— Elfy nie walczą — zaprotestował Chansa. — No cóż, praktycznie nigdy.
— Oczywiście, że nie — prychnęła Celine. — Wszystkie żyją w cudownym świecie idealnego spokoju, czemu miałyby walczyć! Ale podstawa elfów się nie zmieniła. Olbrzymia siła, niewiarygodny refleks, nadludzka inteligencja i zdolność odrzucenia stresu wojny i po prostu bycia w najgorętszym ogniu walki. A słabi naukowcy Norau zawiedli w jednym szczególe. Zapomnieli o gniewie. Te, te nigdy nie przestaną zabijać, z powodu całej wściekłości i nienawiści, jaką żywią do świata. I podlegają w pełni naszej kontroli, upewniłam się co do tego. Ktokolwiek będzie miał ich po swojej stronie z pewnością pokona wszystkich przeciwników!
— Ale… to?! — Chansa wskazał na jaskinię. — Hodujesz elfy?
— Hoduję demony — szczęśliwie roześmiała się Celine. — Elfy nie rozmnażały się same od tysiąca lat, rodzą się ze specjalnych drzew dzięki pozwoleniu Pani. Ja po prostu… trochę poprawiłam metodę. Tutaj rodzą się w bólu, a ten ból i gniew zostaje z nimi na całe życie. Idealny potwór. I mogą rosnąć na czymkolwiek. Weź nasiona z jaskini, umieść je w jakimś ciemnym miejscu, karm zgniłym mięsem i… władza! Tylko jeden egzemplarz z jamy, nakarm go dostateczną ilością materiału organicznego, a zarośnie nimi cała jaskinia. A z czasem… wojownicy. — Roześmiała się z zadowoleniem i poklepała strąk, jak matka mogła by klepać swój ciężarny brzuch.
Chansa odsunął na bo swoje przerażenie i wstręt i zastanowił się nad tym.
— Ile czasu potrzebują na dorośniecie?
— Och, kilka lat — przyznała Celine. — Ale mogą rosnąć praktycznie na czymkolwiek i wszędzie, gdzie w okolicy są jaskinie o odpowiednich warunkach. Jaskinie nie mogą być zbyt gorące ani za zimne i nie może być światła słonecznego, grzyby są bardzo wrażliwe na ultrafiolet. Ale w ramach tych ograniczeń, można je hodować całymi oddziałami.
— Musimy to utrzymać w tajemnicy — uznał Chansa.
— Och, tak — zgodziła się Celine. — Musimy zaskoczyć tych słabych durniów, którzy mogliby stanąć na drodze moim badaniom.
— Nie myślałem o nich — uciął Chansa. — Wciąż mimo wszystko mam nadzieję, że możemy to ukryć przed Panią!
— Wszystko to nic więcej, jak odrobina manipulacji genetycznej. — Celine uśmiechnęła się promiennie. — Wszyscy to robią.
* * *
Lazur obudził się, przeciągnął i posmakował porannego powietrza. Sądząc po zapachu domu, było jasne, że główny człowiek wyszedł i nie zostawił na wierzchu za wiele darmowego jedzenia. Poszedł do tyłu, łapą otworzył sobie drzwi i wylazł na zewnątrz.
Kolejne pociągnięcie nosem potwierdziło, że w okolicy nie było nic do jedzenia, przerżnięcia ani walki. Nuda. Gdzieś spod stosu drewna dobiegały ciche piski myszy, ale szkoda było na nie jego czasu. Po chwili kontemplacji denerwująco pustej okolicy ruszył w stronę Raven’s Mill.
Natychmiast stało się jasne, że w mieście było więcej ludzi niż zwykle. A ci nadmiarowi ludzie zdawali się nie robić nic, poza łapaniem pcheł. Niespiesznie przeszedł przez miasto, dwukrotnie łaskawie przyjmując należne mu głaskanie po głowie, cały czas kierując się w stronę kuchni. Szedł tak sobie spokojnie, kiedy nagle zauważył to, czego szukał: nowego w mieście psa.
Być może powiadomiony przez instynkt od kłopotów, po kilku minutach drzemki rottweiler otworzył oczy i przeskanował okolicę. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był największy na świecie domowy kot. Gapiący się na niego. Złowrogo.
Lazur nie był zbyt pewien, co działo się w prostym, małym móżdżku pieska, ale prawdopodobnie było to coś w rodzaju: „Kot. Duży, ale kot. Trzeba pogonić”.
Rottweiler zaczął gorączkowo szczekać, zerwawszy się na nogi i pędząc w stronę kota.
Lazur wyczyścił jeden pazur, wysuwając z łapy pięciocentymetrowy szpon, żeby starannie go wypielęgnować.
Pies zbliżył się, szczekając jeszcze głośniej i nie potrafiąc uwierzyć, że jakikolwiek kot, niezależnie od tego jak duży, byłby dostatecznie głupi, żeby mu się przeciwstawić.
