Kiedy przyszła j ego kolej, Herzer nie był pewien, ile dostanie, i kiedy dziewczyna podała mu żetony, drobne kawałki czerwonawego metalu z odciśniętym z jednej strony krukiem i kłosem z drugiej, po prostu kiwnął głową w podzięce i odszedł na bok, czekając na Mike’a i Courtney.
— Ile dostałeś? — zapytała dziewczyna, licząc swoje. — Ja mam pięć. Pełna wypłata.
— Cztery, pięć… sześć — doliczył się Herzer, marszcząc czoło.
— Ja też — ucieszył się Mike, licząc swoje. — Chyba dostaliśmy bonusy.
— Czemu? — spytał Herzer, jeszcze raz przeliczając. — Pierwszego dnia się kłóciłem.
— Hej! Naprawdę musisz pytać? — roześmiała się Courtney, obejmując ich obu. — Ludzie, zapracowywaliście się na śmierć. Bałam się, że zostanę ukarana, kiedy nie mogłam pracować z powodu skurczów. Przypuszczam, że zlitowali się nad kobietami.
— Najwyraźniej nie nad Nergui. — Herzer wciąż czuł wątpliwości. — Nie zrobiłem więcej niż swoją część.
— Zrobiłeś — odezwał się Jody, podchodząc do nich cicho. — Ty, Mike, Cruz, Emory, Karlyn i Deann wszyscy dostaliście bonus. Karlyn i Deann nie zrobiły tyle, ile wy, panowie, ale pracowały jak demony. Ciężej niż ty i Shilan, przykro mi, Courtney.
— Nic nie szkodzi — odpowiedziała. — Nie wydaje mi się, żeby ścinanie drzew było moim powołaniem — dodała z uśmiechem.
— Ale odnajdziesz je — stwierdził z przekonaniem Jody. — Co planujecie teraz robić?
— Nie wiem — odparł Herzer, chowając monety do kieszeni.
— Rozmawiałem z innymi — powiedział Jody. — Z częścią uczniów, którzy byli w mieście. Najwyraźniej pojawiła się już fala przestępstw. Uważajcie na swoje pieniądze i na ludzi, którzy będą próbować je od was wyciągnąć oszustwami. Gdybym miał coś zasugerować, wybierzcie się do łaźni i wykąpcie się. Do kolacji jest jeszcze przynajmniej godzina.
— Brzmi nieźle — szorstko oświadczył Mike.
— Cóż, faktycznie potrzebujemy kąpieli — zachichotała Courtney.
— W takim razie chodźmy — zgodził się Herzer.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
Łaźnia znajdowała się dokładnie po drugiej stronie zabudowy, w stosunku do budynku uczniowskiego, co pozwoliło im się przyjrzeć rozwijającemu się miastu. Pojawiło się więcej nowych zabudowań, w większości z kłód, ale i kilka z desek, krytych dachówkami. Większość stałych struktur zdawała się mieć coś wspólnego z rozkwitającym przemysłem, który musiał pojawić się w zeszłym tygodniu. Umieszczono na nich znaki kowali, garncarzy, bednarzy i tkaczy. Większość była tylko częściowo wykończona, co pozwalało przyjrzeć się ciężko pracującym w środku ludziom.
— Nie od razu Rzym zbudowano — wymamrotał Herzer.
— Co?
— Mówią, że Rzymu nie zbudowano w jeden dzień — powtórzył Herzer. — Ale wygląda na to, że próbują.
— Skąd się wzięły te wszystkie rzemiosła? — spytała Courtney.
— Och, wszystko to robią rekreacjoniści. Wcześniej było to ich hobby. Teraz, przypuszczam, stało się czymś więcej.
— Pewnie to właśnie ludzie, z którymi będziemy pracować — zauważyła dziewczyna. — Mam nadzieję, że stać mnie na coś więcej niż ścinanie drzew.
— Chcę mieć farmę — oświadczył Mike. — Nie chcę przez cały dzień pracować w warsztacie.
— Będziemy ją mieć — zapewniła go Courtney.
— Ale jaką? — zapytał Herzer. — To znaczy, idziesz sobie po prostu gdzieś i zakładasz nową? Skąd weźmiesz potrzebne do tego narzędzia?
— Nie wiem — przyznała Courtney. — Nawet nie jestem pewna, jakie narzędzia są potrzebne. Albo jak się sadzi, i wszystko inne, co trzeba robić. Skąd weźmiemy zwierzęta?
Mike nic nie powiedział, tylko burknął.
— Cóż, z czasem się dowiemy — uznał Herzer. — Zastanawiam się, czy mają jakieś oddziały straży?
