O piątej kret gotów był do pracy, jego nos skierowany był prosto ku dołowi. Reich z odległości obsługiwał urządzenie sterownicze i podobny do pocisku, nos kreta zaczął się obracać. Zaczął drążyć ziemię, która po chwili utworzyła niewielkie, miałkie usypisko. Przez kilka chwil usypisko drżało. Później kret zniknął bez śladu.
Podszedłem do ekranu radaru. Na samej górze poruszał się niewielki biały punkcik. Obserwowaliśmy jak posuwał się ku dołowi wolno — bardzo wolno, wolniej niż ruch wskazówki minutowej zegarka. Obok ekranu radaru inny monitor, podobny do telewizora, pokazywał tylko faliste linie przypominające dym. Chwilami linie te stawały się cieńsze w niektórych miejscach lub znikały w ogóle; działo się tak wtedy, gdy kret trafiał na skałę. Gdyby napotkał jakikolwiek obiekt o grubości większej niż dziesięć stóp, wyłączyłby się automatycznie, a elektroniczny laser zbadałby jego powierzchnię.
Godzinę później biała plamka przesunęła się do połowy ekranu — kret znajdował się na głębokości mili. Poruszał się teraz jeszcze wolniej. Reich podszedł do sondy i włączył ją. Jej urządzenia zarejestrowały kreta — także na głębokości mili. Pod nim, bardziej ku dołowi ekranu, widać było ogromny blok skalny. Wskazania sondy były dokładne.
Teraz wszyscy czekaliśmy w napięciu. Robotnicy stali w grupie z oczami wbitymi w ekran. Reich wyłączył sondę; wysyłana przez nią wiązka promieni mogła uszkodzić aparaturę kreta. Ryzykowaliśmy utratą bardzo cennej części naszego naukowego wyposażenia, ale nie widzieliśmy innego wyjścia. Sprawdziliśmy raz, a potem jeszcze raz, prawidłowość funkcjonowania sondy. Za każdym razem wskazywała ona, że potężne bloki miały mniej lub bardziej regularne kształty i spoczywały obok siebie. Niemożliwe, by były to naturalne skały.
Zniszczenie kreta nie musiało być czymś nieuchronnym. Jego wzmocniony pancerz mógł wytrzymać temperaturę do dwóch tysięcy stopni. Konstruktorzy zakładali nawet, że może on być eksploatowany w terenie, gdzie występują wulkaniczne lawy. Siła pancerza była ogromna, twórcy gwarantowali wytrzymałość na ciśnienie dwóch i pół tony na cal kwadratowy. Gdyby jednak dotarł do skalnych bloków znajdujących się na głębokości dwóch mil, będzie musiał wytrzymać ciśnienie dwukrotnie — lub prawie dwukrotnie — większe. Poza tym znajdujące się wewnątrz urządzenie nadawcze mogło nie wytrzymać takiej temperatury, na jaką kret będzie narażony. Dodatkowo zawsze istniało prawdopodobieństwo uwolnienia się kreta spod naszej kontroli lub uszkodzenia odbiornika.
Około wpół do dziewiątej, gdy zapadała już noc, kret przesunął się o dalszą połowę odległości, jaka dzieliła go od bloków. Były już tylko pół mili pod nim. Poleciliśmy robotnikom iść do domu, ale wielu z nich zostało. Kucharz przygotował nam posiłek z puszki; najwidoczniej zupełnie nie miał chęci na robienie czegoś bardziej pracochłonnego. Kiedy zapadła noc, siedzieliśmy w ciemności, nasłuchując cichego szumu urządzeń pomiarowych i wpatrując się w cudowny, biały punkt. Chwilami byłem już przekonany, że się zatrzymał. Reich, który miał lepszy wzrok, przekonywał mnie, że tak nie jest. O wpół do jedenastej odeszli z obozu ostatni robotnicy. Okryłem się stertą koców, gdyż zerwał się zimny wiatr. Reich palił jednego papierosa za drugim; nawet ja sięgnąłem po dwa. Nagle szum ustał. Reich zerwał się na równe nogi.
— Dotarł — powiedział.
— Jesteś pewien? — zauważyłem, że powiedziałem to skrzekliwym głosem.
— Całkowicie. Pozycja jest prawidłowa. Jest teraz bezpośrednio nad obiektem.
— I co teraz, co dalej?
— Uruchomimy skaner.
