— Cześć — rzuciła, odchodząc. — Nie wiem, co je ugryzło — powiedziała, kiedy się już od nich oddalili. — Normalnie są przyjazne.
Herzer objął dziewczynę na wysokości ramion i serdecznie ją uścisnął.
— Och, myślę, że ugryzł je fakt, że byłaś z facetem — wyjaśnił ostrożnie. — Co?
— Nieważne. Chodźmy poszukać jakichś moich przyjaciół. Oni przynajmniej mogą być choć trochę bardziej życzliwi.
Wędrowali przez tłum, aż Herzer wypatrzył najpierw Shilan, a potem siedzącego obok Cruza. Znaleźli sobie miejsce na skraju tłumu, opierając się o jakiś stos drewna.
— Cześć — przywitał się Herzer, podchodząc do nich z ramieniem owiniętym wokół talii Morgen. — Jak wam leci?
— Parszywie, Herzer, parszywie — odpowiedział Cruz. — Kim jest twoja przyjaciółka?
— Morgen, to Cruz Foscue i Hsu Shilan. Shilan to jej imię. Cruz, Shilan, to Morgen.
Herzer postawił na ziemi koszyk i najpierw wyciągnął z niego zieleninę, obwiniętą większymi liśćmi, a potem wydobył koc i rozłożył go, mając nadzieję, że nie będzie na nim zbytnio widać plam.
— Człowieku, zawsze jesteś przygotowany — ocenił Cruz. — Skąd wziąłeś to królicze żarcie?
— Poszliśmy na spacer do lasu — wyjaśniła Morgen i zaraz się zaczerwieniła.
— Bast pokazała mi niektóre rzeczy, które nadają się do jedzenia — dodał Herzer. — Można to wszystko jeść na surowo, ale niektóre są lepsze po ugotowaniu. — Wyciągnął jednego szparaga i spróbował. — Umm… smaczne. Bardziej jak karma dla jeleni.
— Faktycznie, dobre — przyznała Morgen.
— Oooo! Śliwki — zauważył Cruz, wyciągając owoc.
— Nie, to kudzi — poprawił Herzer, gdy twarz chłopaka wykrzywiła się w skoczeniu.
— To jest dobre — uznał Cruz, gryząc kolejną porcję, a potem podając resztę Shilan.
— Tak, ale uważajcie na sok — uprzedził Herzer z kamienną twarzą. Jednak komentarz i tak wywołał histeryczny niemal chichot Morgen.
— Muszę iść do toalety — oznajmiła nagle Shilan. — Pójdziesz ze mną, Morgen?
— Wygląda na dobry pomysł — odpowiedziała dziewczyna, otrzepując dłonie. Mężczyźni przyglądali się w milczeniu oddalającym się kobietom, po czym Cruz wzniósł oczy do nieba.
— One robią to tylko po to, żeby nas zdenerwować, wiesz o tym, prawda?
— Jasne — zgodził się Herzer. — Ale czy one wiedzą, że my wiemy?
— Wiesz, że w łazience poddadzą nas wiwisekcji.
— Hej, to latryny — poprawił go Herzer. — I o ile nie pachną znacznie lepiej niż nasze, nie będą stać w nich i nas analizować.
— Cóż. Racja. — Cruz wzruszył ramionami. — Ale to nie oznacza, że nie mogą stać na zewnątrz. A przy okazji, stary, muszę cię o to zapytać.
— O co? — zapytał Herzer, marszcząc brwi.
— Bierzesz jakieś pigułki, czy coś? No wiesz, daj spokój. Jednego dnia uganiasz się po okolicy z nimfomańską leśną elfką…
— Ona wcale nie jest nimfomanką! — zaprotestował Herzer.
— Wszystko jedno. Ma ze trzy tysiące lat i zna każdą pozycję z Kamastury!
— Och, tysiąc… może… — poprawił Herzer. — I dobrze, Kamasutra była na początek!
— Boże wszechmogący, stary — roześmiał się Cruz. — No więc? Pigułka? Daj mi trochę.
— Sam nie wiem — odpowiedział Herzer. — Zadawałem sobie to samo pytanie. To coś w rodzaju: „Hej, jest koniec świata. Teraz już możemy iść do łóżka z Herzerem!”.
Cruz roześmiał się tak szczerze, że przeturlał się po ziemi, machając rękami w powietrzu, żeby Herzer przestał.
— To nie fair — stwierdził w końcu, wskazując Herzera palcem. — Nie jesteś ostatnim facetem na świecie! To nie powinno tak działać!
