Ben Bova - Wędrowcy
Здесь есть возможность читать онлайн «Ben Bova - Wędrowcy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1994, Издательство: Orion, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Wędrowcy
- Автор:
- Издательство:Orion
- Жанр:
- Год:1994
- Город:Warszawa
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Wędrowcy: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wędrowcy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Lee Dubridge
Wędrowcy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wędrowcy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Jo załatwiła sobie przydział osobnej pracowni na pierwszym piętrze. Była to niewielka klitka o nagich ścianach, pomalowanych na koszmarny zielony kolor, jak przystało na instytucję wojskową. Wychodziła na galerię i na „jamę”. Biurko było metalowe i miało czysto funkcjonalny charakter. Było dobrze nadwerężone zębem czasu i długoletnim używaniem. Na obrotowym fotelu należało umieć siedzieć, gdyż za duży przechył do tyłu powodował wywrotkę. Na szczęście marynarz, który dostarczył umeblowanie dla jej pracowni, poinformował ją o tym zawczasu. Metalowe szafy na akta — całe grzechotały. Jednakże stojący na biurku monitor, podłączony do głównego komputera, a także należąca doń klawiatura i drukarka były nowiutkie i spisywały się znakomicie. Jo nie było potrzeba nic więcej.
Jej elektryczny czajnik zaczynał właśnie gwizdać, gdy w otwartych drzwiach jej pracowni stanął Markow i zapukał w drewnianą futrynę.
Odwróciła się z czajnikiem w ręce.
— Och! Cześć!
Mrugnął do niej.
— Moja instruktorka pływania — rzekł śmiejąc się. — A więc to tutaj ukrywa się pani w ciągu dnia?
— Wcale się nie ukrywam. Pracuję. — Zaprosiła go do środka gestem dłoni. — Napije się pan herbaty?
— Z przyjemnością — odparł, siadając na jednym z metalowo-plastikowych krzeseł pod ścianą.
Tymczasem Jo wyjęła z jednej z metalowych szuflad plastikowy kubeczek, włożyła doń woreczek herbaty i zalała wrzątkiem. Następnie postawiła kubeczek na zalegających biurko komputerowych wydrukach i arkuszach papieru maszynowego.
— Niestety, nie mam cukru ani mleka — usprawiedliwiła się.
— Dziękuję, tak jest dobrze — powiedział Markow.
Jo usiadła na krześle obok niego. Dzieliła ich tak mała odległość, że czuł zapach jej skóry i woń szamponu, w którym umyła włosy.
Markow odchrząknął.
— Przyszedłem w sprawie urzędowej — zaanonsował.
— Nie na nową lekcję pływania? — przekomarzała się z nim.
— To może później — odparł śmiejąc się.
— W porządku.
Wydawał się być bardzo podniecony, jak dorastający chłopiec na swej pierwszej randce.
— Hmm. To znaczy… Radioastronomowie zamierzają wysłać dziś nowe sygnały do tego statku, gdy tylko wzejdzie nad horyzont.
— Owszem, wiem o tym — odparła Jo.
— Będzie wysłanych kilka rodzajów sygnałów na różnych częstotliwościach.
— Wyślą też wiązkę laserową?
— Stoner zażądał, aby włączyć do eksperymentu bardzo silny laser z jednego z obserwatoriów na Hawajach. Będzie tu dostarczony za tydzień lub dwa.
„A więc postawił na swoim — pomyślała Jo. — Wiedziałam, że tak będzie.”
— Oni zdecydowali się również — ciągnął Markow — żeby zgodnie z moją sugestią wysłać do tego obcego statku pulsacje, które od niego odebraliśmy, gdy był w pobliżu Jowisza; odrzucić mu piłkę, którą on sam rzucił.
— Wspaniały pomysł! — wykrzyknęła Jo.
— Naprawdę pani tak uważa? — Jego twarz rozpromieniła się.
— Naturalnie. To jest naprawdę cudowny pomysł.
Sięgnął po stojący na biurku kubeczek i pijąc pospiesznie herbatę, poparzył sobie usta.
— No tak, ale obawiam się — rzekł po chwili — że będziemy teraz potrzebowali sporo czasu, aby przetworzyć komputerowo sygnały z tych taśm, które mamy, w sygnały, które mogą być wyemitowane przez tutejsze radary.
— Ma pan na myśli te taśmy magnetofonowe z Nowej Anglii? — spytała Jo.
— Czy doktor Thompson nie przywiózł tu ze sobą komputerowego zapisu tych taśm?
— Tak, właśnie te taśmy miałem na myśli. Rozmawiałem już o nich z Thompsonem. Ma zarówno taśmy, jak ich zapis numeryczny.
