Z drugiej strony niektóre z tych domów należały do ludzi przebywających w Raven’s Mill. I jak on by się czuł, gdyby ktoś wszedł do jego domu i zabrał jego ubrania?
Zastanowił się nad tym chwilę dłużej i po raz pierwszy w życiu głębiej przemyślał całą ideę szabrownictwa. Wszystkie gry, w które grał, zakładały obojętność na to zagadnienie. Zabić orki, zabrać ich złoto. Nagle zdał sobie sprawę, że w grach nigdy nie pojawiały się głodne dzieci orków, którym spalono zbiory.
Nawet łuk. O polowaniu nie wiedział prawie nic, ale wiedział, że trafiał w to, w co celował. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien spróbować zapisać się do straży. Czy miało sens marnowanie kolejnych dwunastu tygodni życia na uczenie się rzeczy, których nigdy nie będzie potrzebował? Był pewien, że nie będzie zajmował się wypalaniem węgla drzewnego, ścinaniem drzew czy garbarstwem. Musiało być coś więcej.
Tego rodzaju ponure myśli towarzyszyły mu w trakcie porannych ablucji, załatwiania się w publicznej ubikacji i myciu twarzy w wodzie dostarczanej z górskiego strumienia. Poszedł następnie do miejskiej kuchni, przyglądając się po drodze niebu. Słońce wspięło się już wysoko. Przespał większą część poranka i bał się, że może jadalnia została już zamknięta, by przygotować ją na następny posiłek. Żołądek domagał się swoich praw i nieprzyjemnie byłoby musieć czekać.
Jednak okazało się, że jadalnia jest otwarta, a zapach z kuchni natychmiast wypełnił mu usta śliną. Oddał swój żeton pilnującej wejścia dziewczynie o ładnej twarzy i podszedł do stołów, przy których wydawano jedzenie. Ku jego zdumieniu tym razem czekało tam na stołowników dużo więcej niż tylko gorąca kaszka. Oprócz niej można było zamówić jajka, pieczone ziemniaki, kromki złocistego, wspaniale wyglądającego chleba, dżem, masło i stosy parujących kiełbasek trzymanych w kotłach nad ogniem. Zamiast zwykłych niezgrabnych misek przygotowano deseczki.
— Co za miła odmiana — powiedział do obsługującej kobiety, uśmiechając się do niej ciepło.
— Rada zdecydowała, że wolny dzień powinien być okazją do świętowania — odparła z pogodnym wyrazem twarzy. — Więc przyznali na dzisiaj dodatkowe jedzenie.
— Jeszcze lepiej — ucieszył się Herzer. — Co mogę dostać?
— Co tylko chcesz — wyjaśniła z łobuzerskim uśmiechem. — Ale zjedz wszystko co weźmiesz.
— Hmmm…
— Jak chciałbyś dostać jajka? — zapytała, biorąc do ręki patelnię.
— Jajka… — odpowiedział Herzer, otwierając szeroko oczy. — Nie mam pojęcia.
— Sadzone, jajecznica? Przysmażone z dwóch stron?
— Chyba to ostatnie. Och… z mocno ściętym białkiem.
— Żaden problem. Zaraz podam.
Wziął sobie mały chlebek. Miał brązową skórkę, był niewiele większy od dłoni i rozsiewał bogaty, maślany zapach. Złamał go na pół, odsłaniając wnętrze, które zamiast białego, okazało się jasnozłotobrązowe. Powąchał, a potem oderwał spory kawałek i wsadził go do ust, żując z wyrazem błogości.
— To dobłe! — wymamrotał z pełnymi ustami. — Nabławdę bałdzo dobłe! Kucharki roześmiały się, a dziewczyna, która przygotowywała dla niego jajka, odwróciła je na patelni i mrugnęła do niego.
— To chyba najstarszy znany przepis na chleb — wyjaśniła. — Dopiero teraz byliśmy w stanie przygotować do niego dość mąki.
— Bo do est? — zapytał Herzer, po czym przełknął wreszcie. — To znaczy, co to jest?
— To chleb, na którym zbudowano piramidy — wtrąciła się starsza kobieta. — Egipski. Ciężki, zakalcowaty, pełen witamin i minerałów.
— Chleb i piwo — przytaknął, kiwając głową. — Słyszałem o nim, ale nie tego się spodziewałem, słysząc słowo „chleb”. To posiłek sam w sobie.
