— Nie przyjechałam tu leczyć bolących mięśni — odwarknęła Rachel, przyglądając się dłoniom Herzera. — Dobry Boże, Herzer, coś ty sobie myślał!
— Myślałem, że mam dużo drzew do oczyszczenia — odparł chłopak, krzywiąc się, gdy obmacywała jego pozdzierane dłonie.
— Chodź do strumienia — zarządziła, podnosząc torby. — Jody, przyślij resztę do nas.
— Widziałaś Bast? — zapytał, gdy szli w stronę wody. Strumień był mętny od rozdeptanego błota, ale idąc w górę, doszli do miejsca, gdzie płynęła krystalicznie czysta woda.
— Kręci się po okolicy. Pomaga myśliwym w polowaniach. — Wsadziła jego dłonie do zimnej wody i łagodnie oczyściła zebrane na nich nieczystości. — Musisz to utrzymywać w czystości. Jesteśmy dość odporni na choroby, ale rany powierzchniowe mogą ulec paskudnym infekcjom.
— Będę o tym pamiętał — obiecał, sycząc z bólu.
— To żółte to ropa, normalne przy takich uszkodzeniach skóry, przynajmniej tok twierdzi mama. Masz mnóstwo szczęścia — dodała.
— Czemu? — zapytał, gdy wyciągnęła jedną z jego dłoni z wody i rozsmarowała na niej paskudnie wyglądającą zieloną maź. Widać w niej było fragmenty liści.
— Nieulepszeni ludzie potrzebowaliby całych dni, na wyleczenie takich uszkodzeń — odpowiedziała, wcierając maź. — To powinno pomóc w leczeniu. To niewiele, ale zawsze coś, i powinno utrzymać bakterie pod kontrolą.
— Mogę używać dłoni? — zapytał, mając nadzieję, że otrzyma odpowiedź przeczącą.
— Chciałabym, powiedzieć ci, że nie, ale za dużo jest pracy, żebyś mógł odpoczywać. — Wyciągnęła z torby pasy materiału i skóry i zaczęła owijać jego dłonie, najpierw badwabiem, potem skórą. Na koniec zawiązała węzeł utrzymujący osłonę na miejscu.
— Skóra ochroni wnętrze dłoni. Spróbuj na nie uważać, dobrze? Na szczęście palce nie wyglądają źle.
— Dobrze — odpowiedział, zginając dłonie. Bandaże faktycznie zmniejszały nacisk na rany.
— Skóra prawdopodobnie odrośnie ci do jutra, a potem zacznie twardnieć. Jak już mówiłam, przynajmniej w tym mamy szczęście.
— Szczęście, tak — niezgrabnie przytaknął Herzer, po czym umilkł. — Jak się ma twoja mama?
— Nieźle sobie radzi — cierpko odparła Rachel. — Stara się być zajęta i wydaje mi się, że dobrze jej to robi.
— Rachel, ja… — umilkł.
— Nie chcę o tym rozmawiać — powiedziała ostro, wstając. — Teraz już możesz wracać do pracy.
Herzer przyglądał się jej przez chwilę, potem kiwnął głową i skierował się do obozu.
Rachel westchnęła, gdy skończyła zajmować się ostatnim z grupy z popękanymi odciskami. Większość z nich nie była w tak złym stanie jak Herzer, ale kilku zbliżało się do niego. Pozbierawszy swoje rzeczy poszła z powrotem do obozu i rozejrzała się za Jodym. Leczenie dłoni stanowiło łatwiejszą część jej zadania.
— — Jody, muszę teraz porozmawiać ze wszystkimi kobietami — oświadczyła nadzorcy.
— O co tu chodzi? — zapytał. — Wszystkie pracują.
— Jody, Edmund kazał mi tu przyjechać i wiem, że są zajęte. Naprawdę chcesz, żebym przeprowadziła z nimi tę rozmowę. Zaufaj mi.
— Dobrze — zgodził się niechętnie. — Courtney, Nergui, Shilan, Karlyn i Deann. Chodźcie tu!
Odczekał, aż kobiety zebrały się przy nim i odwrócił się w stronę Rachel, składając ręce.
— A teraz ty wybierzesz się na spacer — oznajmiła Rachel.
— Czemu?
— Ponieważ ja tak powiedziałam, Jody. — Rachel westchnęła. — Po prostu idź. Zaufaj mi, nie chcesz przy tym być.
Przez chwilę wbijał w nią gniewne spojrzenie, po czym odszedł.
— Panie, usiądźcie sobie. — Rachel wskazała na kilka powalonych drzew. Czeka nas kobieca rozmowę.
