Ben Bova - Wędrowcy
Здесь есть возможность читать онлайн «Ben Bova - Wędrowcy» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Warszawa, Год выпуска: 1994, Издательство: Orion, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Wędrowcy
- Автор:
- Издательство:Orion
- Жанр:
- Год:1994
- Город:Warszawa
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Wędrowcy: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Wędrowcy»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Lee Dubridge
Wędrowcy — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Wędrowcy», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
McDermott wciąż trzymał w rękach złamaną fajkę. Wrzucił ja do popielniczki i wziął drugą, po czym w milczeniu jął ją nabijać tytoniem — powoli i metodycznie. Obserwował ją, a ona obserwowała jego. Czekał, kiedy ona przerwie przedłużające się milczenie.
— Czy nie mógłby pan… czegoś zrobić? Pomóc mu? — dobiegł go wreszcie jej głos.
— On złamał przepisy bezpieczeństwa — powiedział wolno. — Najpierw podpisał umowę o dochowaniu tajemnicy, a potem wysłał list do Rosji Radzieckiej.
— Może to jakiś jego dawny list? Mógł go napisać jeszcze przed podpisaniem umowy.
McDermott skończył nabijać fajkę i włożył ją między zęby.
— To jest wciąż przestępstwo ścigane przez FBI.
Jo powiodła wzrokiem po pokoju, jakby szukając gdzieś pomocy.
— Coś mógłby pan jednak zrobić w tej sprawie — szepnęła.
McDermott, drżąc cały z przejęcia, usłyszał swe własne słowa:
— Przypuszczam, że mógłbym dać do zrozumienia Marynarce, iż Stoner jest zbyt cenny dla projektu, aby go posyłać do więzienia.
Jo skinęła radośnie głową.
— Ale nie rozumiem, dlaczego miałbym to uczynić — ciągnął McDermott. — Po co miałbym narażać z jego powodu na szwank cały projekt? Co z tego będę miał?
Przez chwilę milczała, a McDermott czuł, że serce bije mu coraz mocniej. Wreszcie nie wytrzymał.
— Gdybym ocalił jego skórę? — spytał drżącym głosem. — Co by pani zrobiła?
W jej oczach zaświtało zrozumienie. Wyprostowała się na swym krześle.
— Co bym zrobiła? — spytała.
— Dla mnie.
— A cóż by pan chciał, abym dla pana zrobiła? — W jej oczach zapaliły się wesołe iskierki.
— Aby pani przestała się z nim widywać — wyrzucił z siebie, wyjmując z ust nie zapaloną wciąż fajkę. — Aby pani spędzała czas ze mną.
Skinęła wolno głową.
— A co ja będę z tego miała? — spytała.
Zmieszał się.
— Co pani chce przez to powiedzieć…?
— Potrzebny jest mi list polecający od pana do NASA. List polecający mnie na kurs przygotowawczy dla astronautów.
— Pani chce…?
— Dam panu to, co pan chce ode mnie, jeśli pan mi da to, co ja chcę od pana — A Stoner?
— On zostanie przy projekcie. Przestanę się z nim widywać. Proszę napisać list.
McDermott poczuł, że ma zupełnie sucho w ustach. Z trudem przegnał ślinę.
— Gdy… gdy projekt zostanie zakończony. Wtedy napiszę ten list — rzekł. — Przed nami jeszcze mnóstwo pracy. Rozumie pani?
— Może pan jednak wysłać list do NASA. Teraz. Ja pozostanę przy projekcie, dopóki nie zostanie zakończony.
Poczuł, że huczy mu w skroniach.
— To nie takie proste, młoda damo — rzekł. — Jeśli spodziewa się pani, że…
— Zrobię, co pan zechce — przerwała mu. — Ale najpierw napisze pan ten list.
— Ja… zobaczymy, co się da zrobić. Muszę to jeszcze przemyśleć.
Jo wstała i mocniej przycisnęła do piersi trzymane pod pachą książki.
— Dobrze. Proszę nad tym pomyśleć — rzekła. — Gdy mi pan da ten list i zagwarantuje, że Stoner pozostanie przy projekcie, ja też wywiążę się z mojej części umowy.
Ruszyła w kierunku drzwi, ale zaraz odwróciła się znów w stronę McDermotta.
— A więc rozumiemy się wzajemnie — rzekła. — Nie jestem w niewoli… Ale wszystko inne, co pan chce, mogę panu dać.
McDermott siedział nieruchomy i cały zlany potem, a ona wyszedłszy z gabinetu, mocno zamknęła za sobą drzwi.
Markow siedział w pokoju sekretarki Bułaczowa, niby ukarany uczeń i czekał bez końca. Sekretarka, korpulentna dama w wieku co najmniej pięćdziesięciu lat, co chwila rzucała mu groźne spojrzenia. Ludzie wchodzili i wychodzili z gabinetu akademika, lecz nikt nie zamienił z Markowem nawet jednego słowa.
