Ben Bova - Wędrowcy

Здесь есть возможность читать онлайн «Ben Bova - Wędrowcy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1994, Издательство: Orion, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Wędrowcy: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wędrowcy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Albo jesteśmy sami we wszechświecie albo nie jesteśmy;każda z tych możliwości jest zaskoczeniem dla umysłu.
Lee Dubridge

Wędrowcy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wędrowcy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Akademik Bułaczow siedział niespokojnie na twardym krześle. Biurko Borodińskiego znajdowało się na małym podwyższeniu, tak aby petenci i goście musieli podnosić głowy, patrząc na niego. Był to stary trick, lecz Borodiński wciąż zeń korzystał. Dziarsko powitał akademika, wskazał mu ręką krzesło przed swym biurkiem i pogłaskawszy się po bródce, pochylił się nad jakimiś papierami.

„A więc to prawda — pomyślał akademik. — Sekretarz generalny jest umierający i będziemy mieli teraz to jego młode szczenię. Ciekawe, czy celowo stara się wyglądać jak Lenin.”

Dokładnie w tym momencie Borodiński, jakby czytając w jego myślach, uniósł głowę.

— Proszę wybaczyć, że naraziłem was na czekanie, ale taki jest w ostatnich dniach nawał zajęć, że się nie wyrabiam.

Bułaczow wahał się przez chwilę, po czym rzekł:

— Towarzysz sekretarz… Czuje się dobrze?

— Och, tak, całkiem dobrze. — Uśmiech uwiądł na ustach Borodińskiego — Ale też jest nadzwyczaj… zajęty. Musicie mu wybaczyć.

— Sądziłem, że spotkam się z nim osobiście. Zawsze dyskutowaliśmy o takich sprawach między sobą. W cztery oczy.

— Wiem: ze względów bezpieczeństwa. Ale nasz przyjaciel prosił mnie, abym ja się dziś z wami spotkał.

— Rozumiem. — Bułaczow jął się zastanawiać, do jakiego stopnia może zaufać temu tak młodemu człowiekowi.

— Raporty, jakie przychodzą z Kwajalein, wskazują, że może być pożądane wysłanie ekipy kosmonautów na spotkanie z tym statkiem — odezwał się Borodiński. — Czy w związku z tym są w toku jakieś przygotowania?

„On już wie — pomyślał Bułaczow. — Nie ma sensu nawet próbować go zwodzić.”

— Odpowiednie wydziały Akademii intensywnie śledzą statek i przygotowują wszystko, co jest niezbędne do spotkania z nim w przestrzeni — rzekł.

— Doskonale.

— Nie mamy jednak uprawnień, aby móc spowodować przydzielenie przez armię odpowiednich rakiet i kosmonautów.

Borodiński skinął głową.

— To zrozumiałe — rzekł. — Ale zapewniam was, że odpowiednie kroki już zostały podjęte. Od was oczekujemy przede wszystkim stale uaktualnianych informacji na temat pozycji tego statku w przestrzeni. Jest to konieczne, aby móc go przechwycić.

— Przechwycić?

— Jeśli będzie miał wrogie zamiary albo gdy będzie obawa, że wpadnie w obce ręce…

— Zniszczyłby go pan?

Borodiński strzelił palcami nad swą głową.

— Pach! Pach! Głowicą wodorową! Czy nasz przyjaciel nie mówił wam o takiej możliwości?

— Owszem, raz coś o tym wspomniał, ale…

— A więc wiecie, że potrzebujemy stale aktualnych danych na temat jego toru. Powiedziano mi, że tylko wasze dalekosiężne radioteleskopy są dostatecznie silne, aby dostarczyć takich danych. Wojskowe radary do przechwytywania pocisków balistycznych nie mają odpowiedniego zasięgu.

— Oczywiście.

Borodiński miło się uśmiechnął i znów pogłaskał się po bródce.

— Towarzyszu — zaczął Bułaczow i zawahał się.

— Słucham?

— Chodzą… chodzą słuchy… o aresztowaniach, przesłuchaniach. Czy sekretarz generalny jest zdrowy i cały?

Oczy dygnitarza za biurkiem zwęziły się, a na jego ustach pojawił się nieszczery uśmiech.

— Towarzyszu akademiku, zapewniam was, że sekretarz generalny jest zdrowy i cały, a ponadto jak najżywiej zainteresowany sprawą tego kosmicznego gościa. Co do plotek o… zmianach na Kremlu, nie zawracajcie sobie tym głowy. To nie dotyczy was. Obiecuję.

Mimo to Bułaczow uczuł jakże znajomy ucisk w okolicy serca.

Tymczasem Borodiński wstał zza swojego biurka i rzekł:

— Jedyną rzeczą, o jaką powinniście się teraz martwić, drogi akademiku, są dane z namiarów radioteleskopów. Bardzo ich potrzebujemy.

