W dzień po wizycie Rachel najpierw Nergui, a potem Shilan zaczęły narzekać Jody’emu na tajemnicze i różnorodne dolegliwości. Szybko zostały wysłane do miasta i wróciły z paczkami materiałów i dziwnymi taśmami. Jody — po wizycie najpierw Rachel, a później Daneh, która przykazała mężczyznom, żeby nie zadawali pytań — cierpliwie o nic się nie dopytywał. Ale kiedy Courtney w środku dnia złożyła się w pół, Mike nie zgodził się zaakceptować odpowiedzi, że to „kobieca sprawa” i sytuacja została wyjaśniona. Reakcje mężczyzn były bardzo różne: od rozbawienia do złości, zwłaszcza że szczegółów dowiadywali się z drugiej ręki, od innych kobiet. Tego wieczora, po sprowadzeniu jedzenia, okazało się, że większość kucharzy to mężczyźni z Raven’s Mill pospiesznie oderwani od różnych innych zajęć. Najwyraźniej to, co działo się w obozie drwali, nie ominęło i innych miejsc, a sądząc po rzucanych pod nosem komentarzach płci brzydkiej, Raven’s Mill pogrążyło się w chaosie. Co gorsza, mężczyźni nie byli zbyt dobrymi kucharzami. Grysik był na wpół przypalony, a próba upieczenia chleba w czymś nazywanym holenderskim piekarnikiem skończyła się po prostu katastrofą.
Deann i Karlyn najwyraźniej cierpiały z powodu tych samych przypadłości, ale wróciły do rąbania drzew zaraz po zabezpieczeniu się odpowiednio spreparowanymi z badwabiu opatrunkami. Deann wspomniała, że czuła skurcze i lekkie osłabienie, ale w przypadku Karlyn prawie nie było efektów, poza krwawieniem, a i to słabym. Courtney, gdy tylko minęły jej skurcze, wróciła, jakby nic się nie stało, to samo dotyczyło Shilan. Nergui wciąż narzekała na silny ból i choć Jody raczej nie miał ochoty okazywać współczucia, bez jakiegoś obiektywnego sposobu oceny bólu, nie bardzo mógł nakazać jej powrót do pracy.
Wieczorem czwartego dnia Herzer podszedł ze swoim jedzeniem i usiadł z Courtney i Mike’em. Kiedy to zrobił, dosiedli się również Cruz i Emory.
— Czy ktoś zechce mi powiedzieć, co tu się właśnie stało? — gniewnie zapytał Jody.
— Nnnnnie — ostrożnie odpowiedziała Deann, wstając i wycierając dłonie. — Nie, nie wydaje mi się, żebyś musiał wiedzieć. Jeszcze nie. A kiedy będziesz musiał wiedzieć, nie będziesz chciał.
— Nie — zgodziła się Courtney, wstając i podchodząc do swojego bukłaka.
— Och, och — westchnęła Shilan, odchodząc.
— Nawet o tym nie marz — rzuciła Nergui, wstając w końcu.
— Co się tu u diabła dzieje? — dziwił się Jody, kręcąc głową już przy wyrębie.
— Dziwne dni — mruknął Herzer.
* * *
Courtney spojrzała na niego i uśmiechnęła się słabo.
— Jak się czujesz? — zapytał Herzer, nabierając na łyżkę porcję fasolki. Tego wieczora posiłek był wyjątkowo dobry, jakiś rodzaj świetnie zamarynowanego mięsa z fasolą i odrobiną ostrej przyprawy.
— Lepiej — odpowiedziała Courtney. — Przynajmniej skończyły się skurcze.
— Czyli… to będzie trwało pięć dni? — wysunął przypuszczenie Herzer. — Przepraszam, ale wszyscy jesteśmy dość ciekawi. Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać…
— Nie, w porządku. Po prostu w pierwszej chwili było to dla nas szokiem. Na swój sposób cieszę się, że jesteśmy tutaj, nawet nie chcę myśleć, jak to wyglądałoby w mieście.
— Ugh — wydobył z siebie Mike, nabierając kolejną łyżkę potrawki i przegryzając chlebem.
— Zasadniczo cały czas krwawimy, więc musimy nosić wkładkę z surowego badwabiu.
— Do tego były te paski? — zapytał Cruz.
— Tak. Nie wiemy, kiedy dokładnie się to kończy. I mówią, że za drugim razem może być gorzej. Karlyn prawie nie krwawi, podczas gdy Nergui przypomina fontannę.
