Brian Aldiss - Wiosna Helikonii
Здесь есть возможность читать онлайн «Brian Aldiss - Wiosna Helikonii» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1989, ISBN: 1989, Издательство: Iskry, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Wiosna Helikonii
- Автор:
- Издательство:Iskry
- Жанр:
- Год:1989
- Город:Warszawa
- ISBN:83-207-1204-1
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Wiosna Helikonii: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wiosna Helikonii»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Wiosna Helikonii — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wiosna Helikonii», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Podniosły się głośniejsze pomruki niezadowolenia. Vry zapanowała nad nimi, podnosząc głos.
— Rozumiecie to? Zrozumieć jest trudniej niż podrzynać gardła, prawda? Aby w pełni zrozumieć, o czym mówię, trzeba najpierw uświadomić to sobie, a potem ogarnąć swą świadomość własną wyobraźnią, ożywić nią fakty. Rok ma czterysta osiemdziesiąt dni, rzecz wszystkim znana. Tyle czasu zajmuje naszemu Hrl-Ichor jedno okrążenie Bataliksy. Lecz Bataliksa i nasz glob mają do zrobienia jeszcze jedno okrążenie, wokół Freyra. Mam wam powiedzieć, ile ono trwa? Tysiąc osiemset dwadzieścia pięć małych lat… Wyobrażacie sobie tak wielki rok?!
Cisi byli teraz, zapatrzeni w nią, w swoją nową czarodziejkę.
— Do naszych dni niewielu potrafiło to sobie wyobrazić! Bowiem każdemu z nas pisane jest, co najwyżej czterdzieści lat życia. Czterdzieści sześć długości naszego życia składa się na jeden pełny obieg naszego globu wokół Freyra. Wiele naszych żywotów przemija bez echa, są jednak cząstką owej większej całości. Oto dlaczego taką wiedzę trudno jest ogarnąć rozumem, a łatwo utracić w godzinie nieszczęścia.
Porwała ją własna moc, upoiło własne krasomówstwo.
— A skąd to nieszczęście, skąd ta katastrofa, o której prawiła nam Shay Tal, katastrofa aż tak wielka, że z jej powodu utraciliśmy tak ważką wiedzę? Otóż stąd, że jasność Freyra waha się w zależności od pory wielkiego roku. Przeżyliśmy wiele pokoleń słabego światła, zimy, kiedy ziemia leżała martwa pod śniegiem. Jutro winniśmy się weselić w chwili zaćmienia, owej ślepoty, kiedy odległy Freyr zajdzie za Bataliksę, albowiem jest to znak, że przybliża się światło Freyra… Jutro rozpoczyna się wiosna wielkiego roku. Weselcie się! Starczy wam rozumu i wiedzy, aby się weselić. Odrzućmy poronione za sprawą niewiedzy życie i weselmy się! Idą lepsze czasy dla nas wszystkich!
Wstrzymała ich prosięnóżka. Zjeżdżali w dół napotykając kępy tej drzewiastej trawy. Kępy przeszły w zarośla. Niebawem musieli przedzierać się przez zbity gąszcz. Ściana zieleni wyrosła ponad ich głowy. Wyżej sięgały tylko drumliny, na które od czasu do czasu można było wejść, aby zorientować się w kierunku. Prosięnóżkę oplotły cienkie łodygi jeżyn, przez co pochód był i trudny, i bolesny. Idąca przodem armia fagorów przeciągnęła inną drogą. Im przyszło podążać bardziej krętymi ścieżkami zwierząt, a nie był to szlak dla jajaków. Płoszyła je ta dziwna trawa czy może jej ostra woń; rozłożyste rogi więzły w pustych wewnątrz łodygach, a ciernie na ziemi raniły wrażliwe miejsca przy kopytach. Toteż ludzie zsiedli i maszerowali, ciągnąc każdego jak zdechlaka.
— Daleko jeszcze, barbarzyńco? — zapytał Skitosherill.
— Niedaleko — odparł Laintal Ay. Była to jego stała odpowiedź na stałe pytanie.
Po nocy przespanej w lesie, wstali skoro świt w oszronionej odzieży. Laintal Ay czuł się wypoczęty, wciąż rozradowany swym lżejszym ciałem, ale spostrzegł, że inni opadają z sił. Aoz Roon był cieniem swej dawnej postaci; nocą krzyczał przez sen w jakimś obcym narzeczu.
Wyszli na podmokły grunt, gdzie prosięnóżka przerzedziła się ku ogólnej uldze. Przystanąwszy na chwilę i nabrawszy przekonania, że wszędzie panuje spokój, ruszyli dalej, płosząc stadka drobnych ptaków. Przed nimi zamajaczyła dolina wśród łagodnych wzgórz. Zamiast piąć się górą, wybrali dolinę, głównie z powodu zmęczenia, lecz już u samego wylotu uderzył w nich mroźny wicher, wyjąc jak dziki zwierz i kąsając do kości. Wkrótce opuściwszy głowy borykali się już rozpaczliwie z każdym krokiem. Wiatr niósł mgłę. Spowiła ich kłębami, tylko głowy im sterczały ponad tumanem. Laintal Ay rozumiał ten wiatr; wiedział, że warstwa mroźnego powietrza spływa jak woda z dalekich gór po lewej stronie i ze wzgórz do doliny, jak najniżej. Był to miejscowy wiatr; im szybciej wyjdą z jego-paraliżującego uścisku, tym lepiej.
