu. Pokolenia rodzą się i fruną własną drogą, po czym lądują w świecie dolnym. Tylko po to, żeby zostawić po sobie dobre wspomnienia.
— Ja będę ciebie dobrze wspominał, ale jeszcze nie umarłeś, chłopie.
— Rasa ancipitalna wie, że czas jej przeminął. Idą lepsze dni dla mężczyzn i kobiet. Słońce, kwiaty, rzeczy piękne. Kiedy ślad po nas zaginie. Dopóty zrąb Hrl-Ichor Yhar nie opustoszeje.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Wiosna Helikonii»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wiosna Helikonii» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Wiosna Helikonii» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.