Ponieważ nie był w stanie pomóc w żadnym z tych przypadków, zachował milczenie. Ale wiedział, że nie było to wszystko, co ją dręczyło. Znał ją przez długi czas i jej ciało powiedziało mu, że było coś jeszcze. Nie wiedział co, ale zdecydowanie coś.
— Coś jeszcze? — zapytał w końcu.
— Tak — odparła po dłuższej ciszy. Zapadła kolejna, gdy znów zaczęła grzebać w ogniu, tym razem znacznie energiczniej. W końcu odłożyła pogrzebacz i usiadła z powrotem w fotelu, wciąż patrząc na ogień. — Nie zaczęłam krwawić.
Czekał na coś poważniejszego niż to, ale w końcu wzruszył ramionami.
— Czy nie zdarza się, że… przeskakują? — zapytał.
— Czasami, ale prawie wszystkie kobiety w mieście przeżyły to „przekleństwo”. — Umilkła, a potem zamknęła oczy, choć jej twarz zdradzała burzę emocji. — Rozmawiałam z tymi, które tego nie miały i one wszystkie… angażowały się seksualnie już po Upadku. Każda z nich.
— Och — powiedział Edmund, a potem zastanowił się chwilę. — Cholera. Czy możemy coś z tym zrobić? — zapytał.
— To znaczy, pozbyć się go? — Uśmiechnęła się słabo. — Może. Ale nie jestem pewna, czy tego chcę. Edmundzie, to będzie pierwsze od tysiącleci dziecko urodzone z kobiety. Z pewnością należy się dobrze zastanowić, zanim zdecyduję sieje usunąć?
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI
— O co chodzi, Celine? — niecierpliwie spytał Chansa. Zrezygnował z prowadzenia wielu awatarów i zamiast tego przeniósł się do laboratorium.
— Pomyślałam, że powinieneś zobaczyć moją najnowszą zabawkę-z uśmiechem odpowiedziała Celine. — Jest… czymś w sam raz dla ciebie.
Poprowadziła go korytarzem, a potem przez serię ekranów zabezpieczających, aż stanęli przed wyłożoną metalem jamą. Wewnątrz znajdowało się dwunogie stworzenie. Miało prawie trzy metry wzrostu, przygarbione ramiona i długie nogi oraz potężne bicepsy i uda. Palce miało długie i silne, z haczykowatymi szponami. Twarz należała do zwierzęcia, ale kiedy spojrzała na nich z dołu, Chansa dostrzegł w niej zdumiewającą dozę inteligencji. Widać było, że przygląda się ścianom, oceniając je i usiłując oszacować, czy będzie w stanie sięgnąć szczytu. Oczy płonęły mu furią i stworzenie w końcu skoczyło w powietrze, skrzecząc, gdy ekran energetyczny rzucił je z powrotem na podłogę. Zawyło z bólu i złości.
— Ciekawe — zgodził się Chansa. — Faktycznie, jest to warte mojego czasu. Oczywiście, jeśli da się to coś kontrolować. I jak trudno je wyprodukować?
— No cóż, ten jest tylko prototypem — odpowiedziała Celine z dzikim uśmiechem. — Przyjrzyj się uważnie. Widzisz w nim coś dziwnego?
Chansa popatrzył jeszcze raz i wzruszył ramionami z irytacją.
— Nie baw się ze mną w zgadywanki, Celine. To Przemiana.
— Ale nie Przemiana człowieka — oświadczyła ze śmiechem. Chansa ponownie przyjrzał się twarzy i ciału, po czym zadygotał.
— Elf? — krzyknął. — Oszalałaś! Jeśli przeciągniesz elfy na stronę Wolności…
— Nie wiedzą, że go mam — z niewzruszonym spokojem powiedziała Celine. — A teraz, kiedy już z nim skończyłam, można go wyeliminować. Ale chwytanie elfów i przemienianie ich jest takie… wymagające. Chodź za mną.
Poprowadziła go w głąb budowli i w dół serią schodów głęboko pod laboratorium. W miarę jak schodzili niżej, kompozytowe ściany zmieniły się z gładkiego plastiku na szorstki beton, a później naturalną skałę.
— Ta budowla jest stara — wyjaśniła, wskazując ręką wokół siebie. — W bardzo dawnych czasach był to zamek, a później twierdza wojskowa i centrum badawcze. Ta część jest starożytna, tak bardzo, że sięga poza znaną historię. Aż się zastanawiam, jakie tajemnice pochowano tu od czasów jego stworzenia.