Żona Skitosherilla stanęła z cichym okrzykiem i oparłszy się o jajaka osłoniła twarz rękami. Skitosherill zawrócił i troskliwie objął ją obleczonym w szarą tkaninę ramieniem. Lodowaty podmuch bił mu połą płaszcza o nogę. Niespokojnie zerknął na Laintala Aya.
— Ona nie może dalej iść — rzekł.
— Umrzemy, jeśli się tu zatrzymamy.
Przetarłszy załzawione oczy spojrzał na wprost. Zdał sobie sprawę, że za parę godzin dolina będzie ciepła i przytulna. Obecnie stanowiła śmiertelną pułapkę. Znajdowali się w cieniu. Oba słońca oświetlały z ukosa lewy stok doliny ponad ich głowami; szerokie pionowe pasma blasku kładły się pomiędzy cienie rzucane przez olbrzymie radżababy stojące na prawej krawędzi. Radżababy gotowały się już w porannych promieniach słonecznych, para buchała pod niebo, śląc roztańczone cienie. Znał tę okolicę. Poznał bardzo dobrze to ukształtowanie terenu, kiedy wszystko okrywał śnieg. Zwykle było to miłe miejsce — ostatnia przełęcz na drodze łowcy do nizin, na których skraju stało Oldorando. Zbyt przemarzł, aby dygotać, ciepło z ciała wywiewał wiatr. Nie mogli iść dalej. Żona Skitosherilla nadal wspierała się bezsilnie na boku zwierzęcia, a teraz już i służąca, zachęcona przykładem pani, uznawszy, że jej również wolno dać upust swojej niedoli, odwrócona tyłem do wichrzyska piszczała, jakby ją obdzierano ze skóry.
— Dotrzemy na górę pod radżababy — wykrzyczał Skitosherillowi do ucha.
Skitosherill kiwnął głową, nie odstępując żony, którą usiłował podsadzić na jajaka.
— Wszyscy na siodła! — zawołał Laintal Ay.
Wołając łowił już okiem błyski jak płatki bieli w powietrzu. Nad stokami wzgórz po lewej stronie, walcząc z mroźnym podmuchem od górskich szczytów, szybujące kraki to zapalały się w słońcu bielą piór, to znów gasły w szarości cieni radżabab z drugiej strony doliny. Pod ptakami sunął wąż fagorów. Wojownicy trzymali włócznie w gotowości. Na skraju doliny fagory stanęły nieruchomo jak głazy. Patrzyły w dół, na ludzi spowitych w kotłującą się mgłę.
— Szybko na drugi stok, szybko, zanim na nas ruszą! Zobaczył, że Aoz Roon wpatruje się obojętnie w bestie, nie czyniąc żadnego ruchu. Podbiegł i grzmotnął go w plecy.
— Na górę! Musimy stąd nawiewać.
Aoz Roon wypowiedział jakieś gardłowe słowa.
— Jesteś zaczarowany, chłopie, liznąłeś trochę ich przeklętej mowy i to cię rozłożyło.
Siłą wsadził przyjaciela na siodło. Zwiadowca uczynił to samo ze służącą, która łkała z przerażenia.
— Na górę do radżabab! — krzyknął Laintal Ay.
Zawracając biegiem do swego wierzchowca, przylał jeszcze klaczy Aoza Roona po kosmatym zadzie. Zwierzaki ociężale ruszyły pod górę… Mniej zwinne i wolniejsze od mustangów, mało reagowały na bicie obcasami po żebrach.
— Nie napadną nas — powiedział Skitosherill. — W razie czego damy im służącą.
— Mamy wierzchowce. Zabiją nas dla naszych wierzchowców. Do jazdy albo na żarcie. Zostań i targuj się, jeśli chcesz.
Ze zrezygnowaną miną Skitosherill pokręcił głową i wskoczył na siodło. Pierwszy wjechał na zbocze, wiodąc za sobą jajaka żony. Zwiadowca ze służącą podążali tuż za nimi. Odstawał Aoz Roon, który puściwszy wodze swojego jajaka pozwolił mu odbić od kompanii mimo nawoływań Laintala Aya, żeby trzymać się razem. Laintal Ay jechał w ogonie razem z jucznym jajakiem co chwila oglądając się na przeciwległy stok doliny. Fagory stały w miejscu. Nie wiadomo, co je wstrzymywało, ale na pewno nie mroźny wiatr; zimno było ich żywiołem. Ten bezruch niekoniecznie wyrażał intencje. Zamysły bestii zawsze stanowiły nieodgadnioną zagadkę.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Wiosna Helikonii»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wiosna Helikonii» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Wiosna Helikonii» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.