Ben Bova - Wędrowcy
Здесь есть возможность читать онлайн «Ben Bova - Wędrowcy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1994, Издательство: Orion, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Wędrowcy
- Автор:
- Издательство:Orion
- Жанр:
- Год:1994
- Город:Warszawa
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Wędrowcy: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wędrowcy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Lee Dubridge
Wędrowcy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wędrowcy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
— Nic mi nie jest — rzekł, uśmiechając się po szelmowsku.
— Więc dlaczego pan…? — Reynaud zrobił wymowny gest.
— A czemu by nie? Cóż innego pozostało mi do roboty? — Schmidt uniósł rękę i zbliżył do ust trzymany między palcami brązowy papieros.
— Mówi pan, że nie ma pan tu nic do roboty? Przecież jest pan astronomem?
Schmidt zaciągnął się głęboko.
— Nie wysłali mnie tu, żebym pracował — rzekł. — To jest zesłanie. Więzienie. Znalazłem się tutaj, bo za dużo wiedziałem.
— Ale przecież to…
Młody człowiek poczęstował Reynauda papierosem i ciągnął:
— Ale, jak na więzienie, nie jest tu tak źle. Piękna okolica. A oni mają tu niezłą „trawkę”. Proszę spróbować. Marynarze sprzedają ją tanio. Sprowadzają ja z Filipin.
— Czy to jest marihuana? — spytał Reynaud, przyglądając się papierosowi.
Schmidt roześmiał się i uniósł na łokciu.
— Zapomniałem, że wasze pokolenie miało problemy z alkoholem — rzekł. — Teraz się boicie nawet spróbować marihuany.
— No cóż… — Reynaud odruchowo sięgnął po papierosa. Włożył go do ust i głęboko się zaciągnął. Chwycił go kaszel.
Schmidt opadł znów na piasek i aż zatrząsł się ze śmiechu.
— Dawno… ostatni raz paliłem bardzo dawno temu — rzekł chrypliwie dominikanin i otarł palcem łzy, które nabiegły mu do oczu.
Oddał papieros Schmidtowi, który zaraz zaciągnął się kilka razy z ukontentowaniem.
— Proszę nie patrzyć na mnie z takim zgorszeniem — odezwał się po chwili młody astronom. — Ja wiem, że mógłbym im sporo pomóc. Tym Amerykanom i Rosjanom. Są tak ruchliwi, tak przedsiębiorczy, Ale dlaczegóż bym miał to robić? Ja odkryłem te przeklęte sygnały. Gdyby nie ja, oni wszyscy byliby teraz w domach ze swymi rodzinami i przyjaciółmi. I ja byłbym w domu z moją Katriną. Planowaliśmy już, kiedy się pobierzemy. Spalibyśmy ze sobą. Zamiast tego ja jestem tutaj, a ją rżnie prawdopodobnie kto inny.
Reynaud położył się na plecach i wyciągnął przed siebie swe krótkie nogi — Wiem, jak się pan czuje. To diabelstwo wyrwało nas wszystkich z domowych pieleszy.
— Nic pan nie wie! — obruszył się Schmidt. — Co pan może wiedzieć o sprawach łóżkowych?
Z gorzkim uśmiechem Reynaud sięgnął znów po papierosa i ponownie się zaciągnął. Tym razem już nie zakaszlał.
— Ilekroć któryś z tych Amerykanów patrzy na mnie — mruczał Schmidt — czuję gniew i wściekłość. Oni obwiniają mnie o to, że znaleźli się na tej wyspie.
— Bzdura! Większość z nich cieszy się z tego. Ten projekt bardzo ich ekscytuje.
— Ale nie mnie — rzekł Schmidt.
— Ani mnie. — Reynaud przesłonił ręką oczy i spojrzał w stronę laguny.
Nigdzie, aż po sam horyzont, nie było widać ani śladu jakiegoś żagla, jakiegoś życia. Tak jakby się znajdowali na bezludnej wyspie.
— Nie nudzi się pan?
— Nie ma tu nic do zrobienia dla emerytowanego kosmologa — odparł Reynaud, wzruszając ramionami.
— Trzeba wymyślać nowe teorie! Chyba po to są kosmologowie.
— Być może, ale ja za bardzo przylgnąłem do dawnych poglądów… Czuję się jak skamielina, czy jak mumia, którą wydobyto na światło dzienne po tysiącach lat spoczywania w grobowcu.
— Co pan takiego zrobił, że pana zesłali? Zgwałcił pan jakąś zakonnicę?
Reynaud popatrzył na anielską twarz młodziana.
— Chyba nie.
Pociągali na przemian z papierosa, aż pozostał z niego tylko mały niedopałek, który Schmidt niedbale wrzucił do wody.
