— Tak? No dobra, potrafię nieźle machać pudłem fletu — zawołała rudowłosa, wymachując nad głową opakowaniem swojego instrumentu.
— Dobrze, dobrze, zobaczymy, jak poradzisz sobie z toporem — odpowiedział Edmund i zszedł ze sceny.
Wokół Edmunda zgromadził się już tłum, więc Herzer nie uważał, by była to najlepsza chwila na zadawanie pytań. Zamiast tego razem z Morgen wrócili niespiesznie do zajmowanego przez ich grupę miejsca nad strumieniem.
— On ma rację, faktycznie jest o czym rozmawiać — stwierdziła Courtney, siadając na ziemi i opierając się plecami o stos drewna.
— Ooch! Unia Północnoamerykańska! — było wszystkim, co powiedział Cruz, potrząsając głową.
— Tak, to poważne sprawy — zgodził się Mike.
— Cóż, nie uważam, żeby słusznym było wymaganie od wszystkich, żeby potrafili się posługiwać bronią — gniewnie odezwała się Morgen. — Nie jestem zainteresowana zabijaniem ludzi. Ani nawet krzywdzeniem ich.
— A co, jeśli oni będą zainteresowani skrzywdzeniem ciebie? — cicho zapytała Shilan.
— Czemu mieli by tego chcieć? — zaatakowała Morgen. — Co im zrobiłam? Jeśli wszyscy zaczną się przygotowywać do walki, prędzej czy później do niej dojdzie!
— Ludzie nie muszą mieć powodu, żeby krzywdzić innych — rzekł Herzer. — Wystarczy, że będą tego rodzaju osobami, którym sprawia to przyjemność.
Shilan przez chwilę popatrzyła na niego dziwnie, a potem kiwnęła głową.
— Posłuchaj Herzera — poradziła.
— Rozumiem, że miałaś jakieś kłopoty po drodze? — zapytała Courtney.
— Tak — ostro odpowiedziała Shilan.
— Co się stało? — zapytała Morgen.
— Nie mam ochoty rozmawiać na ten temat — odpowiedziała Shilan. Objęła kolana ramionami, przyciągając je mocno do siebie, i zapatrzyła się w dal.
Twarz Cruza napięła się i mocno zacisnął szczęki. Potem odwrócił wzrok.
— Przykro mi, Shilan — powiedziała Morgen. — Przykro mi za to, co przytrafiło ci się po drodze. Ale i tak się nie zgadzam. Przemoc nigdy niczego nie rozwiązuje.
Herzer parsknął śmiechem, po czym bezskutecznie spróbował przekształcić to w kaszel.
— Co? — ostro spytała Morgen.
— Przepraszam… przeprasza… — powiedział, wciąż próbując się nie śmiać. — Po prostu pomyślałem sobie… Może powinnaś zapytać SI Melcona, czy przemoc cokolwiek rozwiązuje. Albo senat Kartaginy czy Dżihad Islamską.
— O czym ty mówisz? — spytała Morgen.
— Słyszałaś kiedyś o SI Melcona?
— Tak, słyszałam o niej.
— Czy jeszcze istnieje? — z uśmiechem zapytał Herzer.
— Nie. Została zniszczona w wojnach SI — odparła Morgen, wstając i opierając ręce na biodrach. — Ale to jest czterdziesty pierwszy wiek, nie trzydziesty pierwszy! Chyba już wyrośliśmy z tego i ścierania się w wojnach jak chłopcy na placu zabaw!
— Tego właśnie bronimy — powiedział Herzer. — Albo nie, co jak widać, też może się zdarzyć — dodał, patrząc na Shilan.
— On próbuje powiedzieć, że ludzie zawsze stosowali przemoc — wtrąciła się Courtney. — Zawsze istniały wojny i jak długo zostaniemy istotami ludzkimi, zawsze mogą się zdarzyć. Ostatnie tysiąc lat to złoty wiek ludzkości. I miło będzie do tego powrócić. Ale jeśli ma się to odbyć kosztem pozwolenia Paulowi na decydowanie, co jest słuszne, a co nie… Możesz próbować ograniczać się do dyplomacji, ale ta już zawiodła. Zawiodła w Sali Rady. Kiedy Paul zaatakował Sheidę.
— No cóż, mamy na to tylko jej słowo — zauważyła Morgen.
— Och, dobry Boże. — Courtney podniosła ręce w powietrze. — Herzer, ty spróbuj.