— To właśnie chciałbyś robić? — zapytała Courtney.
— Tak, coś w tym rodzaju. — Podbródkiem wskazał na osobę stojącą przy wejściu do dość solidnego budynku, najwyraźniej pełniącą funkcję strażnika. Mężczyzna miał na sobie opończę z wyszytym krukiem i trzymał włócznię, ale kulił się pod okapem budynku, próbując nie wychodzić na popołudniowe słońce. — Ale nie tak. To nie jest żołnierz, jeśli wiesz, co mam na myśli.
— Czy naprawdę będziemy potrzebować żołnierzy? — zaniepokoiła się Courtney. — Czemu?
— Bandyci — wyjaśnił Herzer. — Z czasem też mogą nam zacząć sprawiać kłopoty inne miasta. No i toczy się wojna.
— Nie za wiele z tej wojny — rzucił Mike. — Nie zostaliśmy zaatakowani.
— Jeszcze nie. Ale jeśli będziemy się przeciwstawiać Paulowi, w końcu albo zostaniemy zaatakowani, albo będziemy musieli zaatakować jego.
— Jak możemy zaatakować członka Rady? — gniewnie spytała Courtney. — Oni wciąż mają energię!
— Podobnie jak Sheida i jej grupa. — Herzer wzruszył ramionami. — Stąd wygląda to na sytuację patową. I nie wydaje mi się, żeby Paul pozwolił, żeby tak zostało, nawet jeśli zgodziłaby się na to Sheida.
Rozmawiając, przeszli przez miasto i dotarli do łaźni, gdzie przy wejściu kręciło się trochę ludzi.
— Wyprać dla pana ubranie, proszę pana, proszę pani? — zapytał chłopiec, który sam wyglądał, jakby zdecydowanie potrzebował kąpieli.
— Ubranie? — Herzer wspomniał radę Jody’ego. Ale jego strój faktycznie wymagał uwagi, nie tylko prania, ale i igły z nitką. A uświadomił sobie, że poza koszykiem i kocem od Bast, stanowiło ono jego jedyny dobytek. Nie, miał jeszcze za małą pelerynę, ale nie zamierzał prosić Daneh o jej zwrot.
— Och, tak — odpowiedział chłopiec. — Zabiorę je i wypiorę, kiedy będziecie się kąpać, a potem przyniosę je z powrotem.
— Suche? — chciała wiedzieć Courtney.
— Cóż, tego nie mogę obiecać — odparł chłopiec. — Ale podsuszone, tak.
— Hmm — mruknął Herzer. — Myślę, że spróbuję sam coś z tym zrobić. Ale dziękuję.
— Tylko jedna dziesiąta żetonu — zaoferował gorliwie dzieciak, łapiąc go za rękaw. — I znam panią, która może je też dla pana pocerować.
— Skąd mamy wiedzieć, że dostaniemy je z powrotem? — wyraziła wątpliwość Courtney, obciągając swoją koszulę, która faktycznie była brudna.
— No cóż, proszę pani, jestem tu cały czas — uspokoił ją chłopak. — Gdybym kradł ubrania klientów, to raczej bym ich nie miał, prawda?
— Czy ten szubrawiec się wam narzuca? — spytała kobieta, nadchodząc od tyłu. — Darius, kiedy zamierzasz zająć się prawdziwą pracą? — dodała z uśmiechem.
— Ach, madame Lasker, ja mam pracę — odpowiedział radośnie. — Czy chciałaby pani wyprać dzisiaj ubranie?
— Nie dzisiaj — odmówiła. — Jak się ma twoja matka?
— Dobrze, proszę pani, dziękuję za zainteresowanie.
— On jest bezpieczny — poinformowała ich kobieta. — Jestem June Lasker. Pełnię obowiązki mniej więcej miejskiego sekretarza. To jego matka pierze i ceruje.
— Czy jest jakaś możliwość zdobycia dodatkowych ubrań? — zapytał Herzer, naciągając swoją podartą koszulę. — Te już się łachmanią. I wcale nie mam ochoty chodzić w mokrych szmatach.
— Jest kilku sprzedawców materiału — westchnęła kobieta. — Ale ponieważ nie mamy możliwości produkowania go, więc są potwornie drogie. Prawie nikt nie zabrał ze sobą nic ponad to, co miał na sobie. Będą dość suche, jest pokój z piecem, w którym można je powiesić do wyschnięcia. Dużo zależy od tego, jak długo będziecie siedzieć w łaźni. Jeśli poczekacie godzinę czy coś koło tego, nie będzie źle.
Читать дальше