Włączył urządzenie. Utkwiliśmy wzrok w ekranie telewizyjnym; był czysty, co wskazywało, że skaner odbierał obraz masywnego i twardego obiektu. Reich nastroił urządzenie kontrolne. Znowu pojawiły się faliste linie, ale tym razem cieńsze i prostsze. Reich wyregulował urządzenie tak, by zbliżyć je do siebie: cała powierzchnia ekranu zasnuła się jednolitym wzorem czarnych i białych linii, jak para spodni w wąskie paski. Na tle owych linii bardzo wyraźnie rysowała się pewna liczba czarnych szram, swego rodzaju nacięć na skale. Napięcie kilku minionych godzin było tak wielkie, że byłem w stanie patrzeć na to bez większych emocji. Nie miałem wątpliwości, co to jest. Widziałem je już wiele razy przedtem — na bazaltowych statuetkach. Patrzyłem na symbole przedstawiające imię Abhotha Ciemnego.
Nie pozostało nic więcej do zrobienia. Sfotografowaliśmy obraz znajdujący się na ekranie, a następnie udaliśmy się do namiotu Reicha, by skontaktować się drogą radiową z Dargą przebywającym w Izmirze. Reich rozmawiał z nim pięć minut. Wyjaśnił całą sytuację, przeprosił za ryzyko, na jakie naraziliśmy kreta — będącego własnością rządu tureckiego — i powiedział, że definitywnie rozpoznaliśmy skalne bloki, które należą do kultury Wielkich Dawnych, o której wspomina napis na jednej z figurek.
Darga, jak podejrzewałem, był trochę pijany. Następnie zaproponował, że skoczy po Fu’ada, z którym natychmiast do nas przylecą. Przekonaliśmy go, że taki pośpiech nie ma zupełnie sensu, gdyż idziemy spać. Zaproponował, abyśmy spróbowali przesunąć kreta trochę w bok, by zbadał drugi blok. Reich odpowiedział mu, że jest to zupełnie niemożliwe. Kret nie mógł się poruszać w bok — a tylko do przodu lub do tyłu. Trzeba byłoby wycofać go z powrotem na setki stóp i następnie zmienić kierunek poruszania się w dół. Zabrałoby to wiele godzin.
W końcu przekonaliśmy Dargę i zakończyliśmy rozmowę. Byliśmy obaj potwornie zmęczeni, ale żaden z nas nie był senny. Kucharz zostawił przypadkiem urządzenie do zaparzania kawy. Wbrew rozsądkowi przyrządziliśmy kawę i otworzyliśmy butelkę brandy…
W takiej właśnie sytuacji, siedząc o północy w namiocie Reicha, 21 kwietnia 1997 roku, opowiedziałem mu o tym, co przeżyłem poprzedniej nocy. Zacząłem o tym mówić, jak sądzę, po to, byśmy mogli oderwać się od problemów wynikłych z odkrycia podziemnych bloków o rozmiarach siedemdziesięciu stóp. I to mi się udało. Ku memu zdziwieniu nie uznał tego, co mu powiedziałem, za jakieś dziwactwo. Podczas studiów studiował psychologię Junga i był obeznany z koncepcją „nieświadomości kolektywnej”. Jeśli istnieje nieświadomość kolektywna — jak zakłada teoria Junga — to ludzie nie stanowią samotnych wysp, ale są częścią olbrzymiego kontynentu umysłu. Był znacznie bardziej oczytany w psychologii niż ja. Przytoczył cytat z pracy Huxley’a, który brał — gdzieś w latach czterdziestych — meskalinę i doszedł do podobnych co i ja konkluzji, dotyczących przestrzeni wewnątrz nas. Huxley, jak się wydaje, poszedł dalej mówiąc o umyśle jako o odrębnym świecie, zbudowanym na podobieństwo, tego w którym żyjemy; porównał go do planety z własnymi dżunglami i oceanami. A na planecie tej — jak można się było tego spodziewać — żyją rozmaite dziwne stworzenia.
W tym miejscu zaprotestowałem. Huxley z pewnością, mówiąc o dziwnych stworzeniach, traktował to jako metaforę, taką licentia poetica. Mieszkańcami umysłu są wspomnienia, idee — ale nie potwory!
Reich obruszył się na to:
— A skąd wiemy, że nie?
— Zgadzam się, że nie wiemy. Ale zaprzeczenie temu dyktuje zdrowy rozsądek.
Pomyślałem o swych przeżyciach ubiegłej nocy i poczułem się mniej pewny. Czy to, co powiedziałem, było efektem zdrowego rozsądku? A może to po prostu zwykły nawyk, wynikły z określonego sposobu my sienią o umyśle — podobnie jak nasi przodkowie myśleli, że ziemia jest centrum wszechświata? Mówię o moim umyśle w taki sam sposób, jak o „moim ogródku” przy domu. Ale w jakim sensie mój przydomowy ogródek jest rzeczywiście „mój”? Pełno jest przecież robaków i owadów, które bynajmniej nie prosiły mnie o przyzwolenie, by mogły tam żyć. Będzie nadal istniał, nawet wówczas, gdy będę martwy…
Читать дальше