Ben Bova - Wędrowcy

Здесь есть возможность читать онлайн «Ben Bova - Wędrowcy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1994, Издательство: Orion, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Wędrowcy: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wędrowcy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Albo jesteśmy sami we wszechświecie albo nie jesteśmy;każda z tych możliwości jest zaskoczeniem dla umysłu.
Lee Dubridge

Wędrowcy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wędrowcy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

— Daj mu spokój, Charlie — szepnął Bobby. — On jest wykończony.

Bobby był od swego brata o trzy lata młodszy, o kilkanaście centymetrów niższy i o dziesięć kilo cięższy. O ile kaznodzieja miał jasne włosy i wyraziste rysy twarzy, o tyle natura obdarzyła Bobby’ego miłą twarzą, piegami i rudymi włosami. Obaj lubili żartować, że są bliźniakami.

— Wszyscy jesteśmy zmęczeni — rzekł Gordon. — Włóczymy się po całym kraju, urobieni po pachy. Ja po prostu nie chcę widzieć, jak wszystko przecieknie nam przez palce.

Gordon był cienki jak patyk, o ostrych rysach twarzy i nerwowych rękach, które ani na moment nie spoczywały w jednym miejscu. Albo bębnił palcami po ostrych jak brzytew kantach swych prążkowanych spodni, albo bawił się guzikami swej marynarki, albo tarł sobie nos.

— W Las Vegas czekają tłumy, jakich miasto nigdy dotąd nie widziało — powiedział Bobby ściszonym głosem, nie chcąc budzić brata. — Zapewnione migawki w dziennikach telewizyjnych trzech ogólnokrajowych sieci. Tygodnik „Time” już węszy dookoła. Czegóż więcej chcieć?

— Musimy dać ludziom coś więcej niż radę, żeby obserwowali niebo — mówił Gordon. — Willie powinien zrobić jakiś następny krok; powiedzieć im coś, czego jeszcze nie słyszeli. Inaczej zniechęcą się i odejdą.

— W Waszyngtonie i Anaheim bilety dobrze się sprzedają — zauważył Bobby.

— Słuchaj no — rzekł niecierpliwie Gordon, wyciągając w jego stronę palec. — Pierwsza, duża, ogólnokrajowa kampania promocyjna, nad jaką pracowałem, była dla Marka Spitza.

— Tego pływaka?

— Tak. Zrobiliśmy mu imię, które znali wszyscy. Każdy wiedział, kim był, jak wygrał na olimpiadzie siedem złotych medali. Wystąpił w każdym show telewizyjnym, który był nadawany. Był na plakatach, na pudełkach z kaszką, na kartonach mleka. Trudno wszystko wyliczyć. A po paru miesiącach już nikt nie wiedział, kim on, u diabła, jest.

Okrągła twarz Bobby’ego nachmurzyła się.

— Dlatego że facet nie miał nic do zaoferowania — wyjaśniał Gordon. — Był wspaniałym pływakiem, i co z tego? Nie umiał śpiewać, nie umiał grać na scenie. Nie umiał nawet przeczytać dowcipu z karty suflera. Jedyne, co potrafił, to było zdjąć ubranie, skoczyć do cholernej wody i pływać, jak delfin.

— Nie rozumiem, co…

Gordon pochylił się ku niemu tak bardzo na swym krzesełku, że ich nosy niemal się zetknęły.

— Chodzi o to — rzekł — że łatwo jest skierować na siebie ludzką uwagę.

I to już zrobiliśmy. Willie się postarał, że każdy go zna i czeka na Wielkie Wydarzenie. „Obserwujcie niebo”, powiedział im. I każdy obserwuje, ale nikt nic nie widzi! Nic się nie dzieje!

— Jeszcze się będzie działo.

— Tak myślisz?

— Jak Willie tak powiedział, na pewno tak będzie.

Gordon skrzywił się.

— Daj spokój, Bobby. Popatrz na mnie. Na Żyda Charliego. Pamiętasz?

Willie może sam wierzyć w te brednie, które innym wciska, ale my, na Boga, nie możemy iść za nim w coraz głębszą wodę. Ktoś musi mu wlać rozumu do głowy.

— To się na pewno stanie — upierał się Bobby. — Jeśli Willie tak mówi, na pewno tak będzie.

— Kiedy?

— Kiedy się stanie.

— No, to lepiej niech się dzieje prędko, do stu tysięcy diabłów. Bo jak szybko nie stanie się coś spektakularnego, wszystkie te wielkie tłumy, wszyscy dziennikarze znikną… o tak! — Gordon strzelił palcami.

— Na pewno się stanie — dobiegł ich głos Williego. Obaj, jak na komendę, spojrzeli w jego stronę.

— Stanie się — powtórzył Willie. — Jestem tego tak pewny, jak tego, że bije mi serce. Nie wiem tylko, co to będzie i kiedy nastąpi.

— Lepiej, żeby jak najszybciej — mruknął Gordon.