— Nie, nie zamierzam tego robić — odpowiedział chłopak. — Morgen, możesz twierdzić, że chcesz to przesiedzieć. W porządku. Ale ludzie ci na to nie pozwolą. Możesz opuścić Raven’s Mill. Jestem pewien, że są społeczności, które nie zamierzają wymagać od obywateli takich obowiązków. Możesz nawet powiedzieć, że masz silne filozoficzne obiekcje wobec przemocy i przejść szkole nie medyczne. Ale jeśli pójdziesz gdzieś indziej, do społeczności, która twierdzi, że po prostu chce być neutralna albo że „przemoc nigdy niczego nie załatwia”, prędzej czy późnej przyjdą siły Paula i przejmą kontrolę, nie pytając cię o zdanie. Albo staniesz na drodze sił Sheidy i to oni przejmą kontrolę, nie pytając cię o zdanie. Jeśli o mnie chodzi, to nie zamierzam pozwolić Paulowi Bowmanowi mówić mi, jak mam żyć. Znam historię dostatecznie dobrze, żeby zrozumieć, do czego prowadzi ta droga. I wolałbym raczej siedzieć tu na ziemi, w deszczu i jeść robaczywy chleb, niż pozwolić mu zdobyć całkowitą kontrolę nad Matką.
— Ale nie mamy jak z nim walczyć! — wykrzyknęła Morgen. — Jest członkiem Rady! Wszyscy nimi są. Niech oni walczą!
— To pat. — Herzer wzruszył ramionami. — A Bowman chce, żeby cały świat poszedł jego drogą. On po ciebie przyjdzie, Morgen. I po mnie, i Shilan. Ponieważ on uważa, że ma do tego prawo. Taka jest jego życiowa misja. Możesz stanąć po tej stronie, możesz po tamtej. Ale jeśli staniesz po środku, po prostu zostaniesz zadeptana.
— To wszystko to… paranoja. — Morgen zaczęła tupać. — Wszyscy jesteście… podżegaczami wojennymi! I niech cię piekło pochłonie, Herzerze Herricku! — Z tymi słowami odbiegła w mrok.
— Nieźle, Romeo — stwierdził Cruz, rozpierając się wygodniej. — Poderwałeś ją rano, cały dzień dobrze się bawiłeś, a wieczorem sama odchodzi. Nieźle!
Shilan zareagowała na to, uderzając go w ramię, najmocniej, jak umiała mięśniami stwardniałymi po tygodniu ciężkiej pracy. — Auuu! Jej!
— Mniej, niż zasługujesz — powiedziała Courtney.
— Ja tylko żartowałem] — poskarżył się Cruz, rozcierając ramię.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY
Po kłótni Herzer do wieczora został z resztą grupy. Przez całe popołudnie na ogniskach piekły się dwa woły i wieczornym posiłkiem był wspólny grill. Rekreacjoniści, którzy albo szybko się tu dostali i uruchomili swoje warsztaty, albo byli stałymi mieszkańcami Raven’s Mill, oferowali różne dodatkowe potrawy. Herzer po raz pierwszy spróbował kremu kukurydzianego i bigosu ze słodkiej kapusty i uznał, że są całkiem jadalne. Ale najbardziej zdumiała go niewiarygodna różnorodność. Przed Upadkiem odkrywanie czy wymyślanie nowych potraw było niemal powszechnym hobby, a mimo to panowała całkowita jednorodność. Wszystkie były upiornie pikantne, niektóre wręcz nie nadawały się do jedzenia. Jedyną różnicą zdawał się być typ dodanego kwasu, i można było wybierać między cudowną pikantnością kwasu solnego albo atakiem jądrowym fluorowego.
— Ummm. Ale to dobre — ucieszył się, wracając do polowania widelcem na kolejne grzyby.
— Masz na myśli grzyby, czy stajesz się egzystencjalistą? — zapytała Shilan.
— Zasadniczo grzyby. — Herzer nabił parę na widelec. — Ale tak naprawdę, miałem na myśli to wszystko. — Wzruszył ramionami, gdy nachyliła się i delikatnie ściągnęła ustami zawartość widelca, kiwając następnie głową. — Lepiej niż przesiadywanie w lesie.
— Nie lepiej, niż było miesiąc temu — stwierdziła ponuro.
— Tak, prawda — zgodził się Herzer, zgarniając pozostałe grzyby. Ale na jego twarzy pojawił się wyraz zamyślenia.
— Pensa za twoje myśli. — Shilan z błyskiem w oczach przechyliła głowę na bok. Zaraz jednak się roześmiała.
— Co?
— Pensa za twoje myśli — powtórzyła Shilan. — Jak stare jest to powiedzenie?
Читать дальше