Brian Aldiss - Wiosna Helikonii
Здесь есть возможность читать онлайн «Brian Aldiss - Wiosna Helikonii» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1989, ISBN: 1989, Издательство: Iskry, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Wiosna Helikonii
- Автор:
- Издательство:Iskry
- Жанр:
- Год:1989
- Город:Warszawa
- ISBN:83-207-1204-1
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Wiosna Helikonii: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wiosna Helikonii»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Wiosna Helikonii — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wiosna Helikonii», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Tymczasem zbliżali się do szczytu, gorączkowo szarpiąc lejcami. Zostawili wiatr za sobą i wstąpił w nich nowy duch. Wjeżdżającym na szczyt promienie słońc zaświeciły prosto w oczy. Oba słońca bliziutko siebie, niemal sczepione w oślepiającym ogniu, przebłyskiwały między pniami olbrzymich drzew. Przez jedną krótką chwilę widzieli w złocistym kręgu roztańczone lekkostope cienie Innych, świętujących swoje tajemnice; zniknęły nagle, jakby stopiły się w tej złotej pożodze.
Wciąż ledwo zipiąc z zimna dotarli do gładkich kolumn. Pod baldachimem oparów nad głowami mieli wrażenie, że wkraczają do pałacu bogów. Potężnych drzew było ze trzydzieści. Dalej rozpościerała się otwarta równina i droga do Oldorando.
Banda fagorów ruszyła. Zastygłe nieruchomo bestie ożyły nie wiadomo kiedy. Zgodnie maszerowały od grani, na której jeszcze przed chwilą tkwiły jak martwe. Tylko jeden fagor dosiadał kaidawa. On prowadził. Kraki zamilkły.
Laintal Ay rozpaczliwie rozejrzał się za jakąś kryjówką. Były tu tylko radżababy. Z ich wnętrz dochodziło dudnienie. Z obnażonym mieczem podbiegł do miejsca, gdzie Sibornalczyk zdejmował żonę z wierzchowca.
— Musimy stanąć do walki. Jesteś gotowy? Dopadną nas za parę minut.
Skitosherill podniósł na niego wzrok pełen boleści, która naznaczyła wszystkie rysy jego twarzy. Usta miał otwarte w grymasie bólu.
— Ona ma gorączkę kości, ona umrze — rzekł.
Oczy kobiety były szkliste, ciało wykręcone skurczem. Machnąwszy na niego ręką Laintal Ay zawołał do zwiadowcy:
— Będzie nas dwóch. Gotuj się, nadchodzą.
Zwiadowca wyszczerzył doń zęby w łotrowskim uśmiechu i przeciągnął palcem po gardle, jakby przecinał tchawicę. Jego zawziętość udzieliła się Laintalowi Ayowi. Rzucił wściekłe spojrzenie na podnóża drzew, wypatrując nor, w których głębi zniknęli Inni, myśląc, że gdzieś tutaj w zasięgu ręki może być schronienie — schronienie i snoktruiksa, choć na pewno nie jego snoktruiksa, już nie jego. Mimo nagłej ucieczki Inni nie zostawili po sobie żadnych śladów. A więc pozostała tylko walka. Niewątpliwie muszą zginąć. Ale wyzionie ducha dopiero wówczas, gdy z ran od włóczni ancipitów wycieknie mu ostatnia kropla krwi. Ze zwiadowcą u boku wrócił na krawędź doliny, by stawić czoło wrogom, gdy tylko się pokażą. Za jego plecami narastało dudnienie w radżababach. Potężne drzewa huczały jak grzmoty, mimo że przestała z nich buchać para. Przed nim pierwsze ukośne promienie sczepionych słońc sięgnęły prawie dna doliny, oświetlając fagory w trakcie przeprawy przez katabatyczny wiatr — ich krzepkie ciała spowite w zwoje mgły, ich sztywną sierść rozwiewaną zimnym podmuchem. Zadarły głowy i na widok dwóch istot ludzkich wydały chrapliwy okrzyk. Zaczęły piąć się na górę.
Zajście to oglądali na własne oczy i ci z Ziemskiej Stacji Obserwacyjnej, i ci, którzy tysiące lat później w sandałach na stopach przybyli do wielkich audytoriów na Ziemi. Audytoria bywały teraz przepełnione jak nigdy w ostatnim stuleciu. Ludzie przybywający popatrzeć na olbrzymią elektroniczną kreację rzeczywistości nie będącej rzeczywistością przez wiele stuleci, pragnęli w głębi serc, aby istoty ludzkie, których losy śledzili, uszły cało — a pragnęli tego zawsze w czasie przyszłym, co dla homo sapiens jest” rzeczą naturalną, nawet gdy chodzi o takie jak to zajście z jakże zamierzchłej przeszłości.
Ze swego dogodniejszego punktu obserwacyjnego widzieli więcej niż zajście w radżababowym gaju — widzieli całą falistą równinę z Rybim Jeziorem, niegdysiejszą świątynią strasznego ołtarza, aż po samo Oldorando. I cały ten krajobraz roił się od postaci. Młody kzahhn gotowił się wreszcie do uderzenia na miasto, które wydarło i życie, i uwięź jego sławetnemu prabykunowi. Czekał tylko na znak. Mimo że szyk marszowy jego oddziałów przypominał szyk puszczonych samopas gromad bydła, nie zawsze zwróconych w kierunku czołowym, sama ich liczebność była straszna. Armia fagorów miała przetoczyć się przez starożytny Embruddock, a potem nieubłaganie toczyć dalej, ku południowozachodnim wybrzeżom kontynentu Kampannlat, po same wschodnie klify Oceanu Ostatniego, przeprawić się, o ile możliwe, do Hespagoratu, a stamtąd do Pagowinu, skalistej ojczyzny przodków.