— Nie martw się o to tak bardzo, Charlie — uspokajał go Willie. — To się stanie dość szybko. Gdy tylko Pan Bóg zdecyduje, żeby się stało, stanie się niezwłocznie.

— Pan Bóg nie musi się martwić o sprzedaż biletów.

Willie zaśmiał się i zawołał do kierowcy:

— Hej, Nick. Stań na chwilę. Muszę sobie ulżyć.

„Lincoln” płynnie zwolnił i zatrzymał się na poboczu pustej autostrady. Willie wygramolił się z limuzyny przez tylne drzwi, drżąc w chłodzie pustyni. Najbliższy ślad życia — rachityczny krzak — znajdował się w odległości kilkunastu kroków od samochodu, ale cały płaskowyż był zupełnie pusty o tej porze nocy. Nic, tylko jęk wiatru, a na niebie sierp księżyca i feeria migocących gwiazd.

Willie rozpiął spodnie i oddał mocz na glebę pustyni. Ciecz wsiąkła natychmiast w porowaty piach, nie pozostawiwszy nawet krótkotrwałej kałuży.

Gdy kaznodzieja już się zapiął, raz jeszcze podniósł oczy na niebo.

— Jezu Chryste Wszechmogący — wyszeptał, przewracając oczyma, a potem już głośno zawołał: — Jezu Chryste Wszechmogący! Patrzcie! Patrzcie!

Bobby wyskoczył z wozu w mgnieniu oka, podczas gdy jego brat tańczył już, krzyczał i wskazywał ręką niebo. Gordon wygramolił się za Bobbym, a potem wyszedł z samochodu kierowca. Wszyscy spojrzeli w górę.

Między gwiazdami tańczyły i mrugały zielone i różowe słupy niesamowitego światła.

— Co… co to jest? — spytał kierowca pełnym przerażenia głosem.

— Przychodzi! — zawołał Willie. — Powiedziałem wam, że przyjdzie, i przyszło.

Bobby stał z szeroko otwartymi ustami, obserwując wspaniały spektakl.

— To jest przecież zorza polarna — odezwał się Gordon. — Czasem sięga aż tak daleko na południe. Zdaje się, że to efekt plam słonecznych czy czegoś innego.

— Nie, to jest jakiś znak — upierał się Willie. — To jest znak.

Gordon potrząsnął głową.

— Szkoda, że nie możesz sobie tego zamówić na zgromadzenie w Waszyngtonie.

Willie roześmiał się.

— Kto wie? — rzekł. — Nieodgadnione są drogi Pana.

Bobby stał jak w ziemię wrosły obok samochodu. Usta miał wciąż szeroko otwarte. Był przerażony tym, co zobaczył, oraz zdolnością brata do przepowiadania tego, co ma nastąpić.

Jo obudziła się wcześnie. Mocne, tropikalne słońce zalewało jej pokój blaskiem, mimo że zasłoniła okno kocem. Jasne promienie rzeźbiły kant okna sprawiając, że cienki koc jarzył się, jak stopiony metal.

Uparła się, że będzie mieszkała w hotelu, razem z innymi samotnymi kobietami. McDermott gderał początkowo z tego powodu, ale ponieważ część nocy spędzała z nim, najwyraźniej pogodził się z tym faktem. Szybko się zorientowała, że jemu zależy nie tyle na współżyciu płciowym, ile na świadomości, że ona do niego należy.

Wstała, wzięła tusz i szybko się ubrała, zastanawiając się, czy zjeść darmowe śniadanie w obskurnej rządowej messie, czy też kupić coś lepszego w jednej z trzech restauracji na wyspie. W końcu zdecydowała, że tego dnia obędzie się bez śniadania.

Postanowiła natomiast, że zrobi sobie herbatę w pracy. Uczesała włosy, umalowała usta, skinęła do siebie głową w przymglonym przez czas lustrze serwantki i podeszła do okna, by zdjąć zeń niepotrzebny koc.

Wtedy zobaczyła Stonera, jak idzie ulicą, kierując się ku messie. Twarz miał, jak zwykle, zasępioną. „Zawsze myślami w swoim własnym świecie — rzekła do siebie. — Nigdy nie ma czasu dla innych.”

Potrząsnęła głową i odeszła od okna, po czym znalazła swoją sakiewkę i wyszła z hotelu, kierując się ku ośrodkowi komputerowemu.

Główny budynek był wzniesiony wokół potężnego komputera IBM. W centralnym studniowatym holu, którego wysokość sięgała drugiego piętra, stały duże szafy z aparaturą o rozmiarach dużych lodówek. Dookoła tej studni, czy, jak mówili pracownicy „jamy”, rozlokowane były biura i pracownie. Na każdym piętrze biegła dookoła „jamy” wewnętrzna galeria.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Wędrowcy»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wędrowcy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Wędrowcy»

Обсуждение, отзывы о книге «Wędrowcy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.