— Tak właśnie mówią — radośnie przyznała dziewczyna. — Piramidy zbudowali na chlebie i piwie z odrobiną ryby oraz, przy świętach takich jak dziś, nie wielkich ilościach mięsa. I zobacz, co osiągnęli. — Na chwilę spoważniała, skupiając się na przeniesieniu gotowych jajek z patelni na jego deseczkę.
Nachylił się i położył dłoń na jej ręce.
— Któregoś dnia spojrzą wstecz i powiedzą to samo o nas — oświadczył poważnie.
Uśmiechnęła się do niego zalotnie, a potem przechyliła głowę w bok i wyciągnęła jedną z kiełbasek.
— Kiełbaskę? — spytała, unosząc brew.
Czemu trzeba było aż końca świata, żeby kobiety zaczęty mnie zauważać? pomyślał Herzer. Termin, który przyszedł mu do głowy to „zalotna dziewoja”. Była przyjemnie i wbrew modzie zaokrąglona, skądś też zdobyła sukienkę z epoki, która była na nią odrobinę za krótka w górnej części, dzięki czemu odkrywała całkiem sporo jej obfitego biustu. Spod czepka wyrywały się rude loki, ale ojej włosach nie dało się powiedzieć nic więcej. Znów nawiedziło go pewne wspomnienie i uśmiechnął się do niej.
— Nie, dziękuję — odpowiedział z mrugnięciem. — Mój limit to szesnaście.
Jednak wziął sobie miskę grysiku — bez niego nie wiedziałby, że jest po śniadaniu — i jeszcze jeden kawałek chleba oraz masło i dżem do kaszki. Zaniósł obładowaną tacę do jednego ze stołów i usiadł, spoglądając na zewnątrz przez niezabudowane ściany. Po okolicy kręciło się trochę ludzi, ale podobnie jak wczoraj nie działo się nic specjalnego. W pobliżu strumienia zbierały się grupki, rozmawiając i czasami się sprzeczając. Rozglądając się, zdał sobie sprawę, jak wielu ludzi w mieście nie znał. Musiało się tu zgromadzić przynajmniej dwa lub trzy tysiące osób, a znał przypuszczalnie zaledwie z piętnaście czy dwadzieścia. Uświadomił sobie także, jak… zróżnicowane, a równocześnie mocno ograniczone było jego życie przed Upadkiem.
Nigdy nie brał udziału w Jarmarkach, a największe zgromadzenia, w jakich kiedykolwiek uczestniczył, to przyjęcia w rodzaju tego u Marguerite. Jego choroba sprawiała, że raczej unikał grup, w których nie znał przynajmniej większości, a w miarę jak się rozwijała, stawał się coraz bardziej samotny. W tej chwili prawdopodobnie miał więcej przyjaciół, jeśli zaliczyć do nich niektórych członków jego klasy niż w całym swoim życiu. I znajdował się w pobliżu większej liczby ludzi, niż kiedykolwiek widział.
Pomyślał o próbie znalezienia Courtney i Mike’a, albo innych członków swojej grupy, ale nie miał pojęcia jak. Tamta dwójka oddaliła się poprzedniegc wieczora w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, gdzie mogliby położyć się razem zamiast spania w oddzielnych dormitoriach, w tej chwili mogli być gdziekolwiek. Zastanowił się nad wybraniem się do łaźni. Prawdopodobnie mógłby tan nawiązać jakąś rozmowę, ale zrezygnował z tego, gdy wziął pod uwagę swoje kurczące się zasoby pieniężne. Dziwnie przytłaczające było uświadomienie sobie, jak ograniczające było nieposiadanie funduszy. Dostał dwa żetony żywnościowe dodatkowo w stosunku do należnych mu trzech dziennie. Było już tal późno, że mógł sobie pozwolić na pominięcie obiadu, zyskując w ten sposób jeszcze więcej wolnych funduszy. Tak więc dałoby to trzy żetony nadwyżki Jedną dziesiątą zużył na kąpiel i tyle samo na wypranie ubrania. Jedna dziesiąta dla śpiewaczki i ćwierć za sakiewkę. Wydawało się to dość dużo jak za kawale’ zszytej skóry, ale z drugiej strony i tak wytargował obniżenie ceny o połowę. Właściwie to nie wydawał pieniędzy jakoś szczególnie rozrzutnie, ale musu jeszcze myśleć o wieczorze i jutrzejszym dniu. Był też przyszły tydzień, nie miał żadnej gwarancji, że dostanie kolejny bonus. To, z czym wyjdzie z programu uczniowskiego, niezależnie od tego, czy dołączy do straży, czy będzie używał nabytych w nim umiejętności, będzie musiało mu wystarczyć na początek. Tak więc postanowił być oszczędny.
Читать дальше