Strach przed nieznanym minął i umysł po prostu zajął się tym problemem. W tym momencie poczułem się śpiący. Jedną z ostatnich myśli, jaka mi się nasunęła, było przypuszczenie, że mogła to być halucynacja wywołana turecką kawą i cygarem…
Już następnego ranka, koło siódmej, wiedziałem na pewno, że nie była to halucynacja. Pamięć tych doświadczeń była zadziwiająco jasna. W dodatku — muszę teraz przyznać — doświadczenia te bardziej mnie fascynowały, niż przerażały. Łatwo to zrozumieć. Świat życia codziennego wymaga skupienia uwagi na tym, co się robi, a co zarazem uniemożliwia „zatopienie się w sobie”. Jako romantykowi zawsze brakowało mi codzienności, lubię bowiem pogrążać się w sobie. Problemy i lęki codzienności utrudniają to. No tak, teraz żywiłem lęk wobec czegoś wewnątrz mnie i to przypominało mi, że mój świat wewnętrzny jest tak samo realny i ważny jak świat fizyczny.
Miałem ogromną ochotę porozmawiać o tym wszystkim, co przeżyłem, przy śniadaniu z Reichem. Coś mnie jednak przed tym powstrzymywało — myślę, że była to po prostu obawa, iż zostanę źle. zrozumiany. Zauważył, że jestem jakiś rozkojarzony, ale odparłem mu, że zachowałem się wczoraj wieczorem niezbyt mądrze, paląc cygaro podarowane mi przez Dargę. I to było wszystko, co mu powiedziałem…
Tego ranka doglądałem przenoszenia elektronicznej sondy w nowe miejsce, bliżej wzniesienia. Reich udał się do namiotu, by wymyślić coś, co ułatwiłoby przemieszczanie tego ciężkiego urządzenia — chodziło mu o stworzenie czegoś na podobieństwo poduszki powietrznej, która byłaby umieszczona pod urządzeniem; na przykład pojazd pracujący na podobieństwo poduszkowca. Robotnicy postawili sondę w połowie drogi do ruin, poniżej dolnej bramy. Kiedy wszystko już było gotowe, zająłem miejsce w urządzeniu pomiarowym, nastawiłem odpowiednio ekran i włączyłem przycisk.
Prawie natychmiast zorientowałem się, że czujniki natrafiły na coś. Biała linia, przebiegająca pionowo przez ekran, wskazywała niewielkie wybrzuszenie na wysokości połowy monitora. Kiedy wyłączyłem zasilanie wzmacniając sygnał zwrotny, natychmiast przekształciła się ona w szereg równoległych linii poziomych. Wysłałem kogoś, by ściągnął Reicha i nadal ostrożnie przesuwałem gałki kontrolne, sondując we wszystkich kierunkach wokół odkrytego, regularnego przedmiotu. Monitor wykazał, że przedmiotów takich było więcej, leżących po prawej i lewej stronie odkrytego obiektu.
Było to, oczywiście, pierwsze moje doświadczenie związane z odnajdywaniem czegokolwiek za pomocą sondy; tak więc nie miałem żadnego pojęcia, jakich rozmiarów był odkryty obiekt ani na jakiej głębokości leżał. Kiedy w chwilę później nadbiegł Reich, rzucił tylko okiem na ekran, a następnie na tablicę kontrolną i jęknął:
— Chryste, to cholerne urządzenie zepsuło się!
— W jaki sposób?
— Musiałeś za mocno przekręcić gałki urządzenia kontrolnego i coś się rozłączyło. Zgodnie z tym, co teraz pokazuje, obiekt, który zlokalizowałeś, znajduje się dwie mile pod nami i ma siedemdziesiąt stóp wysokości!
Wstałem z fotela z dość ponurą miną. To prawda, nie potrafię obchodzić się z urządzeniami mechanicznymi. Nowe samochody psują się całkowicie w przeciągu kilku godzin, jeśli tylko ja nimi kieruję. W maszynach, które nie sprawiały dotąd nikomu najmniejszych kłopotów, wysiadały bezpieczniki — jak tylko się do nich zbliżałem. W tym jednak wypadku nie sądziłem, bym cokolwiek złego zmajstrował przy tym urządzeniu, ale i tak miałem poczucie winy.
Reich odkręcił płytę zakrywającą część mechanizmów sondy i zajrzał do środka. Nie stwierdził, by cokolwiek nawaliło, ale zaraz dodał, że po lunchu będzie musiał sprawdzić wszystkie obwody, aby się co do tego upewnić. Kiedy go przepraszałem, klepnął mnie po ramieniu:
— Nie ma sprawy. W końcu coś znaleźliśmy. Teraz tylko musimy się dowiedzieć, jak głęboko to się znajduje.