— No, to w takim razie nie ma problemu — rzekła odchylając się nieco do tyłu. Potrzebujemy jedynie trochę czasu, żeby przejrzeć ten zapis i upewnić się, czy jest zgodny z językiem komputerowym, którym się tu posługujemy. Więcej czasu zajmie nam wypełnienie formularzy, żeby te zapisy pobrać z archiwum, niż samo przetwarzanie.
Markow wydał z siebie westchnienie ulgi.
— Kiedy mógłbym oczekiwać…?
— A na kiedy jest to panu potrzebne? — przerwała mu. — Bo to, nad czym teraz pracuję, to sprawy raczej szablonowe. Mogłabym się jeszcze dziś zająć pana sprawą i miałby pan wszystko gotowe na jutro.
— Cudownie!
Uśmiechnęła się do niego.
— Bądź co bądź, jesteśmy partnerami w pływaniu — rzekła. — Ma się względy dla znajomych.
Na jego twarzy wykwitł rumieniec.
— Jestem… pani winien przeprosiny za wczorajszy wieczór. Wie pani, my, Rosjanie, nie uchodzimy za najlepszych pływaków.
— Nie musi mnie pan za nic przepraszać — rzekła.
Serce Markowa biło tak mocno, że był pewien, iż ona również je słyszy.
— Jo, najmilsza damo — odważył się nazwać ją po imieniu — dla pani stawiłbym czoła nawet smokom.
— Na lądzie?
— Och, tak… raczej na lądzie.
— Jest pan bardzo miły, panie Markow — powiedziała.
— Mam na imię Kirył.
— Dobrze więc, Kirył. Jeśli spotkam na swojej drodze jakiegoś smoka, zaraz dam panu znać.
Ujął obie jej dłonie i po kolei ucałował.
— Szaleję za panią, droga damo.
— Och, nie. — Twarz Jo posmutniała. — Nie powinien pan tak mówić.
Wzruszył ramionami z rezygnacją.
— Jest już grubo za późno na takie rady. Kocham panią bez reszty.
Wesołość zupełnie znikła z jej twarzy i teraz patrzyła na niego z całą powagą.
— Gdybyśmy się spotkali przed rokiem… albo nawet przed sześcioma miesiącami…
— Wiem, wiem — rzekł, zaglądając jej głęboko w oczy. — Profesor McDermott rości sobie prawo do pani. Ale nie sądzę, aby pani brała to poważnie.
— Nie biorę. — Jej głos był tak cichy, że Markow ledwie usłyszał, co powiedziała.
— W takim razie mogłaby pani wziąć mnie poważnie — rzekł usiłując ją rozweselić.
Nie odpowiedziała. Sprawiała wrażenie zupełnie załamanej.
Wziął ją delikatnie pod brodę i lekko uniósł jej głowę, tak iż mógł znów zajrzeć w jej przecudne oczy.
— Jest jeszcze ktoś inny, prawda? — zapytał smutno.
Jo milczała.
— Ktoś, kto nie odwzajemnia pani miłości — mówił Rosjanin. — Albo… może nawet nie wie, że pani go kocha.
Z jakiejś trudnej do zgłębienia przyczyny Jo wiedziała, że może zaufać temu miłemu, chłopięco wyglądającemu mężczyźnie. Wolno skinęła głową.
Markow ciężko westchnął.
— Kimkolwiek on jest, jest szczęśliwcem — rzekł cicho. — I frajerem.
Reynaud szedł z trudem wzdłuż plaży i pozwalał, aby fale obmywały mu co chwila bose nogi. Nogawki jego czarnych spodni, podwinięte wysoko, ukazywały sękate kolana, a mokra koszula ściśle przylegała do pleców.
Promienie popołudniowego słońca oślepiały go. Nagle dostrzegł przed sobą na wpół zanurzone w wodzie ciało mężczyzny z rozłożonymi bezładnie rękami. Sapiąc z przejęcia, podbiegł do niego. Był to Hans Schmidt.
— Helo! — zawołał holenderski astronom, podnosząc głowę i patrząc badawczo na Reynauda. — Dokąd pan tak biegnie?
Dominikanin ledwie zdołał zrobić kilka ostatnich kroków, jakie dzieliły go od młodzieńca. Był zupełnie wyczerpany nagłym wysiłkiem.
— Myślałem, że jest pan nieprzytomny albo nieżywy — wyszeptał, padając obok niego na piasek. — Któż to widział leżeć w taki sposób!
Schmidt wciąż leżał wyciągnięty, z płową głową na piasku. Jego koszula była rozpięta i lekko się wydymała pod wpływem morskiej bryzy, a spodnie i obute w sandały stopy spoczywały w wodzie.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Wędrowcy»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wędrowcy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Wędrowcy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