Na dworze padał śnieg. Markow obserwował, jak za każdym podmuchem wiatru przylepia się do szyby biały puch. Moskwa z wolna znikała z oczu za zasłoną tumanów śniegu. Nawet kremlowskie wieże i mury ledwie majaczyły w oddali.
„Prawdziwa śnieżyca — pomyślał. — Będzie długa droga do domu.”
W końcu, gdy jego oczy zaczęły się już kleić pod wpływem widoku za oknem, wyrwał go z odrętwienia ostry głos sekretarki:
— Kirył Wasiliewicz Markow?
Drgnął i natychmiast oprzytomniał. W pokoju nie było nikogo prócz niego, ale sekretarka nie mogła sobie najwyraźniej odmówić przyjemności wywołania go po nazwisku.
— Tak, to ja — powiedział.
— Akademik Bułaczow prosi.
Markow wstał i lekko chwiejąc się na nogach, skierował się ku białym, pozbawionym wszelkich ozdób drzwiom gabinetu akademika.
„Bułaczow to kluczowa osoba — zabrzmiało mu w uszach ostrzeżenie żony. — Musisz go zadowolić. Jeśli go przekonasz, że te sygnały nie są językiem, być może wszystko skończy się dobrze. Jeśli jednak będzie on niezadowolony z twojej pracy…” — słowa żony zawisły w powietrzu niczym pętla nad jego głową.
Gabinet Bułaczowa nie był ani duży, ani imponujący, ale sprawiał miłe wrażenie dzięki samowarowi, który pomrukiwał wesoło w kącie tego niewielkiego, schludnego pomieszczenia. Na widok Markowa akademik wstał zza biurka i ciepło go powitał.
— Kirył Wasiliewicz! Jak to miło z waszej strony, że zjawiliście się tu osobiście. Mam nadzieję, że nie ugrzęźniecie w śniegu w drodze do domu.
Markow uśmiechnął się, skinął głową i wymamrotał kilka grzecznościowych zwrotów. Pomyślał sobie jednak w głębi duszy, że przecież musiał się tu osobiście zjawić. Że został wezwany. Wiedział też, że o ile nie zostanie tu do wiosny, będzie musiał przedzierać się do domu przez zaspy.
— Przeczytałem wasz raport — rzekł akademik i usiadł znów za biurkiem.
— Bardzo interesujący, bardzo interesujący. — Zerknął na Markowa, po czym sięgnął do dolnej szuflady swego biurka i wyjął z niej butelkę wódki i dwa maleńkie kieliszki. — Niestety, nie jest schłodzona — usprawiedliwił się.
— Proszę się tym nie przejmować — rzekł Markow z uśmiechem. — Jestem skostniały z zimna.
Bułaczow wskazał mu ręką wytartą skórzaną sofę przy ścianie. Wisiały nad nią w złocistych ramach portrety: Mendelejewa, Łobaczewskiego, Oparina i Kapicy. Nad biurkiem akademika zobaczył Markow nieodzowny portret Lenina, lecz nie było nigdzie podobizny żadnego ze współczesnych polityków.
Zaakceptował mały, jak naparstek, kieliszek wódki i usiadł na sofie.
— Za zrozumienie! — wzniósł toast Bułaczow.
Obaj wypili trunek jednym haustem, a Bułaczow zaraz podjechał do Markowa na swym obrotowym fotelu i ponownie napełnił kieliszki wódką.
— To bardzo miło z waszej strony, że znaleźliście czas dla mnie — rzekł Markow. — Zapewne jesteście bardzo zajęci.
— Naprawdę się cieszę, że was widzę — rzekł akademik. — Chciałbym przedyskutować sprawę tego obiektu i tych sygnałów z kimś, kto nie jest Członkiem Akademii i nie należy do żadnego z oficjalnych gremiów.
— Och!
Bułaczow z uśmiechem zakłopotania wrócił wraz ze swym fotelem za biurko.
— Na takim stanowisku, jak moje, łatwo znaleźć się w izolacji — powiedział. — Wszyscy, z którymi się widuję, to członkowie Akademii lub rządu Czasem zasklepiamy się zbytnio w zagadnieniach, które akurat wypłynęły, i tracimy z oczu ważne rzeczy.
— Rozumiem — rzekł Markow, trzymając wciąż w ręku swój pełny kieliszek.
— Dobrze byłoby przedyskutować tę sprawę… — Bułaczow zawiesił głos i odruchowo zerknął w stronę sufitu. — Sprawę życia pozaziemskiego raczej z człowiekiem nauki niż z jakimś aparatczykiem.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Wędrowcy»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Wędrowcy» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Wędrowcy» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