— Fuj — powiedział Herzer, patrząc podejrzliwie na czerwonawą zawartość swojej miski.
— Miałam skurcze przez jakieś dwanaście godzin. Shilan i Karlyn nie miały ich wcale. Deann prawie została przez nie powalona. Widać było to po tym, jak pracuje. Moje były… dość bolesne. Nie mogłam pracować, chciałam się tylko zwinąć w kulkę i dobrze ogrzać, żeby tak nie bolało.
— Przykro mi — odezwał się Herzer.
— Czemu? Nic nie możesz zrobić — odparła z uśmiechem. — Nie wiem, jak długo to potrwa, doktor Daneh mówi, że przeciętnie pięć dni.
Emory nie odzywał się zbyt wiele, ale teraz zaczął chichotać.
— Co? — zapytała.
— Nie chcesz tego słyszeć — odpowiedział ponurym głosem. — Przypomniało mi się stare powiedzenie „nigdy nie ufaj czemuś, co krwawi przez pięć dni i nie umiera”.
— Och, dziękuję bardzo — burknęła Courtney z ogniem w oczach.
— Mówiłem, że ci się nie spodoba — zachichotał.
Herzer i Cruz dusili się ze śmiechu, podczas gdy Mike tylko się uśmiechał.
— Bardzo dziękuję. — Courtney zmarszczyła brwi, po czym wzruszyła ramionami. — Mężczyźni!
— Co z nimi? — zapytała Deann, przysiadając się na jednym z pniaków.
— Nie można bez nich żyć, a powinna być za to nagroda.
— Lepiej pomyśl o życiu bez nich. Chyba, że chcesz nosić dziecko.
— Co to znaczy? — ostro wtrącił się Mike.
— Nie próbuję odciąć cię od twojej… przyjaciółki — odpowiedziała Deann równie ostro. — Ale krwawienie oznacza, że znów jesteśmy płodne. Dokładnie tak jak inne zwierzęta. Więc jeśli pójdziesz z Courtney na bara-bara, to za dziewięć miesięcy spodziewaj się dzidziusia.
— Cóż… — Mike spojrzał na Courtney, która się zaczerwieniła. — My… myśleliśmy, że posiadanie dziecka może mieć sens. Ale skoro nie ma replikatorów…
— I w tym rzecz, kochasiu — odparła Deann. — Replikatory wcale nie przepadły. Teraz to kobiety są replikatorami. Jesteśmy płodne, Mike. Możemy mieć dzieci. Które rosną w naszych ciałach jak jakieś cholerne pasożyty!
— To nie jest takie złe! — zaoponowała Courtney. — To znaczy… nie wiem. Właściwie to… nawet się na to cieszę. Chcę się przekonać, jak to jest.
— Ile razy? Mówisz o noszeniu w brzuchu około dziesięciu kilo materiału. — I co z tego? Przecież jesteśmy do tego specjalnie zaprojektowane? Do tego właśnie służą nasze ciała. Jasne, gdybym miała wybór, użyłabym replikatora. Ale już nie mogę wybierać. Więc…
— Więc zamierzasz zajść w ciążę? — z przerażeniem spytała Deann.
— Jeśli taki mam wybór — to znaczy albo to, albo rezygnacja z facetów — to tak — oznajmiła Courtney z kolejnym rumieńcem.
— Cóż za wybór — odezwał się Herzer, potrząsając głową.
— Człowieku, czy ta głupia wojna spieprzy dokładnie wszystko w naszym życiu? — prychnął Cruz.
— Niezły tekst — wymamrotał Emory.
— Co… O, cholera — powiedział Cruz i roześmiał się z innymi. Mike sięgnął nogą i postukał Herzera butem w stopę.
— Chyba masz gościa — wskazał nad jego ramieniem.
—
— Cześć, Herzer — odezwała się Bast, przyglądając się całemu towarzystwu. Nosiła swój zwykły zestaw broni, ale dodatkowo na plecach miała koszyk.
— Bast — ucieszył się Herzer, sięgając w jej stronę.
— -Witaj, kochasiu — powtórzyła, obejmując go serdecznie na powitanie. — Przejdźmy się.
— Wybaczcie — powiedział do grupy.
— Odniosę twoją miskę. — Z uśmiechem zaoferowała Courtney.
— Dzięki — odparł, a Bast okręciła go i chwyciła za rękę, prowadząc w las.
* * *
— Idziesz gdzieś, żeby się wykąpać? — zapytał Herzer. Bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, że jego ubranie śmierdziało potem.
Читать дальше