Z głębin dochodził do schodów chłodny powiew niosący ze sobą zapach zepsucia, z początku delikatny, ale z każdą chwilą silniejszy, aż doszli do schodów nad dużą, głęboką jaskinią o naturalnym wyglądzie.
Schody i korytarze w górze oświetlone były zimnym, bezkierunkowym blaskiem światło farby, ale ciemność jaskini rozjaśniały tylko pochodnie umieszczone w dużych odstępach. Rzucały słabe, migoczące płomienie ledwie rozpraszające mrok niesamowitej scenerii. Olbrzymie pomieszczenie pełne było życia.
W środku znajdowała się jama wypełniona czarną, nieokreśloną masą, która pulsowała ruchem, a wokół dołu rozpościerało się mnóstwo jakichś fioletowych grzybów, wysuwających w jej stronę delikatne niby-korzonki, najwyraźniej się nią żywiąc. Z nich wyrastały kolejne, tak że cała jaskinia wypełniona była dziwnymi porostami w barwach jadowitego fioletu i paskudnej zieleni. Naroślą sięgały aż do ścian, gdzie wyrastały z nich strąki, niektóre wciąż małe, ale część miała już rozmiar torsu Chansy. Grzyby nie tkwiły w bezruchu, lecz zdawały się pulsować w dziwnym świetle, a wiele z nich jarzyło się kolorami i delikatnie świeciło. Wszystko to sprawiało wrażenie olbrzymiego organizmu o jakimś ponurym przeznaczeniu.
— Dobra — wydusił z siebie po chwili, próbując ukryć, do jakiego stopnia był zniesmaczony. — To dość… okropne.
— Och, to coś znacznie więcej. — Celine roześmiała się cicho i poprowadziła go w dół schodów, do jednego ze strąków pod ścianą.
— Tu, popatrz tutaj — powiedziała, klękając i ścierając ze strąka czarną, lepką ciecz. — Patrz.
Chansa zwalczył mdłości, przysiadł obok niej i spojrzał na torbę, przesuwając pochodnię, by zobaczyć coś przez półprzejrzysty materiał, z którego była wykonana. Kiedy poruszył pochodnią i nachylił się, by lepiej widzieć, coś poruszyło się w środku i z wnętrza spojrzała na niego twarz jak z koszmaru.
Była to twarz elfiego dziecka, idealna i czysta, wykrzywiająca się i próbująca wyrwać z otaczającego ją materiału, zdając się krzyczeć z wnętrza płynu. Rysował się na niej absolutny ból i przerażenie, a jej oczy były otwarte i niewidzące.
Chansa odskoczył w tył i spojrzał na kobietę, która stworzyła tę potworność.
— Mój Boże, Celine, nawet jak na ciebie…!
— Jest wspaniały, prawda? — odpowiedziała z błyszczącymi oczami i ustami wilgotnymi w świetle pochodni. — Czy znasz historię elfów? — zapytała, odbierając mu pochodnię i wstając.
— Nie, nie znam — przyznał Chansa, zastanawiając się nad natychmiastowym wyteleportowaniem z tego miejsca. Niezależnie od powodu, dla którego połączyła ich konspiracja, ta… piekielna jama była czymś, co nie powinno istnieć.
— Zostali stworzeni przez Unię Północnoamerykańską jako doskonali żołnierze — wyjaśniła, podchodząc do głównej części jamy i obracając się w jego stronę, mając jamę za plecami. — Ale pozbawieni kręgosłupa przywódcy tamtego słabego i rozpadającego się kraju chcieli żołnierzy, którym można by zaufać, że wyrządzą jak najmniej krzywd ludziom, z którymi walczyli. Tamto… idiotyczne społeczeństwo uważało, że mogło pozbawić wojnę grozy i bólu.
— To trochę niewłaściwy opis… — odezwał się Chansa, ale Celine przerwała mu.
— Stworzyli elfy jako swoich super żołnierzy, opierając się głównie na genach szympansów. Przestudiowali najlepszych ze swoich żołnierzy i doszli do wniosku, że zasadniczą siłą ich wielkości była, wierz lub nie, łagodność. Chcieli żołnierzy, którzy nawet w największym stresie bitwy, nie dopuściliby się po tworności, tak więc uczynili ich spokojnymi. Stworzyli gatunek tak spokojny, że po jakimś czasie w ogóle nie chciał walczyć. Faktycznie, wielu rezygnowało od samego początku, woląc spędzać cały czas na grach i, z czasem, we Śnie.
Читать дальше