Powiedziała im o wizycie u Bethan i o tym, co wyszło z tej wizyty dla całego rodzaju żeńskiego, po czym przeczekała erupcję.
— Żartujesz — krzyknęła Nergui. — To po prostu…
— Niesmaczne — przerwała jej Rachel. — Ale i prawdziwe. I nie odejdzie sobie.
— Nigdy? — zapytała Karlyn z szeroko otwartymi oczami.
— Kiedy zostaną uwolnione wszystkie jajeczka, proces się zatrzyma, mniej więcej za pięćdziesiąt lat. Może później. Ale wtedy, bez hormonów, zaczynają się inne problemy. Można też cały czas być w ciąży.
— Pieprzyć to! — warknęła Deann.
— Czułaś się ostatnio trochę drażliwa? — jadowicie spytała Rachel.
— Jaki to ma związek? — ostro zareagowała Deann. — Wszystko to… — machnęła ręką wokół — musi człowieka wkurzyć.
— Bardziej drażliwa niż zwykle? — odpowiedziała Rachel, biorąc głęboki wdech. — Czuję, jak wzbiera to we mnie, i pozwól, że ci powiem, wcale mnie to nie uszczęśliwia, absolutnie. Zwłaszcza nie mogę się doczekać boli. Bethan powiedziała, że to jak naciągnięty mięsień, który po prostu nie chce przestać boleć.
— Wszystkie takie będziemy? — zapytała Shilan. — Nie czuję się… drażliwa. Owszem, zmęczona, ale nie… bardziej zła.
— Nie wiem — przyznała Rachel. — Mama nie ma żadnych tekstów, które szczegółowo by to opisywały. Będziemy musiały się przekonać.
— To… to… — Courtney w końcu nie wytrzymała — To ssie.
— Owszem, to też robi — odpowiedziała Rachel. — Rozwiązujemy problem… przechwycenia upływu krwi. Jak bandaże, tylko na wasze… wasze części. I pamiętajcie, jesteście teraz wszystkie płodne. Za bardzo się zaprzyjaźnicie z waszym chłopakiem, a przez całe miesiące będziecie nosić dodatkowe pięć do dziesięciu kilo płodu wraz ze strukturami pomocniczymi.
— Nie wierzę, że tego słucham — prychnęła Nergui.
— Lepiej w to uwierz — gniewnie odparowała Rachel. — Uwierz. Albo skończysz, lejąc krwią po całej okolicy. Lub w ciąży — dodała z niesmakiem.
— Hej, co się tu dzieje — spytał Jody, podchodząc od strony wyrębu.
— Jody, nie chcę znów tego powtarzać — warknęła Rachel. — Ale do diabła, idź stąd!
— Słuchaj, dziewczyno…!
— Nie, to ty słuchaj! — wrzasnęła na niego. — To kobieca rozmowa. Mężczyźni nie są zaproszeni. Więc wynoś się!
— Nie dbam o to, kim jest twój ojciec…
— Nie tym, kto jest moim ojcem, musisz się martwić — oświadczyła Rachel, wstając. — I tak właśnie skończyłyśmy. — Odwróciła się z powrotem do kobiet, wciąż siedzących w pozycjach wyrażających zdumienie lub gniew. — Spróbujemy przysłać wam zaopatrzenie jeszcze przed wieczorem. Ale pamiętajcie, że może się to zacząć w każdej chwili.
— Och, cudnie. — Karlyn zgarbiła się z rezygnacją. — Cholernie cudownie. — Wstała i podeszła do swojego topora, rozglądając się za odpowiednią gałęzią. — Gdy tylko taką zauważyła, zaczęła rąbać w nią, jakby był to diabeł próbujący wy leźć z otchłani.
Rachel krótko kiwnęła głową nadzorcy i wróciła do swojego konia, wrzuciła na niego torby, odwiązała go, wsiadła i odjechała galopem.
Następne dwa dni wyglądały bardzo podobnie. Z przyzwoitym jedzeniem — drugiego dnia dostali nawet potrawkę z sarniny i ziemniaki — oraz przy nieustannej pracy Herzer czuł, jak jego spore przecież mięśnie nabierają siły. Dłonie wyleczyły się bardzo szybko, ale i tak trzymał na nich skórzane owijki. Razem z Mike’em powalili potężne drzewo — według słów Jody’ego dąb — które opierało się innym zespołom, i przez trzy dni grupa oczyściła spory obszar. Potem zabrali się do cięcia drewna na budulec.
Читать дальше