— No nie wiem. Koniec świata, a one nagle zaczynają uważać mnie za interesującego. Nie pytaj mnie, ja tu tylko sprzątam! A gdyby była na to jakaś pigułka, brałbym ją od pięciu lat. Zresztą, hej, ty, a Shilan? Kto to mówi?
— Pracowałem nad Shilan przez tydzień — z rozpaczą odpowiedział Cruz. — Twoja leśna elfka odchodzi, a ty zaraz wracasz do miasta i bang!
— Nie wiem — powtórzył Herzer, znów wzruszając ramionami. — Może to po prostu mój doskonały wygląd.
— Och, proooszę — zaśmiał się Cruz. Mężczyzna miał prawie dwa metry wzrostu i drugie, pofalowane blond włosy, zielone oczy i doskonałą twarz. Wszyscy w ich społeczeństwie wyglądali dobrze, ale nawet w tej grupie Cruz lokował się w górnej części skali.
— Słuchaj, Cruz, nie mów mi, że masz problemy z dziewczynami — powiedział Herzer. — Kiedy dorastałem, miałem… um… problem genetyczny. Przez niego zachowywałem się naprawdę dziwnie. Miałem drgawki, nie potrafiłem utrzymać spokojnie rąk, moja głowa ciągle się poruszała. Nikt, a zwłaszcza dziewczyny, nie chciał znaleźć się w promieniu dziesięciu metrów ode mnie, na wypadek, gdyby to było zaraźliwe. Nawet moi cholerni rodzice „dali mi moją wolność” w wieku czternastu lat. A wtedy nie widziałem żadnego z nich już od trzech lat. Cały czas wychowywały mnie niańki.
— I co się stało? — zainteresował się Cruz.
— Cóż, dzięki bogom, zostałem wyleczony tuż przed Upadkiem. Tak się składa, że przez doktor Daneh.
— Żonę Edmunda Talbota? — zapytał Cruz.
— Och… oni nie są… nie wiem, czy są małżeństwem, ale… tak.
— Czyli znasz Edmunda?
— Właściwie nie spotkałem go nigdy aż do wczoraj, w łaźni. Ale znam doktor Daneh i chodziłem do szkoły z jej córką.
— Fajnie.
— Cóż, chodzi mi o to, że za żeton dostanę posiłek — stwierdził Herzer z nutką rozpaczy.
— Tak. — Cruz zmarszczył czoło. — Ale przynajmniej znasz ludzi. Ja nie znam tu nikogo. — Przez chwilę wyglądał na zagubionego.
— Hej. — Herzer nachylił się i klepnął go po ramieniu. — Znasz mnie, wszystkich w klasie A-5 i Morgen. Zanim się zorientujesz, będziesz znał wszystkich w tym mieście.
— No, to jest cel, do którego można dążyć — smutno uśmiechnął się Cruz. — Ale miałem przyjaciół, wiesz? Nigdy nie uświadamiałem sobie jak rozproszonych, ale byli przyjaciółmi. Tutaj… nie ma nikogo dla mnie. Nikogo za plecami.
— Rozumiem — zgodził się Herzer. Jednak prawdę mówiąc, ponieważ nigdy nie miał nikogo za plecami, nie potrafił tak naprawdę współczuć. — A skoro o tym mowa, widziałeś może Courtney i Mike’a?
— Och, tak. Courtney wyciągnęła Mike’a na tańce.
— Czym? — roześmiał się Herzer. — Wołami?
— Niewiele się pomyliłeś, stary. — Cruz uśmiechnął się. — Prawdę mówiąc, wydaje mi się, że zagroziła mu zerwaniem. — Popatrzył za plecy Herzera i zachichotał. — Nie oglądaj się, dziewczyny wróciły.
— Powiemy im, że znamy ich tajemnicę? — spytał Herzer, unosząc brwi.
— Nieee… Niech myślą, że wiedzą coś, czego my nie wiemy.
* * *
Wciąż jeszcze zostało trochę sałatki, kiedy Mike i Courtney, ociekając potem w chłodnym, wiosennym powietrzu, wrócili z tańców. Dokonano prezentacji, a potem Mike zwalił się na ziemię z teatralnym jękiem.
— No i koniec, załatwiłaś mnie — oznajmił, leżąc plackiem na ziemi. — To miał być dzień odpoczynku!
— Mięczak — parsknęła Courtney, z rękami na biodrach i najwyraźniej płonąc chęcią powrotu na parkiet. — Co z tobą, Herzer?
Читать дальше