Zjedliśmy dobry lunch na zimno. Następnie Reich pospieszył do swego urządzenia. Wziąłem nadmuchiwany materac i poszedłem położyć się pod bramą lwów, aby dojść do siebie po nieprzespanej nocy. Spałem głęboko i spokojnie przez dwie godziny:
Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem Reicha stojącego obok mnie i wpatrzonego w rzekę. Spojrzałem na zegarek — i zerwałem się z materaca.
— Czemu, do diabła, nie obudziłeś mnie?
Siadł obok mnie na ziemi. Wyglądał na zrezygnowanego.
— Co się stało? Nie znalazłeś usterki?
Spojrzał na mnie, zamyślony:
— Nie ma żadnej usterki.
— Mówisz, że sonda jest już naprawiona?
— Nie. Ona była w porządku.
— To bardzo dobrze, to pocieszające. W takim razie, co nie grało?
— To właśnie mnie martwi. Wszystko było w porządku.
— Ach, tak! W takim wypadku możesz podać, na jakiej głębokości znajduje się obiekt?
— Tak, mogę. Tak głęboko jak wskazał licznik. Dwie mile.
Opanowałem ogarniające mnie podniecenie, już dziwniejsze rzeczy mi się przytrafiały.
— Dwie mile — powtórzyłem. — Przecież jest to głębokość, sięgająca poniżej stóp wzgórza. Myślę… że taka głębokość lokalizuje obiekt w skałach archeozoicznych.
— To zależy. Myślę jednak, że masz rację.
— Poza tym, jeśli głębokość położenia obiektu została ustalona prawidłowo, to również, najprawdopodobniej, prawidłowy jest także pomiar wielkości obiektu: około siedemdziesięciu stóp; brzmi to zupełnie nieprawdopodobnie. Nawet bloki wielkiej piramidy nie mają takich rozmiarów.
Na te moje wywody Reich odparł dobrotliwie:
— Drogi przyjacielu, całkowicie podzielam twój pogląd w tej kwestii. Jest to po prostu niemożliwe. Ale sprawdziłem cal po calu wszystkie obwody sondy i doprawdy nie wiem, gdzie mogłoby powstać uszkodzenie.
— Jest tylko jeden sposób, aby to sprawdzić: wypłać pod ziemię „kreta”.
— To właśnie chciałem ci zasugerować. Lecz jeśli rzeczywiście obiekt leży dwie mile pod powierzchnią, to kret w niczym nie pomoże.
— Dlaczego?
— Po pierwsze, ponieważ nie jest przystosowany do przebijania się przez skały, tylko przez ziemię i glinę. A najprawdopodobniej w trakcie zbliżania się do obiektu, który zlokalizowała sonda, trafi na skały. Po drugie, jeśli nawet nie natrafi na tej głębokości na skały, to i tak ciśnienie wewnątrz ziemi zniszczy go; to tak, jakby znajdował się dwie mile pod powierzchnią morza. Ciśnienie wyniosłoby wówczas tysiąc funtów na cal kwadratowy. A i temperatura wzrasta o sto stopni na każdą milę głębokości. Mogłoby więc być za gorąco jak na naszego kreta, będącego urządzeniem naszpikowanym elektroniką.
Ogrom problemu przerażał mnie. Jeśli Reich miał rację, to nie było żadnej nadziei, aby kiedykolwiek wydobyć ten obiekt — obiekt, który najprawdopodobniej stanowił część muru miasta lub świątyni. Pomimo naszej współczesnej, tak skutecznej techniki, nie byliśmy w stanie zdobyć urządzeń pracujących w tak wysokich temperaturach, pod tak wysokim ciśnieniem i zdolnym wynieść z głębokości dwóch mil równie wielkie bloki.
Powróciliśmy z Reichem do sondy. Jeśli wyniki, które podawała, były poprawne — a Reich zdawał się tak sądzić — to pojawiał się przed archeologią problem niezwykły. Jak, do diabła, mogły się owe obiekty tak głęboko zapaść? Być może w trakcie jakiejś erupcji cały ten obszar obniżył się. Spadł w otchłań pod nim się znajdującą. Zatem — pewnie pusta przestrzeń wypełniona była wodą lub mułem… Ale… muł, sięgający dwóch mil w głąb? Jak wiele tysięcy lat potrzeba byłoby na to? Obydwaj czuliśmy, że tracimy rozsądek. Kusiło nas, by pospieszyć do telefonu i skonsultować się z kolegami, ale powstrzymywał nas przed tym krokiem strach, że popełniliśmy jakiś niewyobrażalny błąd.
Читать дальше