Dzięki rozczłonkowaniu fagorzej krucjaty podróżni — głównie uciekinierzy — mogli nadal bez przeszkód wędrować wśród rozmaitych hord i komponentów, śpiesząc pod prąd pochodu. Na ogół owe wylęknione grupki prowadzili Madisi, wrażliwi na oktawy śródpowietrzne, omijane przez niezdarne bestie spod sztandaru Hrr-Brahla Yprta. W jednej z takich grupek widłobrody Raynil Layan popychał przed sobą zastraszonego Madisa. Przeszli tuż obok samego kzahhna, lecz ten, zastygły w bezruchu, nawet nie mrugnął okiem.
Młody kzahhn, oparty o wynędzniały bok Rukka-Ggrla, odbywał seans z przebywającymi w uwięzi ojcem i praprabykunem, raz jeszcze. w swych bladych szlejach wysłuchując ich rad i poleceń. Za kzahhnem stali generałowie, dalej jego dwie ocalałe gildy. Rzadko korzystał z gild, a właśnie zbliżała się pora, oby tylko los mu sprzyjał. Najpierw niech się wyklarują obie przyszłe oktawy zwycięstwa lub śmierci; jeśli podąży oktawą zwycięstwa, zagra muzyka rozpłodowa. Czekał bez ruchu, od czasu do czasu zapuszczając mlecz w szczeliny nozdrzy pod czarną sierścią na pysku. Znak pojawi się na niebie; oktawy śródpowietrzne skręcą się w węzeł, on zaś i ci, którzy go słuchają, ruszą spalić doszczętnie to starożytne przeklęte miasto, niegdysiejszy Hrrm-Bhhrd Ydohk.
Na drugim krańcu tego starożytnego pola bitwy, gdzie człowiek potykał się z fagorem częściej, niż wiedziały o tym obie strony, Laintal Ay i sibornalski zwiadowca czekali w gotowości, aby mieczami powitać pierwsze fagory na skraju doliny. Z tyłu narastał grzmot w radżababach. Aoz Roon ze służącą przycupnęli u podnóża jednej z nich, biernie oczekując tego, co będzie. Skitosherill, delikatnie złożywszy sztywne ciało żony na ziemi, osłonił jej twarz od oślepiających promieni podwójnego słońca, które zbliżało się już do zenitu. Po czym dobywając w biegu miecza popędził dołączyć do swych obu towarzyszy.
Wspinaczka rozerwała szereg fagorów, sprawniejsze dotarły na szczyt pierwsze. Ponad granią Laintal Ay ujrzał głowę i barki przywódcy i popędził mu na spotkanie. Swoją szansę upatrywał w potykaniu się z wrogiem jeden na jednego, ale naliczywszy co najmniej trzydziestu pięciu nieprzyjaciół, nawet nie próbował w nią uwierzyć. Ukazało się ramię fagora z włócznią. W zamachu do rzutu wygięło się pod nieprawdopodobnym dla człowieka kątem, jednak, Laintal Ay zanurkował pod grotem pozbawiając włócznię celu i z wypadem zadał pchnięcie na całą długość ramienia. Usztywnił łokieć, gdy sztych zgrzytnął na żebrach. Żółta krew chlusnęła z rany, przypominając mu starą gadkę łowców, że jelita ancipity leżą ponad płucami, o czym sam się kiedyś przekonał zdzierając z jednego skórę, aby podejść w niej kaidawa. Fagor odrzucił do tyłu podłużną, kościstą głowę, wargi ponad żółtymi zębami odwinęły mu się w śmiertelnym grymasie. Runąwszy stoczył się ze zbocza i znieruchomiał na dole, w rzedniejącej mgle. Pozostałe bestie były już jednak na szczycie, otaczając ich ze wszystkich stron. Sibornalski zwiadowca walczył mężnie, co jakiś czas wysapując przekleństwo w ojczystym języku. Laintal Ay z okrzykiem rzucił się w wir walki.
Świat eksplodował.
Huk był tak przeraźliwy, tak bliski, że walczący stanęli jak wryci. Nastąpił drugi wybuch. Czarne kamienie świsnęły w powietrzu, w większości lądując na przeciwległym zboczu doliny. Rozpętało się piekło. Reakcją każdej ze stron kierował wrodzony jej instynkt: fagory znieruchomiały, dwaj ludzie padli plackiem na ziemię. W samą porę. Zagrzmiały jednoczesne eksplozje. Czarne kamienie strzeliły we wszystkie strony, zmiatając z grani kilkanaście fagorów i rozrzucając konające ciała po stoku. Pozostałe, wykonawszy w tył zwrot, pognały w dół na łeb na szyję, staczając się, ześlizgując i zjeżdżając, byle jak najprędzej wylądować w bezpiecznej dolinie. Kraki z wrzaskiem przemknęły po niebie.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Wiosna Helikonii»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wiosna Helikonii» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Wiosna Helikonii» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.