Ben Bova - Wędrowcy
Здесь есть возможность читать онлайн «Ben Bova - Wędrowcy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1994, Издательство: Orion, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Wędrowcy
- Автор:
- Издательство:Orion
- Жанр:
- Год:1994
- Город:Warszawa
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Wędrowcy: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wędrowcy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Lee Dubridge
Wędrowcy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wędrowcy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
„Ach, ta wiosna na Manhattanie” — pomyślał Chartris.
W tej chwili na jego biurku zadzwonił telefon.
Chartris zerknął do pokoju sekretarki przez otwarte drzwi swego gabinetu, ale jak zwykle, nie było jej nigdzie widać. Przypomniał sobie swą odpowiedź na pytanie jednego ze zwiedzających: „Ile osób pracuje w muzeum?” Odpowiedział wtedy, że jedna trzecia zatrudnionych. I była to prawda; jego sekretarka należała przeważnie do pozostałych dwóch trzecich personelu.
Nie czekając, aż wróci, podniósł słuchawkę.
— Słucham, planetarium — rzekł.
Marv? — rozległ się przerywany trzaskami głos po drugiej stronie linii. — Mówi Harry Hurtunian.
— Jak się masz, Harry! Co słychać w San Diego?
— Wszystko wspaniale. Przychodzi dużo ludzi. A u ciebie?
— Ledwo wychodzę na zero.
— Czy nie napadli cię ostatnio? Słyszałem, że Nowy Jork jest bardziej niebezpieczny przy dobrej pogodzie.
— Kiedy my tu mamy dobrą pogodę? — rzekł smutno Chartris.
Hartunian zachichotał.
— Słuchaj, Marv, czy nie masz jakichś informacji o wzmożonej aktywności słońca? O flarach, protuberancjach? Chciałem się dowiedzieć w obserwatorium w Kitt Peak, co się dzieje, ale nie powiedzieli mi ani słowa.
— To ty też?
— Co ja też? O co ci chodzi?
Chartris zaczął się wiercić na swym krześle, jak przedwcześnie rozwinięty uczeń, którego ignoruje nauczyciel.
— Od ostatniego wtorku dostaję takie telefony, jak twój, z całego kraju — rzekł wyjaśniająco. — Wszyscy widzą zorzę polarną.
— Aha. Tu było wczoraj wieczorem wielkie widowisko.
— O ile mi wiadomo, słońce nie przejawia teraz wzmożonej aktywności — ciągnął Chartris. — Pytałem o to w Kitt Peak, w Instytucie Smithsona. Pytałem nawet kilku kolegów z NASA. Nie ma żadnych flar. Nawet plamy słoneczne są w tej chwili bardzo nieliczne.
— W takim razie, co, u diabła, spowodowało wczorajszą zorzę? Na naszej szerokości nie widuje się normalnie zorzy polarnej.
— Zabij mnie, jeśli wiem — wyznał Chartris drapiąc się po głowie. — Ale naprawdę nie jesteście tam w San Diego jedynymi, którzy to ostatnio widzieli. W Denver, w Salt Lakę City, nawet w Las Vegas też były w zeszłym tygodniu takie przedstawienia.
— A w Nowym Jorku nie było?
— Chyba żartujesz. My się tu cieszymy, gdy możemy czasem zobaczyć Księżyc w pełni.
Hartunian nie roześmiał się.
— Co to wszystko znaczy, Marv? — spytał. — Masz jakieś wyjaśnienie?
— Nie mam. Cokolwiek by to nie było, jest czymś bardzo niezwykłym — Niezwykłym? To jest przerażające!
Sala konferencyjna w ośrodku komputerowym była za mała, aby pomieścić wszystkich zaangażowanych w projekt „Jupiter”, i Ramsey McDermott bardzo się z tego cieszył. Chciał konferować tylko z ludźmi znaczącymi, nie z pętakami.
— Robole powinni się zajmować pracą — mruczał sobie pod nosem, przemierzając kilka metrów, jakie dzieliły jego gabinet od sali konferencyjnej.
McDermott przeznaczył na swe biuro największe pomieszczenie, jakie znajdowało się na parterze budynku komputera. Na całej wyspie nie było bardziej imponującego i wygodnego biura, z wyjątkiem być może gabinetu kapitana Marynarki, dowodzącego miejscowym personelem wojskowym. Biuro kapitana Youngblooda — aczkolwiek większe od jego — mieściło się jednak w starym budynku administracji z jego nieszczelnymi klimatyzatorami okiennymi i niedalekim pasem startowym lotniska. Pokój komandora porucznika Tuttle’a sąsiadował z biurem kapitana.