— Tam, skąd to sprowadzają, jest pełno fajnych mniszek — powiedział w zadumie. — Wyglądał teraz na odprężonego i uspokojonego.
Natomiast Reynaudowi kręciło się w głowie. Chwiejąc się wstał.
— Pójdę lepiej do siebie… — rzekł.
— Niech pan zostanie. Może ten przeklęty obiekt spadnie w tę lagunę i wszyscy wrócimy do siebie.
— Jest jeszcze pięćdziesiąt milionów kilometrów stąd.
— A więc dobrze. — Schmidt nagle zmienił pozycję i usiadł na piasku. — Spróbuję się z nim spotkać w połowie drogi.
— Co pan chce zrobić?
Z uśmiechem konspiratora młodzieniec rzekł:
— Mam w pokoju… parę pigułek, które mogą pana wynieść prosto do gwiazd. — Zrobił szybki ruch ręką ku górze. — Kupiłem od cywila, który prowadzi pocztę.
— Nie, dziękuję…
Schmidt wstał i chwycił Reynauda za ramię.
— Chodź pan, pokażę panu — kusił. — Nie ma się czego bać. To lepsze niż alkohol. Niech pan idzie ze mną.
Reynaud już nie oponował. Pozwolił się młodzianowi ciągnąć w stronę „żłobka”.
ROZDZIAŁ XXV
Skoro możliwe jest nawiązanie łączności, wydaje nam się, że wiemy, o czym powinna być pierwsza, nadana wiadomość. Otóż o tym co obie komunikujące się cywilizacje dzieliłyby niewątpliwie ze sobą. A jest tym nauka.
CARL SAGAN Szepty Ziemi: Międzygwiezdny rekord Voyagera Random House 1978Stoner spacerował tam i z powrotem po nagrzanej słońcem, dusznej sali ośrodka kontroli, omijając zatory z krzeseł oraz zgromadzonych tłumnie mężczyzn i kobiety. Kilkunastu operatorów siedziało ze słuchawkami na uszach i przy pulpitach przed szafami z aparaturą elektroniczną, a ich wzrok był utkwiony w zielonkawych ekranach radarów.
W sali panował mrok. Jedyne światło pochodziło od ekranów i jarzących się lampek kontrolnych na pulpitach. W ośrodku zgromadziło się tak wiele osób, że pracujące na cały regulator klimatyzatory nie mogły obniżyć temperatury sali.
Stoner rozglądał się bez przerwy, niby wsadzony do klatki tygrys czy jaguar, zerkając co chwila gniewnym wzrokiem na pochylonych nad pulpitami operatorów i pojawiające się na monitorach liczby.
W pewnej chwili otwarły się drzwi na zewnątrz i jasny snop światła padł na zgromadzonych. Wszyscy poruszyli się i zaczęli odeń odsuwać. „Nietoperze — pomyślał Stoner. — Jesteśmy wszyscy jak stado przeklętych nietoperzy, kryjących się przed światłem dnia.”
Drzwi otworzył Markow. Zamknął je natychmiast i na palcach podążył w stronę Stonera.
— Czy coś jest?
— Ni diabła! — odparł Stoner. — Czekamy już prawie sześć cholernych godzin i żadnej reakcji.
Markow utkwił wzrok w jednym z najbliższych ekranów.
— Nie wiem, czy się z tego cieszyć, czy martwić — rzekł.
— Tylko martwić — rzekł gniewnie Stoner.
Rosjanin wzruszył ramionami.
— Mam dla pana wiadomość z laboratorium fotograficznego — rzekł do Stonera. — Dostali najnowsze, wysokiej rozdzielczości zdjęcia z Greenbelt.
Stoner przestał się interesować ekranami i popatrzył na niego.
— Z Wielkiego Oka? Czy już je oglądali? Co na nich widać?
— Powiedzieli, że wyszły słabo…
„A czego się spodziewałeś? — mruknął do siebie Stoner. — Nic tu nie idzie dobrze. Żadna przeklęta rzecz!”
— Najlepiej, jak sam tam pójdę i spojrzę na nie — rzekł głośno.
— Powiedzieli mi, że na zdjęciach wychodzi wciąż tylko rozmazana plamka i nic więcej. Wygląda prawie jak głowa komety.
— Chryste Panie! Niech pan tego nie mówi McDermottowi. Tego mu tylko potrzeba, żeby storpedować plany rendez-vous w kosmosie.
Doktor Marvin Chartris przechylił się do tyłu na swym obrotowym krześle i zerknął na zewnątrz przez zakratowane okna swego biura na parterze budynku muzeum. Na łaciatej murawie przed gmachem baraszkowały dwa psy, kilkanaścioro dzieci stało dookoła i przyglądało się wdzięcznej scenie.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Wędrowcy»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wędrowcy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Wędrowcy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