— Żeby przygotować spotkanie ze statkiem?

— Albo żeby go zniszczyć pociskiem. — Borodiński wysunął wskazujący palec w stronę naukowca. — Albo wejdziemy na pokład tego statku, albo go rozwalimy na kawałki.

Cavendish znów śnił jakiś koszmarny sen. Tropikalna pogoda zdawała się wysysać z jego kruchego ciała całą energię, tak iż od dnia przyjazdu na Kwajalein chodził każdego dnia coraz wcześniej spać. Jego sen trudno wszakże było nazwać wypoczynkiem.

Znów stali nad nim z igłami i latarkami, a on był bardzo mały, bardzo złośliwy w swym oporze. Oni byli gigantami i opieranie się im było nie tylko niemądre, ale i występne. Widział złoto w ich zębach, gdy uśmiechali się, i chciał uciekać, ale jego ciało było zamarznięte. Czuł, jak kłują go igłami i jak pali wstrzyknięta benzyna. Potem wszyscy pochylili się nad nim. Usiadł w łóżku cały zlany potem i drżący. W głowie mu dudniło, a mięśnie szyi były tak napięte, że ledwie mógł poruszać głową.

Cavendish, sam jeden w swym kawalerskim pokoju, w „żłobku” dla oficerów kawalerów, wciągnął na siebie swój stary szlafrok, włożył na nogi klapki i wziął z koszyka przy zlewie mydło, a ręcznik przewiesił przez ramię. Potem poczłapał po drewnianej podłodze korytarza do łazienki.

O tej porze nie było w niej nikogo. Wszedł do wnęki prysznica i przez kilka minut brał tusz. Woda była letnia, co bardziej go irytowało niż rozluźniało.

Gdy wrócił, popatrzył przez chwilę na rozrzuconą, mokrą od potu pościel, a potem zaczął powoli wkładać starą koszulę i spodnie. Czuł się krańcowo wyczerpany. Oczy mu się zamykały. Niemal mechanicznie wdział jedyną parę sandałów, jaką miał, zapiął je na sprzączki i wymaszerował z pokoju, jak lunatyk w ciemności nocy.

Udał się prosto do domku, w którym mieszkali Markowowie. Wszedł po schodkach na betonowy podest i nie pukając, otworzył drzwi.

Maria siedziała na trzcinowej sofie w pokoju gościnnym, a obok niej leżała otwarta walizka, wypełniona jakąś aparaturą z gałkami i tarczami zegarów. Wydawała z siebie lekkie brzęczenie, a nad jedną z gałek paliło się czerwone światełko, niby gniewne, diabelskie oko.

Gdy zobaczyła gościa, na jej twarzy pojawiła się mieszanina przerażenia, niedowierzania i strachu.

— Doktor Cavendish? — wyszeptała, jakby się bała, że go obudzi.

— Słucham — powiedział.

Zaczął się zastanawiać, kim jest ta kobieta i czego odeń chce. W pokoju paliła się tylko jedna lampa — nad jej głową, obok otwartej walizki z aparaturą.

— Proszą usiąść — powiedziała Maria.

Cavendish usiadł w fotelu i skrzyżowawszy nogi w kostkach, a ręce na podołku, patrzył tępo przed siebie.

Maria niespokojnie oblizała wargi. Wiedziała, że niedługo wróci Kirył. Nastawienie aparatury i wezwanie Cavendisha zajęło jej całe godziny, po części dlatego, że obawiała się dać pełną moc. Dopiero teraz zdała sobie z tego sprawę.

— Nie będzie pan nic pamiętał z tego naszego spotkania, prawda? — spytała go lekko drżącym głosem.

— Nic a nic — zapewnił ją spokojnie.

— Ileż to lat, a wspomnienia wciąż żyją — rzekła potrząsając głową. — Gdy pana pierwszy raz spotkałam, byłam młodą dziewczyną. Czy pan mnie sobie w ogóle przypomina? Tamto miejsce nazywało się Bieriezowo.

— Szpital?

— Tak. Pan był trudnym pacjentem. Ale teraz nie będzie pan już robił trudności, prawda?

— Nie będę.

— Będzie pan bardzo chętny do współpracy, nieprawdaż?

— Będę chętny.

Westchnęła z ulgą.

— Cóż jest więc… z tym Amerykaninem, Stonerem?

— Miałem rozkaz, aby się dowiedzieć, ile on wie, a potem, jeśli będzie możliwe, zlikwidować go.

— Nie wykonał pan tych rozkazów.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Wędrowcy»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wędrowcy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Wędrowcy»

Обсуждение, отзывы о книге «Wędrowcy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.