Lazur użył pazura do wyczyszczenia ucha, pocierając mocno, żeby zrobić to porządnie i w wyraźnej ekstazie zamykając przy tym jedno oko.
Wreszcie rozwścieczony do nieprzytomności rottweiler zaatakował. Z pozornie zaskoczonym wrzaskiem Lazur skoczył w powietrze, lądując psu na plecach. Po chwili, wrzask kota umilkł i rozległ się skowyt, gdy na plecach psa wylądowało sześćdziesiąt kilo kota. Rottweiler próbował się przetoczyć i przez kilka chwil nie było nic poza kłębami pyłu, jazgotem i wściekłym syczeniem kocura.
Na koniec chmura pyłu wypluła z siebie ciężko poturbowanego rottweilera, który szybko znikł w oddali. Gdy kurz opadł, odsłonił Lazura spokojnie czyszczącego jedną z nóg z niewidocznego pyłku. Po chwili wstał, przeciągnął się i wolnym krokiem podszedł do plamy słonecznego światła, zajmowanej wcześniej przez psa.
Rozglądając się po okolicy w poszukiwaniu zagrożenia, obrócił się kilka razy, pogrzebał w ziemi, żeby przygotować ją na odpowiednie przyjęcie jego osoby i zwinął się w kulkę. Po chwili sprawiał już wrażenie pogrążonego w głębokim śnie. Jednak jedno ucho sterczało pionowo i obracało się na wszystkie strony, niczym jakiś przeciwpsi radar.
* * *
Herzer obudził się z poczuciem dezorientacji i upłynęła chwila, zanim przypomniał sobie, że znów jest. w dormitorium w Raven’s Mill. Spał tak długo, a przynajmniej takie miał wrażenie, że zdumiał go panujący we wnętrzu mrok. Sprawdził swoje kieszenie w poszukiwaniu pieniędzy i z ulgą stwierdził, że wciąż je ma. Po wykąpaniu się poprzedniego wieczora został razem z Courtney i Mike’em na kolacji, a potem pokręcił się po mieście. Zdawało się, że wszyscy mieszkańcy okolicy zeszli się do miasta w oczekiwaniu na wolny dzień. Miasto pełne było grup ludzi, w większości siedzących i rozmawiających. Prawie nikt nie dysponował żadną gotówką czy towarem do handlu, więc choć pojawiło się kilku handlarzy, mało kto cokolwiek kupował. Herzer kupił małą skórzaną sakiewkę na monety i rzucił jeszcze kilka drobniaków rudowłosej flecistce, która wybrała sobie miejsce przy strumieniu i grała głównie tradycyjne ballady celtyckie. Ale niedostatki poprzedniego miesiąca nauczyły go, jak ważna jest wiedza, skąd wziąć następny posiłek, więc uważał, żeby nie wyzbyć się zbyt szybko dodatkowych pieniędzy.
Po chwili usiadł, zwinął futrzany koc i wcisnął go do wiklinowego koszyka, wdzięczny za oba dary Bast. Po poprzednim tygodniu przywykł do stosunkowego komfortu posłania zrobionego ze świerkowych gałęzi, zwłaszcza w porównaniu z ubitą ziemią. Ale koc był dostatecznie puszysty, by znów umożliwić spanie na ziemi. Najbardziej irytowało go, że nie miał żadnego miejsca, gdzie mógłby coś przechować, gdyby pozostawił kosz z kocem w sypialni, mógłby być pewien, że natychmiast by wyparowały. Ta myśl przerodziła się w uświadomienie sobie faktu, że oprócz ubrania, koszyka, koca i sakiewki, nie posiadał nic własnego. A Mike i Courtney nie mieli nawet tyle. W jednej chwili przeszedł z życia w obrzydliwym dostatku do całkowitego braku czegokolwiek. Uświadomił sobie, że chciałby mieć coś własnego, nawet gdyby miało być to tylko łóżko i… miejsce, gdzie mógłby stosunkowo bezpiecznie zostawić swój koc.
Wyszedł do miasta, zastanawiając się luźno, czy wzięcie udziału w programie uczniowskim stanowiło faktycznie najlepszą rzecz, jaką mógł zrobić. Posiadał umiejętności związane z tym poziomem techniki. Wiedział, że potrafi walczyć — gdyby tylko dostał w ręce jakąś broń i sprzęt. Było trochę rzeczy, które mógł zebrać w lasach, przypomniał sobie komentarz June na temat materiału i tego, że nikt niczego nie posiada. W okolicy było mnóstwo opuszczonych domów. Mógł je znaleźć i zabrać wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Z pewnością zapewniłoby mu to więcej niż parę dodatkowych żetonów na tydzień i ręce krwawiące od ścinania drzew.
Читать дальше