Natomiast McDermott korzystał w swym biurze z centralnej klimatyzacji i miał mało uciążliwe sąsiedztwo centralnego komputera. Jednym słowem, biuro McDermotta w pełni odpowiadało jego stanowisku dyrektora projektu i jego pozycji cenionego naukowca, który kontaktuje się bezpośrednio z Białym Domem i który — o ile wszystko pójdzie dobrze — ma wszelkie szansę dostać nagrodę Nobla.
McDermott zwykł się nieco spóźniać na swe cotygodniowe narady z szefami różnych grup, gdyż chciał być pewny, że gdy się zjawi, wszyscy będą już obecni: Zworkin i dwaj jego najbardziej zaufani doradcy, plus lingwista Markow, reprezentujący NATO Cavendish, trzech zmieniających się osobników z Narodów Zjednoczonych, trzech Chińczyków, którzy jeszcze nie wypowiedzieli słowa na żadnej z poprzednich konferencji, reprezentant Watykanu — Reynaud oraz Thompson, reprezentujący grupę samego McDermotta ze Stanów Zjednoczonych, wraz z dwoma swym współpracownikami.
Jednym z nich był Stoner.
Na widok tego ostatniego twarz McDermotta nachmurzyła się — ten człowiek przysparzał mu od początku samych kłopotów. Bez przerwy nalegał na wysłanie misji załogowej i spotkanie w kosmosie ze zbliżającym się statkiem.
„Chce przejąć ode mnie kierownictwo projektu — wmawiał sobie McDermott. — Ale na darmo się trudzi, bo tego celu nigdy nie osiągnie. Mam jego dziewczynę i jestem szefem całego interesu… I mam zamiar pozostać na górze. W obu aspektach.”
Zaśmiał się w duchu, wchodząc do sali i szybko podszedł do poczesnego miejsca przy stole obrad. Następnie wyjął z różnych kieszeni garnituru fajkę, zapalniczkę, tytoń, rozwiertak do fajki i parę wyciorów. Rozłożył je przed sobą na stole i dopiero wtedy usiadł, odpowiadając lekkim skinieniem głowy na pozdrowienia przybyłych. Był jedynym uczestnikiem narady ubranym w garnitur czy choćby marynarkę. Wszyscy pozostali byli rozchełstani, jak łazęgi, które włóczą się po plaży. Nawet Rosjanie mieli na sobie koszule z krótkimi rękawami.
„Dlatego teraz siedzę na tym miejscu — pomyślał, zlustrowawszy przybyłych krytycznym spojrzeniem. — Potrafię zachować godność.”
Powiódł wzrokiem po sali.
— Gdzie jest doktor Reynaud? — zapytał.
Nikt nie wydawał się wiedzieć.
McDermott spiorunował wzrokiem swoją sekretarkę, cywilną pracowniczkę Marynarki, kobietę już po czterdziestce, siedzącą przy rogu stołu, po jego lewej stronie, z magnetofonem gotowym do użycia.
— Wiedział, że się mamy spotkać — rzekła usprawiedliwiająco.
— Proszę zadzwonić do jego mieszkania — nakazał. — I znaleźć go. — Odwrócił od niej głowę i powiódłszy znów wzrokiem po zebranych, rzekł: — Będziemy musieli zacząć bez niego.
Sekretarka włączyła magnetofon i pośpiesznie wyszła z sali.
— A więc, jak stoimy z badaniami? — spytał basowo McDermott.
Pozostali uczestnicy narady spojrzeli po sobie, zastanawiając się, kto winien odezwać się pierwszy. Wreszcie Markow pociągając się nerwowo za brodę, rzekł:
— Dziś rano rozpoczęliśmy nadawanie różnego rodzaju sygnałów w stronę statku…
— Tak — przejął pałeczkę Zworkin. — Mam przeźrocze, które pokazuje jakie to były sygnały i na jakich częstotliwościach zostały nadane. — Nacisnął guzik zainstalowany z boku stołu, przy swym krześle i na ekranie projekcyjnym w tyle sali pojawiła się lista pełna liczb i symboli.
— Nie było jeszcze odpowiedzi — rzekł McDermott.
— Jeszcze nie — odparł Zworkin. — Ale upłynęło dopiero kilka godzin.
— Niedługo będziemy tu mieli system laserowy z Maui — odezwał się Jeff Thompson.
— Jaka to częstotliwość?
— W zakresie podczerwieni… Długość fali: jeden i sześć dziesiątych mikrona.
— A więc to nie jest laser na dwutlenek węgla.
— Nie. Neodymowy.
— A czy nie moglibyśmy użyć lasera, oprócz tego, że stosujemy go do porozumiewania się z tym statkiem, również jako radaru? — spytał Stoner.
— To by nam pozwoliło uzyskać bardzo dokładne dane na temat kształtu i rozmiarów tego obiektu.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Wędrowcy»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wędrowcy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Wędrowcy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
